BBC: Rosyjski pilot próbował strącić brytyjski samolot. Rakieta zawiodła i nie trafiła

W ubiegłym roku incydent w powietrzu nad Morzem Czarnym oficjalnie przedstawiono jako relatywnie niegroźną awarię. Od myśliwca Su-27 lecącego w pobliżu zwiadowczego RC-135 odpadła rakieta. BBC twierdzi jednak, że to nie była awaria. Rosyjski pilot miał próbować zestrzelić brytyjski samolot zwiadowczy.

Na szczęście dla wszystkich, jedna rakieta po odpaleniu nie uchwyciła celu i nie trafiła brytyjskiej maszyny. Druga z jakiegoś powodu nie uruchomiła silnika po odrzuceniu spod skrzydła Su-27 i spadła do morza. Rosyjski pilot miał być błędnie przekonany, że dostał od kontrolera na ziemi zgodę na atak. Lecący obok jego kolega miał na niego wrzeszczeć, aby przestał, bo źle zrozumiał komunikat w radio.

Jedna rakieta więcej

Artykuł BBC jest oparty na trzech nieoficjalnych źródłach w służbach wywiadowczych NATO. Jego treść zaprzecza wcześniejszym oficjalnym twierdzeniom brytyjskiego i rosyjskiego rządu. Kiedy do incydentu doszło w październiku 2022 roku, Rosjanie zapewniali, że doszło do usterki technicznej. Nieuzbrojona rakieta powietrze-powietrze miała odpaść z podwieszenia jednego z dwóch myśliwców Su-27, które nad Morzem Czarnym towarzyszyły brytyjskiemu samolotowi zwiadu elektronicznego RC-135 Rivet Joint. Moskwa zapewniała, że nie było żadnego zagrożenia. Minister obrony Wielkiej Brytanii Ben Wallace nazwał to "potencjalnie niebezpiecznym" incydentem i dowodem na to, jakie ryzyko jest związane z rosyjską praktyką wysyłania myśliwców do bliskiego śledzenia maszyn NATO nad wodami międzynarodowymi. Nie zaprzeczył jednak rosyjskiej wersji wydarzeń o usterce.

Informatorzy BBC twierdzą jednak, że nie ma mowy o żadnym przypadku i usterce. NATO miało od razu wiedzieć, co się stało, ponieważ na bieżąco śledzi łączność pomiędzy rosyjskimi samolotami i ich kontrolą naziemną. Ich komunikacja podczas incydentu ma nie pozostawiać wątpliwości. Oba Su-27 zostały naprowadzone na RC-135 przez naziemnych kontrolerów dysponujących znacznie lepszym radarem. Kiedy myśliwce były już w pobliżu, choć poza zasięgiem wzroku, kontroler miał powiedzieć do pilotów coś, co można było zrozumieć jako "macie cel".

Jeden z lotników musiał najwyraźniej zinterpretować nieprecyzyjny komunikat z ziemi, jako pozwolenie na otwarcie ognia. Jego Su-27 po chwili odpalił rakietę powietrze-powietrze, która poleciała w kierunku RC-135. Z jakiegoś powodu nie uchwyciła jednak celu i przeleciała niegroźnie obok. Tak czy inaczej, nie była to awaria, ale odpalenie i pudło. Czyli coś diametralnie innego. Nasłuch NATO miał zarejestrować, jak pilot drugiego Su-27 widząc, co robi jego towarzysz, zaczął na niego kląć, aby przestał. W jego ocenie nie było żadnej zgody na otwarcie ognia, co miał emocjonalnie tłumaczyć towarzyszowi. Pomimo tego z pierwszego Su-27 została uwolniona kolejna rakieta. W tym przypadku wywiad NATO ma nie być pewny, co się stało. Pocisk nie uruchomił silnika i rzeczywiście, tak jak twierdzili Rosjanie, opadł do morza. Być może była to awaria, albo w ostatniej chwili przerwana procedura odpalenia.

Drugie potwierdzenie celowego działania

Podobna wersja wydarzeń nad Morzem Czarnym znalazła się w nielegalnie ujawnionych dokumentach wojska USA, które wrzucił do sieci już aresztowany amerykański żołnierz Jack Teixera. Wypłynęły one na światło dzienne wiosną 2023 roku. Opisywano w nich sytuację jako "prawie zestrzelenie". Amerykański dziennik "New York Times" cytował wówczas anonimowych informatorów ze służb, którzy potwierdzali autentyczność opisu w opublikowanych dokumentach i dodawali, że to była "bardzo, ale to bardzo niebezpieczna" sytuacja. Pomimo tego brytyjski rząd pozostał przy swoim stanowisku, że była to awaria, a informacje zawarte w opublikowanym przez Teixerę dokumencie, są "zmanipulowane i nieprawdziwe".

Teraz wersja o próbie zestrzelenia jest już bardziej niż prawdopodobna. Nie trzeba przy tym wielkiej dedukcji, aby domyślić się, dlaczego rząd Wielkiej Brytanii wolał przyjąć wytłumaczenia Rosjan o awarii. NATO ogólnie stara się nie eskalować nadmiernie napięcia w relacjach z Rosją, które i tak są już mocno napięte z powodu inwazji na Ukrainę. Wspieranie Ukraińców w walce to jedno, angażowanie się w nią bezpośrednio i wojna NATO-Rosja to coś zupełnie innego. Skoro więc udało się uniknąć najgorszego, to najwyraźniej uznano, że lepiej spuścić na incydent zasłonę milczenia i nie wszczynać publicznej afery. Przynajmniej większej, niż to konieczne. Zwłaszcza że najwyraźniej był to efekt pomyłki zbyt bojowo nastawionego pilota i systemowych braków w rosyjskim lotnictwie. Nie zaplanowana z premedytacją próba zabicia 30 brytyjskich wojskowych i zniszczenia dużego, oraz cennego samolotu zwiadowczego.

Niezależnie od tego incydent pokazuje, jak niebezpieczne mogą być tego rodzaju sytuacje. Zwłaszcza wobec wspomnianych systemowych braków rosyjskiego lotnictwa. Podstawowym jest tutaj jakość wyszkolenia załóg, która jest niska. Widać to po przebiegu wojny nad Ukrainą. Niska jakość wyszkolenia może natomiast skłaniać do podejmowania ryzykownych i mało profesjonalnych działań. W tekście BBC informatorzy wytykają Rosjanom luźne podejście do procedur i brak profesjonalnego zachowania. Na przykład w komunikacji. Opisywana sytuacja w ogóle by nie miała miejsca, gdyby Rosjanie posługiwali się jasnym i wyuczonym zestawem komend oraz sformułowań. Tego jednak nie robią, wobec czego zdarzyło się coś bardzo niebezpiecznego. Kontroler naziemny powiedział coś niejasnego a pilot, zamiast dopytać, najwyraźniej bez większego zawahania się podjął próbę strącenia samolotu państwa NATO. Choć nic nie wskazywało, aby Rosja była w stanie wojny z Sojuszem.

Intensywne emocje nad morzem

Samo przechwytywanie samolotów nad wodami międzynarodowymi nie jest natomiast niczym niezwykłym. Robi to i NATO i Rosja, kiedy tylko maszyny strony przeciwnej znajdą się w pobliżu granic ich przestrzeni powietrznej. Samoloty sojusznicze najczęściej startują na przechwycenia nad Bałtykiem, kiedy Rosjanie latają do i z Obwodu Kaliningradzkiego. Czasem też u wybrzeży Norwegii, Wielkiej Brytanii czy Alaski, kiedy pojawią się tam rosyjskie bombowce lub samoloty zwiadowcze. Z drugiej strony Rosjanie ciągle mają u swoich granic samoloty zwiadowcze NATO, więc przechwytywanie ich to dla nich codzienność nad Morzem Barentsa, Bałtykiem, Morzem Czarnym i Pacyfikiem.

Od początku inwazji na Ukrainę szczególnego znaczenia nabrały spotkania czarnomorskie. Maszyny zwiadowcze NATO niemal nieustannie obserwują działania rosyjskiego wojska na morzu i południowej Ukrainie. Rosjanie oskarżają Sojusz, że uzyskane w ten sposób informacje są przekazywane Ukraińcom, co pomaga im w prowadzeniu wojny.  Maszyny NATO mogą więc być celem wrogich emocji rosyjskich pilotów. W marcu tego roku jeden Su-27 wykonując gwałtowne manewry w pobliżu amerykańskiego drona MQ-9 Reaper zahaczył o jego śmigło. W efekcie bezzałogowa maszyna spadła do morza. Według Pentagonu "agresywne manewry" zostały podjęte przez pilota na polecenie przełożonych. Minister obrony Siergiej Szojgu później odznaczył lotnika odpowiedzialnego za wypadek.

Takie podejście Rosjan do maszyn zwiadowczych NATO może tłumaczyć, dlaczego pilot Su-27 najwyraźniej nie zawahał się, odpalając rakietę. Choć mógł w ten sposób zaczynać bardzo poważny incydent o trudnych do przewidzenia konsekwencjach.

Zobacz wideo
Więcej o: