Pięć mitów, w które łatwo uwierzyć zza parawanu. Prawda jest znacznie bardziej skomplikowana

Zza lasu parawanów Bałtyk właściwie niespecjalnie widać. I tak więcej uwagi pochłania plaża, smażalnia, deptak. Do samego morza wielkiej wagi nie przywiązujemy. Ot, takie tam zimne, małe. Prawie jak jezioro. Nic ważnego.

Jest jednak inaczej. Bałtyk ma dla naszego państwa coraz większe znaczenie gospodarcze. Szczegółowo opiszemy to w kolejnym artykule. Dość powiedzieć, że staje się on strategicznie ważny dla naszej energetyki i handlu. Pomimo tego kompletnie ignorujemy kwestię bezpieczeństwa naszego morza. Marynarka Wojenna jest katastrofalnie niedoinwestowana. Pokutuje odwieczne polskie odwrócenie się od morza i jego niezrozumienie. Narósł szereg mitów, których ogólną wymową jest to, że okręty i flota to strata pieniędzy.

Ale czy Bałtyk to rzeczywiście jezioro, na którym wszystko załatwią samoloty? Czy Rosjanie ze swoimi rakietami w Obwodzie Kaliningradzkim są panami sytuacji? Czy flota zdziała tyle co nic, jak w 1939 roku? Odpowiedzieć na te pytania pomaga komandor Piotr Smela, Szef Pionu Planowania Centrum Operacji Morskich - Dowództwa Komponentu Morskiego. Człowiek, który zawodowo planuje wykorzystanie naszej floty tak podczas pokoju, jak wojny. Człowiek, którego pasją jest Bałtyk i całe życie zawodowe poświęcił Marynarce Wojennej.

Podpisanie umowy na budowę fregat MiecznikFregaty Miecznik dla Marynarki Wojennej zamówione. Umowa nie bez ryzyka

Mit numer jeden. Bałtyk to jezioro. Po co okręty, skoro wszystkiego można na nim sięgnąć z brzegu samolotami i rakietami.

- Owszem, Bałtyk nie jest wielki, ale nie przesadzajmy. To nadal 400 tysięcy kilometrów kwadratowych, więcej niż cała Polska - mówi kmdr Smela. Samolot w teorii może szybko przelecieć od naszego wybrzeża do szwedzkiego i z powrotem, ale to samo w sobie nic nie znaczy. Trzeba patrzeć na to szerzej, jak długo ten samolot będzie mógł się utrzymać w powietrzu nad środkowym Bałtykiem, ile będzie mógł mieć z sobą rakiet czy bomb. No i czy znajdzie swój cel. - To wszystko nie jest takie proste. Co więcej, pewnych zadań po prostu nie da się wykonać z powietrza. Samoloty nie są i prawdopodobnie nigdy nie będą w stanie prowadzić działań blokadowych, zatrzymywać i przeszukiwać statków - tłumaczy kmdr Smela - No i każdy polski plażowicz wie, jak kapryśna potrafi być pogoda nad naszym morzem. Przez większość roku nie sprzyja ona pilotom. Silny wiatr i niska podstawa chmur skutecznie potrafią przeszkodzić w realizacji szeregu misji - mówi. Oficer zwraca też uwagę na to, że polskie Siły Powietrzne nie są przesadnie liczne, mają już wiele zadań na głowie i zakładanie, że w razie czego będą jeszcze zastępować flotę nad morzem, to myślenie życzeniowe.

- Rakiety odpalane z brzegu też nie zastąpią okrętów. Dużo by tu wyjaśniać, ale ja w ogóle bym się wystrzegał patrzenia na to wszystko takimi wąskimi wycinkami. Istotą nowoczesnych sił zbrojnych jest współpraca, uzupełnianie się, niwelowanie swoich słabych stron. Wówczas można osiągnąć najlepsze efekty. Wojna na Bałtyku nie będzie prowadzona tylko przez okręty albo tylko przez samoloty. To będzie gra zespołowa - mówi kmdr Smela.

Przy czym okręty wcale nie są koszmarnie drogim elementem tej układanki. MON chce obecnie zapłacić poniżej 10 miliardów złotych za trzy fregaty typu Miecznik. Za 32 myśliwce F-35, bez uzbrojenia, zapłacimy 17 miliardów złotych. Za 250 czołgów M1 Abrams z amunicją i innymi dodatkami 23 miliardy. Ta ostatnia kwota wystarczyłaby mniej więcej na zakupy marzeń marynarzy, czyli trzy fregaty i trzy okręty podwodne, co rozwiązałoby największe bolączki Marynarki Wojennej na jakieś pół wieku i uczyniło z niej kluczowego gracza na Bałtyku.

Zobacz wideo Próby morskie przyszłego ORP Ślązak

Mit numer dwa. Rosjanie namierzą i zatopią te okręty w pierwszych minutach wojny. Przecież Obwód Kaliningradzki to forteca najeżona rakietami szachująca prawie cały Bałtyk.

- Wokół tego tematu narosło wiele mitów. Trochę demonizujemy to zagrożenie - mówi kmdr Smela. Co więcej, jego zdaniem wiele osób w polskiej przestrzeni publicznej przyjęło bez refleksji narrację przeciwnika. O Obwodzie Kaliningradzkim jako potężnej fortecy najeżonej rakietami, do której nie ma co się zbliżać na kilkaset kilometrów. Na mapach jest to popularnie prezentowane jako ogromny bąbel, który rzekomo tworzy "strefę antydostępową" nad znaczną częścią Bałtyku i Polski. - I o to stronie przeciwnej chodzi. O stworzenie odpowiedniego wrażenia i skłonienie do trzymania się z dala. Nie wiem, dlaczego tyle osób przyjmuje jako pewnik podawane w folderach reklamowych i na Wikipedii dane o zasięgu, prędkości czy celności. Przecież to oczywiste, że nikt nie podaje realnych danych publicznie - mówi oficer.

Żeby skutecznie użyć rakiety, najpierw trzeba wykryć cel, zidentyfikować, czy to rzeczywiście wróg, a nie jakiś statek cywilny neutralnego państwa, potem ten cel śledzić i naprowadzić na niego rakietę. Ta musi jeszcze nie doznać awarii, dolecieć tam, gdzie powinna i skutecznie trafić. Jednocześnie okręt nie pozostanie bierny, ale będzie używał całej gamy środków samoobrony. - No i nie zapominajmy o tym, że współczesne okręty są budowane w technologii potocznie zwanej stealth, która naprawdę utrudnia ich wykrycie i śledzenie - mówi kmdr Smela. Dodaje, że radar ustawiony na brzegu może łatwo obserwować morze w odległości trochę ponad 40 kilometrów. Dalej można patrzeć przy pomocy na przykład samolotów czy dronów, ale to powolne i stosunkowo łatwe do wykrycia oraz zniszczenie cele. Co więcej, Rosjanie mają ich mało i musiałby one operować nad Bałtykiem, który tak naprawdę jest otoczony niemal całkowicie przez państwa NATO lub z NATO sprzymierzone.

Uproszczony schemat pokazujący problem z tak zwanym horyzontem radarowym. W przypadku okrętów problem jest jeszcze większy, bo wystają nad wodę maksymalnie kilkadziesiąt metrówUproszczony schemat pokazujący problem z tak zwanym horyzontem radarowym. W przypadku okrętów problem jest jeszcze większy, bo wystają nad wodę maksymalnie kilkadziesiąt metrów Fot. Gazeta.pl

Nawet jeśli już coś wykryjemy, to naprowadzanie rakiet na większą odległość też jest sporym wyzwaniem. - Podstawowa zasada jest taka, że w przypadku ruchomych celów - takich jak okręty - im dalej od wyrzutni, tym mniejsza skuteczność. To nie jest tak, że gdy wróg rakietę odpali, to ona na pewno doleci i trafi, a my nie będziemy mogli w żaden sposób się obronić - mówi kmdr Smela. - A, no i jeszcze oczywiście będzie strzelał dziesiątkami rakiet w salwie, jakby te rakiety wcale nie były cenne, a ich zapas ograniczony - dodaje.

Oficer zaznacza, że w tego rodzaju rozważaniach o bąblach antydostępowych ponownie wystrzegałby się wąskiego patrzenia na rzeczywistość. - Ogólna zasada jest taka, że jak przeciwnik nas widzi na przykład przy pomocy radaru, to my raczej też widzimy, gdzie ten radar się znajduje. I możemy się postarać go "dezaktywować". Nie tylko przy pomocy okrętów. Wojsko ma wiele możliwości sięgnięcia w głąb terytorium kontrolowanego przez agresora - mówi kmdr Smela. Na Obwód Kaliningradzki można patrzeć jako na fortecę najeżoną rakietami, ale można też jak na stosunkowo niewielkie terytorium, otoczone przez państwa NATO, pełne wrażliwych celów, których nie ma specjalnie gdzie ukryć.

Rosjanie z akcją pokazową nad Bałtykiem

Zobacz wideo

Mit numer trzy. Będzie jak w 1939 roku, kiedy Marynarka Wojenna do niczego się nie przydała. Okręty odpłyną na Zachód i tyle z tej floty będzie. Przecież nasza główna baza w Gdyni jest rzut beretem od Rosji.

- Ten mit o 1939 roku pomija taką kluczową sprawę, że polską flotę w okresie międzywojennym budowano na wojnę z ZSRR. Do tego była dobrze skrojona i poradziłaby sobie z pewnością dużo lepiej. Niemiec długo nie traktowano jako głównego zagrożenia - mówi kmdr Smela. Kiedy już stało się jasne, że to III Rzesza nim jest, na gruntowną zmianę strategii było za późno, bo przebudować floty nie da się ot tak. To wymaga wielu lat. - Dodatkowo odesłanie trzech najsilniejszych niszczycieli jeszcze przed wojną do Wielkiej Brytanii jest postrzegane jako ucieczka. Tymczasem był to plan zaakceptowany przez Sztab Generalny w Warszawie i moim zdaniem bardzo sensowny. Te okręty na Bałtyku by się zmarnowały, a tak miały eskortować statki z zachodnią bronią dla walczącej Polski - mówi oficer. Wojna potoczyła się jednak tak szybko, że pierwszy z owych statków, eskortowany przez ORP Błyskawica, został zawrócony pod koniec września z drogi do rumuńskiego portu Konstanca.

O zaskoczenie okrętów w głównej bazie w Gdyni komandor Smela sugeruje się nie martwić. - W dzisiejszych czasach to by było bardzo mało prawdopodobne. Wrzesień 1939 roku się już raczej nigdy nie powtórzy. Nie jest tajemnicą, że każde państwo posiada szereg różnych narzędzi, takich jak służby wywiadowcze, satelity, współpraca z innymi państwami. Wojnę prawie zawsze poprzedza kryzys, który narasta, który się obserwuje i odpowiednio na niego reaguje - opisuje oficer. Zaznacza, że oczywiście w detale nie może wchodzić, ale kiedy już zaczną latać rakiety, to w Porcie Wojennym Gdynia nie będzie już tego, co wartościowe. - Założenie, że wojna wybuchnie nagle, niespodziewanie i cała Marynarka Wojenna zostanie wystrzelana w Gdyni, jest, delikatnie rzecz ujmując, przedszkolne - stwierdza komandor.

- Następna wojna na Bałtyku nie potoczy się jak te poprzednie. Tego jestem pewien. Rzeczywistość i uwarunkowania są zupełnie inne. Choćby kluczowe nie będzie to, kto ma więcej szybszych rakiet, ale kto szybciej zniknie stronie przeciwnej z pola widzenia i jednocześnie będzie mógł ją obserwować. Na współczesnym polu walki informacja jest kluczowa - uważa kmdr Smela.

Wiek głównych okrętów naszej Marynarki Wojennej w 2021 rokuWiek głównych okrętów naszej Marynarki Wojennej w 2021 roku Fot. Gazeta.pl

Mit numer cztery. Po co nam te okręty i flota, skoro podczas wojny i tak nic nie będzie po Bałtyku pływało? Wszystko, co potrzeba, można przecież przywieźć ciężarówkami i pociągami z portów w Niemczech czy Holandii.

- Jako państwo prowadzimy akurat taką politykę, że Bałtyk staje się dla nas coraz ważniejszy. Mamy wielkie inwestycje w energetykę związaną z morzem, na których ma się opierać nasza niezależność. Gazoport w Świnoujściu, gazociąg Baltic Pipe, import ropy przez Gdańsk, kabel energetyczny do Szwecji. Zaczęto projektować wielkie farmy wiatraków na morzu. W przygotowaniu są wielkie rozbudowy portów. Naprawdę jako państwo znów zaczynamy poważnie korzystać z morza. Mielibyśmy to wszystko porzucić i pozbawić ochrony? - mówi kmdr Smela. Taką infrastrukturę buduje się długo i za znaczne pieniądze. Stracić można natomiast błyskawicznie. - Taki port w Gdańsku można dość łatwo zablokować bez wystrzału i bez łatwego przypisania winy. Efektem byłaby utrata wiarygodności, podniesienie poczucia zagrożenia wśród armatorów, którzy swoje cenne statki skierowaliby do innych portów, a to na polskiego klienta spadłaby konieczność poniesienia dodatkowych kosztów transportu - opisuje oficer.

Komandor zwraca uwagę, że floty nie buduje się na teraz, ale na za 10, 20, a nawet 40 lat. Bo okręt trzeba najpierw zbudować, potem wyszkolić załogę i w końcu będzie on służył nawet pół wieku. O Marynarce Wojennej trzeba więc myśleć perspektywicznie i przewidywać, co będzie państwu potrzebne za dekady. - Dzisiaj Bałtyk to spokojny akwen, Polska jest stosunkowo bezpieczna. Jednak patrząc na to, co się dzieje na świecie, chyba nikt rozsądny nie powie, że za 20 lat na pewno będzie tak samo. Im lepiej przewidzimy przyszłe zagrożenia, nawet jeżeli dzisiaj wydają się one nierealne, tym lepiej wydamy pieniądze podatnika. Zaufajmy specjalistom, którzy latami doskonalą swoje umiejętności - dodaje.

- Co więcej, my się tu ciągle koncentrujemy tylko na naszym wąskim interesie. Tymczasem nie jesteśmy sami. Jesteśmy częścią NATO. Mamy sąsiadów, których zobowiązaliśmy się bronić. Bałtyk to jest autostrada transportowa do państw bałtyckich, które mają gorszą pozycję niż my. W razie czego pomoc dla nich będzie musiała w znacznej mierze płynąć morzem, bo to będzie najszybsze i najefektywniejsze - opisuje oficer. Nawet jeśli ktoś nie wierzy w NATO i zakłada, że powtórzy się wrzesień 1939 roku, to Bałtyk jeszcze bardziej zyskuje na znaczeniu. Przecież gdyby Niemcy, Czesi i Słowacy zajęli pozycje neutralne i odmówili na przykład zgody na tranzyt broni zakupionej w USA, to którędy ona miałaby do Polski dotrzeć? Realistycznie zostaje tylko morze.

Polski śmigłowiec Mi-14 PŁ/RZdjęcia śmigłowców Mi-14. Największe takie maszyny w polskim wojsku

Mit numer pięć. Po co nam własna flota, skoro mamy za sojuszników Amerykanów czy Niemców? My zajmiemy się ochroną wschodniej granicy przed rosyjskimi czołgami, a oni przyślą tu kilka swoich okrętów i załatwią sprawę.

- Mam wrażenie, że przesadnie skupiamy się na tej gorącej fazie konfliktu, kiedy już będą latać rakiety. Tymczasem ta faza będzie akurat bardzo gwałtowna i będzie ostatecznością dla każdego agresora. Owszem, jako żołnierze się do niej szkolimy i przygotowujemy, ale tak naprawdę naszym kluczowym zadaniem jest jej zapobiec - tłumaczy kmdr Smela. Na flotę, tak samo jak zresztą na całe wojsko, trzeba więc patrzeć szerzej. Również jako narzędzie na czas pokoju i kryzysu, który poprzedza wojnę. - Marynarka Wojenna ma tutaj akurat szczególne możliwości, co wynika z natury morza i prawa międzynarodowego nim rządzącego. Można być prawie wszędzie, bez bycia oskarżanym o eskalowanie sytuacji czy tworzenie napięć - opisuje oficer. Po morzach i oceanach można pływać bardzo swobodnie. Zgodnie z prawem państwa mają kontrolę tylko nad wąskim pasem morza terytorialnego, liczącego 12 mil morskich od brzegu, czyli około 22 kilometrów. Co więcej, znacznie łatwiej i taniej wysłać gdzieś daleko okręt niż na przykład kilkanaście czołgów z załogami i konieczną obsługą.

Zanim padną strzały, okręty mogą pilnować wspomnianej kluczowej infrastruktury przed - na przykład - próbami dywersji. Samą swoją obecnością i zdecydowanymi manewrami przełamywać próby blokady na przykład placu budowy elektrowni wiatrowej. Rosjanom już się zdarzyło "przypadkowo" wpływać okrętami na plac budowy podmorskich kabli wiodących do państw bałtyckich, które nie miały jak temu przeciwdziałać. Musiały protestować i prosić o pomoc Szwecję oraz NATO. Okręty mogą też prowadzić misje patrolowe i humanitarne przykładowo na Morzu Śródziemnym. Pomagać przy klęskach żywiołowych w odległych krajach. - To wszystko może się wydawać nieważne, nieniosące żadnych korzyści dla Polski, niewarte inwestowania miliardów w okręty. Tymczasem to buduje naszą wiarygodność, pokazuje naszą chęć zaangażowania w sprawy sojuszników, pomagania im. Skoro sami oczekujemy od nich pomocy w godzinie próby, to przecież nie możemy się egoistycznie ograniczać tylko do naszego podwórka - opisuje kmdr Smela.

- Trzeba tylko jeszcze raz podkreślić, że współczesne Siły Zbrojne to musi być synergia i równowaga. Jeśli teraz byśmy uznali, że ta Marynarka Wojenna to zbędny przeżytek i inwestowali wyłącznie w ląd oraz powietrze, to morze stanie się słabym ogniwem. Nasz przeciwnik nie jest głupi. Będzie o tym wiedział i na pewno zrobi wszystko, żeby to wykorzystać. A z morza można dzisiaj wiele zrobić - stwierdza komandor.

Zobacz wideo
Więcej o: