Halina Bortnowska: Babcie nie mieszkają w błocie, pod ziemią [WYWIAD]

- Jest taki piękny żydowski zwyczaj: nie wystarczy wspominać ludzi i być im wdzięcznym za to, czego nas nauczyli, ale trzeba jeszcze kogoś tej rzeczy nauczyć. Skoro pokazali nam coś dobrego, to powinniśmy skorzystać z tej nauki i w ich imieniu przekazać tę umiejętność. Można upiec ciasto i nauczyć kogoś, jak to robić - mówi Halina Bortnowska, filozofka, teolożka i publicystka.

1 listopada to dzień zadumy i pamięci o tych, którzy odeszli. Ten rok jest szczególny bolesny, bo pandemia COVID-19 przyczyniła się do śmierci ponad miliona osób na całym świecie. Codziennie w Polsce i na świecie umierają setki osób zakażonych koronawirusem. Jego ofiarami padają kobiety, mężczyźni, osoby młode, seniorzy. Łączy ich jedno - wirus nagle skrócił ich życie i pozostawił pogrążonych w żałobie bliskich. Publikowanymi dziś tekstami chcemy godnie uczcić pamięć ofiar pandemii i tych, którzy odeszli od nas w mijającym roku.

Pozostałe teksty naszego minicyklu:

Jacek Gądek: W wieku 89 lat dużo pani wie o żegnaniu zmarłych?

Halina Bortnowska: Tak. Coraz mniej jest ludzi, których odwiedzę inaczej jak dobrą myślą bądź uczczę spacerem na cmentarz. W tym roku nawet na cmentarz się zresztą nie wybieram.

Ryzyko?

Rozprzestrzeniająca się zaraza, a i sił nie mam zbyt dużo w tym wieku. Wiele osób mi odradza taki spacer na groby. Staram się unikać kontaktów, bo nie są dla mnie bezpieczne.

Mamy jednak młodsze pokolenie - dzieci, wnuki i prawnuki - więc groby bliskich nie będą opuszczone. Zwykle co roku wszyscy z rodziny się spotykają przy grobach. Ten dzień nie jest tylko spotkaniem zmarłych, lecz także jednym z rzadkich spotkań rodzinnych. To miłe i ciepłe spotkanie, nieraz się dzieją nad grobami rzeczy przyjemne. Ale nie w tym roku.

To dni smutne?

Dla mnie nie są to dni specjalnie smutne. Dlatego, że rozstanie ze zmarłymi się odbyło, a teraz już wspominam rzeczy dobre.

Udając się na Powązki, zawsze wspominam spotkanie z... papugą, którą przemarzniętą znaleźliśmy na cmentarzu i uratowaliśmy. Wizytę na cmentarzu można czasami traktować nawet z pewnym humorem. Czasami spotyka się na Powązkach zwierzęta, bo to miejsce spokojne. Nikt stamtąd nie przepędza na przykład kotów - zwłaszcza gdy te koty znały pochowanych ludzi.

Jaka forma kultywowania pamięci o zmarłych się pani nasuwa?

Konieczność bycia na cmentarzu jest przeżytkiem obyczajów z czasów niechrześcijańskich. Właściwszą rzeczą jest pomyślenie, czym jest śmierć. Mi odpowiada krytyczne podejście, które każe myśleć o wieczności, a nie o śmierci. I na wszelki wypadek trzeba być porządnym człowiekiem, jak najlepiej przygotowanym na tę wieczność.

Pani ma pewnie masę zdjęć wielu bliskich osób z prawie już wiekowego życia.

Niestety nie posiadam takiej kolekcji. Najstarsze zdjęcia zmiotła wojna - nic nie zostało. A późniejsze? Też nie mam wielu. Jeśli ktoś taką kolekcję ma, a martwi się, że nie będzie mógł iść na groby - że nie będzie mógł ich uprzątnąć i udekorować, to może zrobić porządki w starych zdjęciach. Wspominając przy tym bliskich.

Pan wspomniał o zdjęciach, a mi osobiście wizytę na cmentarz zastępuje teraz przeglądanie swoich wspomnień o ludziach: gdy się z nimi widziałam po raz ostatni; gdy czegoś mnie nauczyli.

Ale jak ugasić wyrzut sumienia, że się nie stoi teraz przy grobach bliskich?

Sama nie mam takiego wyrzutu sumienia. Postępuję tak, jak nauczyli mnie moi najbliżsi. Moi rodzice i dziadkowie. A nauczyli mnie, że w życiu trzeba się zachowywać trzeźwo. Jeśli jest twarda medyczna rada, by siedzieć w domu, to trzeba siedzieć.

Wiele osób taki wyrzut sumienia mieć zapewne będzie.

Jest taki piękny żydowski zwyczaj: nie wystarczy wspominać ludzi i być im wdzięcznymi za to, czego nas nauczyli, ale trzeba jeszcze kogoś tej rzeczy nauczyć. Skoro pokazali nam coś dobrego, to powinniśmy skorzystać z tej nauki i w ich imieniu przekazać tę umiejętność. Można upiec ciasto i nauczyć kogoś, jak to robić. Można komuś pokazać kościół bliski zmarłemu i dać ofiarę. A jeśli ciągle mamy w domu kota albo psa, który pozostał po zmarłych, a więc jest on żywą pamięcią o nich, to wspólnie się nim zaopiekujmy.

Liczba pomysłów jest nieskończona. Pewien rabin mówił mi o rzeczy najprostszej: ugotować coś, czego nas nauczyli. I kogoś nakarmić. To bardzo cenna rzecz, jeśli wznawiamy coś, co swoje korzenie ma w naszych bliskich zmarłych.

Jeśli starannie pomyśleć, czego nas ktoś nauczył, to będzie tego bardzo dużo. Ale spieszmy się. Na wspomnienie tych rzeczy swoim bliskim, na powtórzenie ich, a tym bardziej na nauczenie kogoś trzeba przecież czasu. W ostatniej chwili trudno będzie kogoś nauczyć, jak upiec ulubione ciasto babci. Warto pomyśleć wcześniej. Dobre uczynki mogą być bardzo wzniosłe, ale też przecież najzwyklejsze.

Ten zwyczaj można przenieść do tradycji katolickiej albo i świeckiej. Każdej.

Ależ oczywiście! Myślę, że świecka tradycja nawet najbardziej tego potrzebuje. Rodziny katolickie mają już swoje utarte obyczaje: idziemy tu, kupujemy to, kładziemy tam, mówimy tak, słuchamy tego. Mnie najbardziej irytuje katolicki zwyczaj mówienia dzieciom "a chodźmy odwiedzić babcię". A czy babcia jest na Powązkach? Tam ją odwiedzamy? Sama bym powiedziała: "chodźmy pomyśleć o babci". Babcie nie mieszkają przecież w błocie, pod ziemią.

A czy w tradycji katolickiej jest coś, co warto by przenieść do innych?

Wartością tradycji jest to, że jest kultywowana, ale oczywiście można włączyć bądź wymyślić coś nowego. Nowszą tradycją jest to, że staramy się w okolicach dni zmarłych sprzątać nie tylko rodzinne groby, lecz także zatroszczyć się o groby zapomniane.

W bardzo wielu miejscach ludzie sprzątają cmentarze żydowskie - to jest głęboko uzasadnione, bo żyjących Żydów w Polsce jest na tyle mało, że sami nie udźwigną ciężaru sprzątania swoich cmentarzy. Wspólnota żydowska jest liczebnie mała, więc ci nieliczni bardzo się ucieszą, jeśli zobaczą naszą dbałość o groby ich przodków.

A polskie do szpiku kości zapalanie zniczy na grobach?

Wspomnianym Żydom obcy jest zwyczaj zapalania zniczy, ale mają również piękny obyczaj: kładą kamyki na mogiłach. Sama to praktykuję. Zawsze gdy jestem w górach albo nad morzem, to staram się zaopatrzyć w kilka ciekawych kamyków, które potem położę na grobie.