"Co powiedziałbym Jarkowi, który podał mi pierwszy strzał heroiny? Może po prostu 'dziękuję'?" [NIEBO]

Robert Rutkowski*: Po latach nadal nie potrafię przejść obojętnie obok antykwariatu. Kupuję półki książek, wychodzę obładowany torbami. Kiedyś udało mi się odkupić książkę, którą sprzedałem 20 lat wcześniej, żeby mieć pieniądze na heroinę. Uwierzy pan w to? Rozpłakałem się.

Przy okazji Świąt Wielkanocnych opisaliśmy niezwykłe historie trzech osób - Kingi Kosińskiej, Przemysława Wójtowicza i Roberta Rutkowskiego. Każda z tych historii opisana jest w trzech osobnych tekstach - Piekło, Czyściec, Niebo. Nasi rozmówcy przeżyli metaforyczne piekło, przeszli przez umowny czyściec, aż w końcu dotarli do "nieba", czyli punktu, który, choć wciąż stawia wyzwania, pozwala na zamknięcie poprzedniego rozdziału. Chcemy, by doświadczenia naszych bohaterów stanowiły dla Czytelników nie tylko nadzieję, ale i inspirację do wprowadzania zmian w swoim życiu.

Przeczytaj także dwie wcześniejsze części historii Roberta Rutkowskiego:

***

Moim dilerem jest teraz mój mózg. Przestałem szukać szczęścia na zewnątrz poprzez legalne i nielegalne narkotyki, seksualne i biznesowe fanaberie. Zaczęło mi pykać gdzieś w głowie, że ja to wszystko mam w swoim wnętrzu.

Wróciłem do sportu, zacząłem pływać, jeździć na rowerze. Uzmysłowiłem sobie, że stany, które mam po przejechaniu 20-30 kilometrów, przypominają mi stany z początków brania heroiny. Wróciłem do punktu wyjścia.

Nie byłoby tej całej gadki, gdybym kiedyś nie nauczył się grać w kosza. Sport nauczył mnie czegoś, co się nazywa “sportowe wkurzenie”. Bardzo często odwołuję się do tego w moim gabinecie. Pytam pacjentów: "ma pan jakąś zajawkę, uprawia jakiś sport". "Nie, to nic ważnego". "Ale było coś?". "Kiedyś w podstawówce jakiś SKS, jakaś siatkówka". "Ale jak to nie ma o czym mówić? A słyszał pan o pamięci komórkowej? To, co pan robił 20, 30 lat temu więcej niż kilkadziesiąt razy, to się zapisało neuronalnie, to są obwody w pańskiej głowie!".

I mówię pacjentowi, że to, że codziennie chla, wciąga koks i jest kupą gówna, to wcale nie jest jego całość. To tylko fragment. Ma w głowie nasionko, które trzeba umiejętnie podlać, żeby zaczęło kiełkować. Sportowe wkurzenie pomaga się zacietrzewić, jak karabin snajperski skupić na celu.

Przed laty uprawiałem sport zadaniowo, chciałem być najlepszy i owszem, stałem się bardzo dobry, grałem z zawodnikami, którzy grali potem w NBA. Sport wyposażył mnie w pewne narzędzia, ale w tym wszystkim brakowało beztroski. Kiedy po latach wróciłem do sportu, zrobiłem to nie po wyczyn, dyplom, medal, ale właśnie po tę beztroskę. Nie wlazłem w maratony, ograniczyłem się do sportu rekreacyjnego. To trwa do tej pory. Wysiłek potrafi być wręcz narkotyczny, ekstatyczny.

To, że pomagam ludziom jako terapeuta osób uzależnionych, to duża zasługa mojego ojca. Po tych wszystkich przejściach ze mną zaczął prowadzić stowarzyszenie, które wspierało osoby uzależnione i ich rodziny. Pewnego dnia powiedział: "słuchaj, mam znajomych, mają problem z synem, weź z nimi pogadaj". Studiowałem wtedy pedagogikę. Pogadałem. Potem kolejny raz, trzeci, piąty. Usłyszałem od ojca "synek, jesteś dobry".

Byłem ugotowany. Potrzebowałem lustra, które odbije światło i mnie oświetli. Mój ojciec po raz pierwszy mnie docenił. Chodziło właśnie o to, że powiedział, że jest ze mnie dumny.

Szkolenia, wykłady dla rodziców, zrobienie niełatwej specjalizacji. Powoli, powoli, tak to poszło. Dziś mam swój gabinet.

Moje doświadczenia z narkotykami wcale nie sprawiają, że jest mi łatwiej. Odzywa się tak zwany mechanizm przeciwprzeniesienia. Nie mogę patrzeć na pacjenta przez filtr swoich doświadczeń. Osoby, którzy mają swoją historię uzależnieniową i którzy chcą pomagać uzależnionym, mają dużo wyżej zawieszoną poprzeczkę. Muszą głębiej, mocniej pracować nad sobą, swoimi obsesjami, słabościami, mocnymi stronami, żeby nikogo nie krzywdzić.

Z punktu widzenia pacjenta może to mieć jednak wymiar pozytywny, bo czuje większą więź z takim gościem, bo według niego on go bardziej rozumie, bo on tam przecież był. Był w piekle.

Dziś już nie mam problemu z pojawianiem się w miejscach, które kojarzą mi się z okresami ćpania. To wszystko zostało już "odblokowane". Chodząc w tych rejonach, czuję się, jakbym chodził po Muzeum Powstania Warszawskiego, z całym szacunkiem dla powstańców. W narkomańskiej nomenklaturze mówiło się, że byliśmy na wojnie. To była walka o przetrwanie, chociaż myśmy nawet nie wiedzieli, że pociski przelatują bardzo blisko naszej głowy. Przekręcić się w tamtym okresie było bardzo łatwo. Zaćpanie się na śmierć nie wymagało niesamowitych umiejętności.

Co powiedziałbym Jarkowi, który wtedy, w Zakopanem, prawie 40 lat temu podał mi pierwszy strzał heroiny? Może po prostu "dziękuję"? Nie, nie żartuję. Może pan pomyśleć, że zwariowałem. Mam dystans do tych trudnych wydarzeń, naprawdę czuję wdzięczność. Siedzi przed panem facet, który ma 57 lat, świetnie sobie żyje, ma żonę, dwuipółletniego synka, a także starszego, ponad 32-letniego. Jestem spełnionym człowiekiem. Niektórym moim kolegom udało się odnieść sukcesy w koszykówce, nawet wyjechali za granicę, a dziś? Wyglądają mało atrakcyjnie, są sfrustrowani, często uzależnieni od alkoholu. Proszę mi powiedzieć, co miałbym w tej sytuacji powiedzieć Jarkowi?

Mój gabinet nie należy do najtańszych, mamy zimę [rozmowa odbyła się w lutym - red.], a moja asystentka zapisuje pacjentów na jesień. Zdaje pan sobie sprawę, że w Polsce rocznie popełnia samobójstwo 6 tysięcy osób? Ludziom puszczają zawory. Przychodzą do mnie znani, bogaci, a są jak we mgle, szukają kleju, żeby ich posklejać.

Kiedyś pewna pani doktor chciała się zapisać do mnie z synem. Zaproponowałem, że przyjmę ich jako pierwszych, o 7.30. "Nie mogę, bo o tej porze jestem już w pracy". Ostatni pacjent wychodzi ode mnie o 16, zaproponowałem wobec tego godzinę 15.15. "Ale ja pracuję do 20". Nie chcę żyć, jak moi pacjenci, którzy mówią, że kiedy wychodzą, to ich dzieci jeszcze śpią, a jak wracają, to już śpią. Normalna rodzina, prawda? Sukces! Piękny dom. Dobre auto. Wakacje w atrakcyjnych miejscach. I zero relacji.

Po latach nadal nie potrafię przejść obojętnie obok antykwariatu. Kupuję półki książek, wychodzę obładowany torbami. Kiedyś udało mi się odkupić książkę, którą sprzedałem 20 lat wcześniej, żeby mieć pieniądze na heroinę. Uwierzy pan w to? Rozpłakałem się.

Nie jestem abstynentem. Mogę napić się alkoholu, ale nie widzę żadnej potrzeby. Źle się po nim czuję. Ktoś, kto ma taką przeszłość jak ja, jest uwrażliwiony na to, by czuć się dobrze. A najlepiej czuję się właśnie wtedy, kiedy nie mam bałaganu w swoim życiu, nie robię nieuczciwych rzeczy, przykładnie płacę podatki. I po co to zmieniać?

*Robert Rutkowski (www.robertrutkowski.pl), psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Pomaga w leczeniu uzależnień m.in. od alkoholu, narkotyków, leków, zakupów, seksu.

WSZYSTKIE TEKSTY Z CYKLU PIEKŁO, CZYŚCIEC, NIEBO >>

Więcej o: