Nastolatek w szponach heroiny. "Podkradałem książki i sprzedawałem je w antykwariacie" [PIEKŁO]

Robert Rutkowski*: Pierwszy raz heroinę wstrzyknął mi Jarek, to było na zgrupowaniu koszykarskim w Zakopanem w 1981 roku. Piekło? Wtedy to był dla mnie raj. Przeżyłem wręcz orgazm. W tle fajna muzyka, towarzystwo starszego kolegi. Wystarczyło. Byłem już po drugiej stronie.

Przy okazji Świąt Wielkanocnych opisaliśmy niezwykłe historie trzech osób - Kingi Kosińskiej, Przemysława Wójtowicza i Roberta Rutkowskiego. Każda z tych historii opisana jest w trzech osobnych tekstach - Piekło, Czyściec, Niebo. Nasi rozmówcy przeżyli metaforyczne piekło, przeszli przez umowny czyściec, aż w końcu dotarli do "nieba", czyli punktu, który, choć wciąż stawia wyzwania, pozwala na zamknięcie poprzedniego rozdziału. Chcemy, by doświadczenia naszych bohaterów stanowiły dla Czytelników nie tylko nadzieję, ale i inspirację do wprowadzania zmian w swoim życiu.

***

To był początek lat 80., specyficzne czasy. Warszawa. Miałem wtedy 18 lat.

Heroina wzięła się z samotności i pustki. Mógłbym oczywiście spojrzeć na to schematycznie i obarczyć winą ojca. Był rozproszony, rozbiegany, z rozwianym włosem, ciągle pędził, ciągle gdzieś gonił. Z dzieciństwa pamiętam jego porozkładane papiery, próbowałem go zagadać, ale był nieobecny, bo praca, bo kochanki. Dziecko potrzebuje ojca i bezwarunkowej aprobaty.

No i szkoła. Kompletna katastrofa pedagogiczna. Wylądowałem w technikum elektroniczno-mechanicznym, ja, humanista, sięgający po Henryka Sienkiewicza, Michaiła Bułhakowa, Jamesa Joyce’a, czytający Franza Kafkę. Pochodziłem z rodziny inteligenckiej, brałem z półek, co było w domu. Tata wychodził z założenia, że skoro jestem mężczyzną, muszę mieć zawód. Intencje chłop miał zacne, ale wyszło dramatycznie. W żadnym z nauczycieli nie mogłem znaleźć mentora. Próbowałem zadzierzgnąć relację z nauczycielem WF-u i trenerem, ale ich interesowało tylko to, jakim byłem koszykarzem.

A byłem bardzo dobry. Koszykówka była mi potrzebna, by pokazać samemu sobie, że coś potrafię. Grałem nawet w reprezentacji Polski juniorów. Tylko co z tego, że zrobiłem dobry wynik, skoro nikt o tym nie wiedział? Największy żal, jaki nosiłem, wiązał się z tym, że mój ojciec nigdy nie był na żadnym moim meczu. Moja matka pomagała przetrwać mi ten czas, szykowała mi kanapki na trening, gotowała gigantyczne ilości galaretki, kisielu.

Pierwszy raz heroinę wstrzyknął mi Jarek, to było na zgrupowaniu koszykarskim w Zakopanem w 1981 roku. Piekło? Wtedy to był dla mnie raj. Przeżyłem wręcz orgazm. W tle fajna muzyka, towarzystwo starszego kolegi. Wystarczyło. Byłem już po drugiej stronie. Byłem, proszę pana, nie byle kim. Narkomanem. Może to się panu wydawać dziwne, ale jak się ma naście lat, to człowiek woli być alkoholikiem, narkomanem, a nawet przestępcą niż właśnie nikim.

Zacząłem podćpywać. Raz na tydzień? Nie, nie, rzadziej. To była siermiężna komuna, ale ludzie nie chodzili tylko do kościoła i na demonstracje. Prowadziliśmy normalne życie towarzyskie, były kluby studenckie, imprezy, koncerty. Narkotyki wbrew pozorom nie były istotne.

Heroinę kupowało się na tak zwanym bajzlu, czyli przy Domach Towarowych Centrum albo na Dworcu Centralnym. Przez pierwsze dwa lata pieniądze nie były żadnym problemem. Narkotyki były tanie. Człowiek zakombinował, tu płytę kupił taniej, tam sprzedał drożej. Rodzina nic nie zauważyła. Człowiek w wieku 18, 19 lat zachowuje się jak naćpany nawet wtedy, jak nie zażywa kompletnie nic.

Po roku pojawiły się pierwsze symptomy czegoś, czego za bardzo nie rozumiałem, a co okazało się początkami uzależnienia. Myślałem, że to zwykły katar, ból mięśni. Załatwiłem sobie heroinę. Złe samopoczucie zniknęło.

Czwartego dnia [od zastrzyku - red.] znowu pojawił się stan grypowy: ból mięśni, katar, jadłowstręt, wodowstręt, ślinotok przechodzący w mdłości... I wtedy uświadomiłem sobie, że coś jest nie w porządku. Zacząłem gadać z ludźmi z branży. No i usłyszałem: “Brawo! Witaj w klubie! Już jesteś nasz!

Powyższy cytat pochodzi z książki “Oswoić narkomana”, autorstwa Ireny Stanisławskiej i Roberta Rutkowskiego.

Po dwóch latach przyjmowałem heroinę już często. Żyłem w dwóch światach: prawdziwym i narkotykowym. Podkradałem z domu książki i sprzedawałem je w antykwariacie. Raz chciałem nawet wynieść z domu dwunastotomową encyklopedię, klejnot naszej rodziny. Spuszczałem ją po sznurku przez okno, żeby mama nie zauważyła. Pojechałem do antykwariatu, ale zawróciłem, chociaż byłem na głodzie. To była granica, której nie przekroczyłem.

Nie nazwałbym tego żebraniem, ale tak, sępiłem na Dworcu Centralnym, że niby zbieram na bilet. Zdarzyło mi się to dwa razy. Kradłem też pieniądze moim rodzicom. Kiedyś mojemu korepetytorowi zabrałem z domu dwie książki, ciąży mi to do tej pory. Otarłem się o środowisko przestępcze, miałem propozycje nielegalnego zarabiania. Przez moment byłem ochroniarzem prostytutek. To były dziewczyny, które prosiły mnie o pomoc z racji moich fizycznych parametrów. Udało mi się nie zostać alfonsem.

W tamtym okresie poznałem wielu homoseksualistów, bywałem w gejowskiej knajpie Alhambra. Nie raz proponowano mi seks za pieniądze z racji mojej atrakcyjności, ale nigdy się do tego nie posunąłem. Narkoman jest człowiekiem nieobliczalnym, jest w stanie zrobić największe gówno, a mimo to miałem w swojej głowie mocne bariery.

Ukończenie pięcioletniej szkoły zajęło mi siedem lat. Maturę zrobiłem nieprawdopodobnym wysiłkiem. Miałem uszkodzony narkotykami mózg.

Raz zaraziłem się żółtaczką z czyjejś strzykawki i w ciężkim stanie trafiłem do szpitala. Zdarzyło mi się też płukać strzykawkę w wodzie z zardzewiałego hydrantu. Nie mówiło się o higienie, a nawet gdyby się mówiło, to i tak wtedy nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.

Byłem strasznie wychudzonym chłopakiem, który czasami nawet pograł sobie w kosza, ale coraz rzadziej, bo sił miałem coraz mniej. No i niestety cały czas z tyłu głowy... Obiecywałem sobie, że z tym skończę, przysięgałem, modliłem się

Powyższy cytat pochodzi z książki “Oswoić narkomana”, autorstwa Ireny Stanisławskiej i Roberta Rutkowskiego.

Z czasem musiałem przyjmować coraz więcej heroiny, miałem podwyższoną tolerancję. To rodziło koszty i uciążliwość. To było męczące, ilość narkotyku lawinowo rosła, trzeba było go więcej przyjmować, żeby uzyskać stan wyjściowy.

Sam kilkadziesiąt razy robiłem sobie kilkutygodniowe detoksy w ośrodku wczasowym na Mazurach, który należał do firmy mojego ojca. Wcale nie chodziło mi o to, żeby z tego wyjść, ale żeby właśnie zbić tolerancję. Wiedziałem od starszych kolegów, że człowiek na pewnym etapie głodu heroinowego zwraca wszystkie płyny przez usta, a jednocześnie ma rozwolnienie. Dlatego brałem ze sobą na Mazury glukozę w wielkich strzykawkach, żeby jakoś przeżyć.

Przy tym wszystkim czułem, że to nie mój świat. Wie pan, jak to wyglądało? Tygiel przeciwności. Bezdomny produkował narkotyki na mecie w Ząbkach, przywoził na bajzel i sprzedawał córce ówczesnego ministra, policjantowi, strażakowi, żołnierzowi. Pamiętam hipisów, punkowców, którzy wspólnie gnali za jakimś dilerem na obrzeża Nowego Światu. To jakaś targikomedia! Wstydziłem się z nimi chodzić. Byłem przecież elegancko ubrany, miałem białą koszulę. Nawet kiedyś, kiedy policja zwinęła całą watahę, gliniarz zapytał mnie zdziwiony: "a co ty tutaj robisz w tym towarzystwie?".

Potrafiłem robić zastrzyki w szyję, nie samemu sobie, ale innym. Szukano mnie w tym celu, wiedzieli, że jestem w tym dobry. Jak już zostałem narkomanem, to takim najlepszym. Parę razy udało mi się komuś pomóc przy zapaści, znałem procedury, wiedziałem, jak reanimować. Wyobraża pan sobie, że potrafiłem się nawet podzielić heroiną z kimś innym? To rzadko spotykane w tej branży, człowiek myśli głównie o sobie.

Tolerancja narkotyku szła w górę, a czasem trzeba było trzy dni czekać na towar. Nie było tak, jak teraz, że kilogram jest na każde zawołanie. Szukało się turbodoładowania w postaci barbituranów i benzodiazepin. Nie robiłem tego na co dzień. Raz wstrzyknąłem sobie relanium i heroinę. To był błąd. Dotarło do mnie, że jest źle.

*Robert Rutkowski (www.robertrutkowski.pl), psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Pomaga w leczeniu uzależnień m.in. od alkoholu, narkotyków, leków, zakupów, seksu.

Kontynuacja historii Roberta Rutkowskiego:

WSZYSTKIE TEKSTY Z CYKLU PIEKŁO, CZYŚCIEC, NIEBO >>

Więcej o: