Kaczyński sądzi, że zdrada Gowina to kwestia czasu. Za kulisami zagryzającej się prawicy

Jacek Gądek
Jarosław Kaczyński ma rosnące przekonanie, że zdrada Jarosława Gowina to kwestia czasu. Chce go więc wcześniej zwalczyć. Zbigniew Ziobro bardziej wojuje z Mateuszem Morawieckim niż z opozycją. Ziobro i Gowin, choć się nie znoszą, to łączy ich wspólny przeciwnik: Kaczyński. Tak wygląda obóz zagryzającej się prawicy.

Zobacz nagranie. Czy koalicja Zjednoczonej Prawicy dotrwa do 2023 r.? Marcin Ociepa:

Zobacz wideo

Mówi ważny polityk obozu rządzącego: - W 2019 r. cudem zdobyliśmy samodzielną większość. Kolejny raz bardzo trudno będzie to powtórzyć.

A wewnętrzne wojny rozsadzają Zjednoczoną Prawice od środka. Każdy z liderów o coś walczy i kogoś zwalcza.

Zbigniew Ziobro:

  • chce doprowadzić do osłabienia i docelowo do dymisji premiera Mateusza Morawieckiego, którego uważa za obcego prawicy bankstera otaczającego się ludźmi Platformy Obywatelskiej,
  • sprzeciwia się ratyfikacji Funduszu Odbudowy (umowy o środkach własnych Unii Europejskiej), bo pieniądze unijne powiązano z praworządnością,
  • sprzeciwia się polityce energetycznej rządu,
  • oczekuje zaostrzenia linii rządu,
  • rywalizuje z Kaczyńskim o status prawdziwej prawicy.

Jarosław Gowin:

  • żąda od Jarosława Kaczyńskiego odwołania "puczu" w Porozumieniu i uznania za prawowitego prezesa partii,
  • oczekuje nominacji ministerialnych dla polityków Porozumienia (dwóch wice- i jednego ministra w kancelarii premiera),
  • chce podziału państwowych subwencji, które w całości zgarnia PiS, choć Kaczyński obiecał, że się tymi pieniędzmi podzieli (to też żądanie Ziobry),
  • liczy na złagodzenie linii rządu,
  • rywalizuje z Morawieckim na polu gospodarczym, ale już także międzynarodowym.

Jarosław Kaczyński:

  • oczekuje od Ziobry i Gowina, by w najważniejszych kwestiach się podporządkowali jego woli. Dziś żąda od Ziobry, by poparł ratyfikację Funduszu Odbudowy, ale słyszy "nie". Od Gowina żądał np. poparcia dla podatku od mediów czy 30-krotności ZUS - też bez skutku,
  • chce "oskubać" Gowina z jego posłów, nim - czego spodziewa się prezes PiS - wicepremier zdradzi,
  • żąda od Ziobry, aby przestał tak zacięcie zwalczać Morawieckiego,
  • a najchętniej posłałby Ziobrę i Gowina do diabła. Ale nie może.

Wybory na horyzoncie

Wszyscy w ZP myślą już nie o rządzeniu teraz, ale po kolejnych wyborach. Jak informowaliśmy w Gazeta.pl jako pierwsi, Gowin już nawet zaproponował Kaczyńskiemu, by w kolejnych wyborach politycy dzisiejszej Zjednoczonej Prawicy startowali z różnych list: PiS, PSL + Gowin + konserwatyści z PO, ZIobro + Konfederacja. W tym scenariuszu podział ZP miałby nastąpić na pół roku przed wyborami 2023 r. Był to pomysł rewolucyjny. Prezes PiS odrzucił taki wariant jako arcyszkodliwy. "Ziobryści" jednak przebąkują o możliwych wspólnym starcie z Konfederacją. Z kolei Gowin chwali lidera PSL, a już przed rokiem rozmawiał z ludowcami o miejscach na listach PSL.

Na Nowogrodzkiej podejrzenie, że Gowin w końcu zdradzi, przeradza się już w pewność.

Gowin chce mieć wybór

Od roku Gowin wyraźnie tworzy sobie alternatywę: albo z PiS, albo z PSL. Wręcz mówi to już otwarcie. W wywiadzie dla "SE" stwierdził wprost: - Biorę pod uwagę możliwość zarówno startu z list Zjednoczonej Prawicy, jak i tworzenia nowej koalicji centroprawicowej.

Takie zapowiedzi mają dwa równoległe cele.

Po pierwsze: Gowin chce wymusić na Kaczyńskim wywiązanie się z umowy koalicyjnej. Chodzi o trzy stanowiska ministerialne (dwóch wice- i jednego w kancelarii premiera) i podział pieniędzy z subwencji, którą teraz w całości zgarnia PiS. A także cele pomniejsze jak np. powrót polityków do TVP.

Po drugie: utrzymać opozycję w przekonaniu, że Gowin będzie w przyszłości gotowy zdradzić PiS i pomóc opozycji wygrać wybory. Widowiskowy rozpad - jak w 2007 r. - rządu PiS mógłby bowiem pogrzebać szanse PiS na wysoki wynik.

Celem nr 1 Gowina wciąż jest silna pozycja i władza w ramach Zjednoczonej Prawicy. Lider Porozumienia stara się jednak przyspawać swoją partię do siebie tak mocno, by w przyszłości mógł nią - jeśli tylko zechce odejść ze ZP - wykonać ostry zwrot ku opozycji. Dziś partia Gowina rozleciałaby się przy takim zwrocie. Kluczowi są posłowie - Gowin ma ich 13 (i dwie kolejne osoby "w orbicie"), ale dziś po wolcie pozostałaby przy nim raptem połowa (6-7). Reszta "gowinowców" w Sejmie to dziś doskonali kandydaci na dezerterów.

To niby wygląda na zakopywanie się w szczegółach, ale właśnie liczba swoich posłów - dla wyborców często anonimowych - to być albo nie być Gowina w polityce.

Wicepremier wciąż jest słabo "uzbrojony" w posłów. Dlatego kaptuje ich skąd tylko może - od Lewicy (Monikę Pawłowską) po PiS (Lecha Kołakowskiego, który jest "w orbicie" Porozumienia). Kołakowski ma lada dzień tworzyć koło w Sejmie, które będzie przedsionkiem do Porozumienia.

Ważny polityk obozu rządzącego: - Gowin bada alternatywę dla Zjednoczonej Prawicy. Musi ją mieć, więc postępuje racjonalnie.

Cele Gowina

Zostawiając szczegóły na boku, to cele Gowina są w istocie proste. Pierwszy: w 2021 r. być jak najsilniejszym w rządzie PiS. W 2022 r. być gotowym na ewentualne przyspieszone wybory i mieć w nich alternatywę: start z listy PiS albo nowej centroprawicowej listy PSL. A w 2023 r. być w obozie zwycięzców i walczyć o fotel premiera.

By je osiągnąć, prowadzi ogromnie ryzykowną grę. Był już o włos od utraty partii, a Nowogrodzka najchętniej by się go z rządu pozbyła. Ale trwa. Udanie. Gowin jest najdłużej urzędującym ministrem w historii III RP (w rządzie PO w latach 2011-13, a w rządzie PiS od 2015 r.) i nie pali się do bycia opozycji. Gowin buduje więc - co sam podkreślał - zdolność koalicyjną.

W roli koalicjantów jedynie lewica i skrajna prawica są dla niego nie do zaakceptowania. Postkomunistami bowiem gardzi, a nowa lewica (jak Razem) jest mu kulturowo obca. Podobnie obca jest mu też trącąca antysemityzmem skrajna prawica obecna w Konfederacji. Ale już Polska 2050, Platforma Obywatelska, PSL, Kukiz’15 to dla Gowina potencjalni koalicjanci.

Kłopotem Gowina jest brak realnego poparcia społecznego dla niego osobiście i całego Porozumienia. Jeśliby się utrzymał trend spadkowy samego Gowina (w 2019 r. startował z ostatniego miejsca w Krakowie i zdobył niecałe 15 tys. głosów), to do kolejnego Sejmu mógłby już nawet nie wejść, a to byłaby dla niego katastrofa.

Mówi polityk bliski Nowogrodzkiej: - Umiarkowany Gowin wyborczo już się zużył i prawie nic nie wnosi do wyniku PiS. A zużył się właśnie przy radykalnym Kaczyńskim. Dziś już nawet Paweł Kukiz ma większy potencjał wyborczy niż Gowin.

W poszukiwaniu utraconego środka

Lider Porozumienia stara się odzyskać utracony elektorat. Organizuje wielką ofensywę programową i na wszelkie sposoby stara się wyróżnić na tle PiS. Nowogrodzka nie chcąc dać urosnąć Gowinowi, uderza w jego posłów (jak w Wojciecha Maksymowicza) i nie wypełnia umowy koalicyjnej, czym stara się go upokorzyć. PiS i Gowin są skazani na konflikt, a regularna wymiana ciosów trwa od około roku - od sprawy wyborów "kopertowych". I będzie się nasilać.

- Zapnijcie pasy, bo przez najbliższe tygodnie będzie bardzo ostra jazda - radzą teraz politycy Porozumienia.

Ziobro nie chce być "miękiszonem"

Podobnie Zbigniew Ziobro. Minister sprawiedliwości istnieje wtedy, gdy jest prawicowym antyPiSem.

Ziobro jest w kontrze nie tylko do premiera Mateusza Morawieckiego, do którego dymisji chce doprowadzić od lat.

Mówi polityk z otoczenia Kaczyńskiego: - Zdaniem Ziobry Morawiecki chce go politycznie po prostu zabić.

Ale także - i to już publicznie - w kontrze do samego Jarosława Kaczyńskiego. Minister sprawiedliwości w wywiadach daje do zrozumienia, że to prezes PiS jest "miękiszonem" i ulega Morawieckiemu, porzucając ofensywny program PiS. De facto Ziobro oskarża Kaczyńskiego o zdradę PiS-u.

Fundusz Odbudowy kością niezgody

Dziś największą kością niezgody między Ziobrą a tandemem Kaczyński-Morawiecki jest głosowanie nad ratyfikacją umowy o zasobach własnych Unii Europejskiej, czyli o Funduszu Odbudowy. Dlaczego to? Bo pieniądze unijne są już powiązane - za zgodą Morawieckiego i Kaczyńskiego - z przestrzeganiem praworządności. A to - wedle Ziobry - jest zdradą Polski i zrzeczeniem się suwerenności państwa.

Mówi osoba z otoczenia Ziobry: - To jest temat konstytuujący dla Solidarnej Polski. Kiedy będzie już stosowane wobec Polski unijne rozporządzenie "pieniądze za praworządność" i będą one mrożone przez Brukselę, to okaże się: to my mieliśmy rację i byliśmy nieugięci w jej obronie.

Ziobro chce się prezentować jako prawdziwa prawica, a nie jakieś "miękiszony" rezydujące w Kancelarii premiera i na Nowogrodzkiej. Kaczyński chce z kolei złamać opór "ziobrystów". Albo groźbami przyspieszonych wyborów. - Jesteśmy do tego przyzwyczajeni. To nic nowego - śmieje się jeden z członków SP. Albo przehandlować za cenę zgody PiS na ważne dla Ziobry projekty ustaw - też póki co bez efektu.

- Na tym etapie nie ma już możliwości, abyśmy zachowali się inaczej, niż tylko głosowali na "nie" - odpowiada jednak jeden z "ziobrystów".

Ekipa Ziobry w Sejmie jest zwarta. Trudno PiS-owi kogokolwiek wyłuskać z tej dziewiętnastki. "Ziobryści" najpewniej zatem będą głosować na "nie" dla Funduszu Odbudowy i w ten sposób skażą PiS na łaskę Lewicy, PSL i Platformy Obywatelskiej. To też sposób na upokorzenie PiS-u - podkreślanie, że tylko Solidarna Polska jest ortodoksyjną prawicą.

I biją w Morawieckiego przy każdej okazji, a jego ludzi - często w przeszłości też współpracujących z PO - po prostu nie znoszą. Mają na nich alergię. Dziś celem frontalnego ataku SP jest Paweł Borys - zaufany człowiek Morawieckiego, szef Polskiego Funduszu Rozwoju.

Zjednoczona Prawica trzeszczy w szwach, a koalicjanci stają się swoimi dla siebie wrogami. Jeden z ważnych polityków ZP uspokaja: - Najbardziej prawdopodobne jest, że i tym razem wszyscy się jednak dogadają.

Teraz jeszcze pewnie tak. Niemniej coraz więcej osób z Zjednoczonej Prawicy mówi już, choć nieoficjalnie, że projekt ten się wypala. Do spotkania liderów ma dojść w weekend.