Walka narkomana o trzeźwość. "Szukałem złotego cielca, który poprawi mi nastrój" [CZYŚCIEC]

Robert Rutkowski*: Po szpitalu i po wyjściu z ośrodka czasem widywałem na ulicy znajomych narkomanów. Patrzyli na mnie jak na ducha. "To ty żyjesz?". "Tak, a co?". "Słuchaj, wszyscy mówili, że przedawkowałeś". Uświadomiło mi to, że narkomani wolą, żeby ich towarzysz niedoli umarł, nie chcą przyjąć faktu, że podjął leczenie i wyrwał się z tego szaleństwa.

Przy okazji Świąt Wielkanocnych opisaliśmy niezwykłe historie trzech osób - Kingi Kosińskiej, Przemysława Wójtowicza i Roberta Rutkowskiego. Każda z tych historii opisana jest w trzech osobnych tekstach - Piekło, Czyściec, Niebo. Nasi rozmówcy przeżyli metaforyczne piekło, przeszli przez umowny czyściec, aż w końcu dotarli do "nieba", czyli punktu, który, choć wciąż stawia wyzwania, pozwala na zamknięcie poprzedniego rozdziału. Chcemy, by doświadczenia naszych bohaterów stanowiły dla Czytelników nie tylko nadzieję, ale i inspirację do wprowadzania zmian w swoim życiu.

Przeczytaj także pierwszą część historii Roberta Rutkowskiego: Nastolatek w szponach heroiny. "Podkradałem książki i sprzedawałem je w antykwariacie" [PIEKŁO] >>

***

Moment reanimacji był jak usłyszenie wielkiego dzwonu. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że jeśli czegoś ze sobą nie zrobię, to będzie katastrofa. Instynkt samozachowawczy nie wyłączył się całkowicie, zaczął o sobie przypominać.

Byłem zdesperowany, by trafić na szpitalny detoks, co wówczas, w połowie lat 80., nie było takie proste. Kilka lat wcześniej na bajzlu pojawiła się doktor Pańkowska, odwiedzała tam narkomanów. Można powiedzieć, że była jedną z pierwszych w Warszawie streetworkerek. Fantastyczna babka. Zobaczyła mnie kątem oka i zwróciła uwagę, że ja tam kompletnie nie pasuję. Byłem oburzony, zacząłem krzyczeć, że co sobie ona wyobraża, że ja tu przecież z wizytą u kolegi. Pokiwała głową i powiedziała, że gdybym kiedykolwiek chciał porozmawiać, to ona pracuje w poradni na Dzielnej.

Po dwóch latach, po akcji z reanimacją, wpadłem na Dzielną, wbiłem się poza kolejnością, uklęknąłem przed doktor Pańkowską i powiedziałem, że już nie daję rady. W ciągu dwóch dni byłem już w szpitalu na Sobieskiego. Spędziłem tam cztery tygodnie. Co jest najistotniejsze: pierwszy i ostatni raz. Ludzie mi nie wierzyli, że ja od tamtej pory nie wziąłem już ani grama heroiny.

A ja na początku wcale nie chciałem dużej zmiany, chodziło mi o zbicie tolerancji.

Po detoksie rodzice zawieźli mnie do katolickiego ośrodka w Mstowie. Wytrzymałem tam tydzień. Wróciłem do Warszawy, chciałem zaćpać, ale nie udało się załatwić towaru. Panowała wtedy tzw. "posucha". Odłożyłem tę rozkosz na kolejny dzień. O siódmej rano następnego dnia szarpanie za ramię przez mojego ojca, który wsadza mnie zaspanego do auta i wywozi do szpitala. Już nie przechodziłem tam detoksu, chodziło o to, żeby mnie tam przetrzymać. Z oddziału zostałem zawieziony do ośrodka w Zagórzu.

Prowadziłem tam zwykłe, normalne, szare życie. Kiedy byłem sportowcem, to ciągle ktoś mnie obsługiwał, bo najważniejsze były treningi. A tutaj uczyłem się podstawowych czynności: jak przyrządzać posiłki, sprzątać. Pierwszy raz w życiu poznałem, czym jest zwykła rozmowa z rówieśnikiem, beztroskie słuchanie muzyki. Jak to, na trzeźwo można słuchać płyt? Z dziewczynami na trzeźwo rozmawiać? To było dla mnie odkrycie. Pokochałem tam codzienną pracę, chociaż była mało ambitna. Ale była.

Wciąż myślałem o heroinie. Po trzech miesiącach pobytu w ośrodku pyknęło coś w głowie, że może warto by spróbować i rozpocząć życie na nowo.

Miałem tam spędzić dwa lata. Wyszedłem po dziewięciu miesiącach. A w zasadzie zostałem wyrzucony. Z kolegą na przepustce natrafiliśmy na krzaki z marihuaną. Znaleziono u mnie w kieszeni ziarenka. Niewiele mi brakowało, a zamieszkałbym w specjalnym hostelu, czyli uczyłbym się życia już poza ośrodkiem.

Czy byłoby dla mnie lepiej, gdybym spędził tam całe dwa lata? Nikt mi na to pytanie nie odpowie. Znałem ludzi, którzy kończyli ośrodki, a potem bywałem na ich pogrzebach. Wychodzili bardzo pewni siebie. Kiedy ja wychodziłem z Zagórza, cholernie się bałem, byłem przydygany.

Po powrocie do Warszawy prawie trzy godziny stałem na Alejach Ujazdowskich i patrzyłem to w lewą, to w prawą stronę i nie wiedziałem, w którą stronę iść. Miałem do wyboru albo dom, albo bajzel. Wybrałem dom. Człowiek stoi na tym metaforycznym rozdrożu czasami nawet kilka lat.

Dla mnie odkryciem było to, że uczciwość ma sens, odkryciem był spokój umysłu, brak niepokoju, lęku, szaleństwa. Żadnego drżenia za kolejnym wygranym meczem, kolejną działką narkotyku, kolejną dziewczyną, którą trzeba zdobyć, by potwierdzić swoją atrakcyjność.

Zatrudniłem się w Wytwórni Filmów Dokumentalnych jako elektryk samochodowy. Szybko pojawiła się żona, dziecko. Chciałem normalnie funkcjonować.

Odciąłem się od poprzedniego życia. Nauczyłem się uciekać. Przy odstawieniu heroiny i zmianie nawyków to jest nieuniknione. Łatwiej jest odstawić narkotyki niż odstawić ludzi, którzy z tym nam się kojarzą. Moi rodzice całkowicie przemeblowali mój pokój. Zdarzyło mi się wysiąść z autobusu, gdy spotkałem znajomego typa, przejść na drugą stronę ulicy, jeśli zobaczyłem osobę, która chociaż sylwetką kogoś mi przypominała.

Po szpitalu i po wyjściu z ośrodka czasem widywałem na ulicy znajomych narkomanów. Patrzyli na mnie jak na ducha. "To ty żyjesz?". "Tak, a co?". "Słuchaj, wszyscy mówili, że przedawkowałeś". Uświadomiło mi to, że narkomani wolą, żeby ich towarzysz niedoli umarł, nie chcą przyjąć faktu, że podjął leczenie i wyrwał się z tego szaleństwa.

To nie był jednak koniec. Szukałem złotego cielca, który poprawi mi nastrój, a jednocześnie nie bardzo się przy tym napracuję. Nie chciałem wracać do heroiny, bałem się jej. Przewinęła się marihuana, a nawet kokaina, ale to było totalne rozczarowanie. Kilka razy próbowałem, ale nie mogę zrozumieć tej fascynacji, ludzie bardziej kupują marketing niż samo działanie. To totalny syf, jedno wielkie oszustwo.

Później zacząłem prowadzić sklep, pojawiły się problemy finansowe. Pomagałem sobie alkoholem, korzystałem z niego więcej niż powinienem, ale nigdy się nie uzależniłem. Była też kochanka. Przez moje eksperymenty rozpadło się moje małżeństwo.

Rozczarowały mnie narkotyki, rozczarowały substancje legalne, takie jak alkohol. Nic nie wywołuje takiego haju, takiego orgazmu, jak heroina.

Mimo to nadal ćpam. Nadal jestem narkomanem. Tylko zmieniłem dilera.

Kontynuacja historii Roberta Rutkowskiego: "Co powiedziałbym Jarkowi, który podał mi pierwszy strzał heroiny? Może po prostu 'dziękuję'?" [NIEBO] >>

*Robert Rutkowski (www.robertrutkowski.pl), psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Pomaga w leczeniu uzależnień m.in. od alkoholu, narkotyków, leków, zakupów, seksu.

WSZYSTKIE TEKSTY Z CYKLU PIEKŁO, CZYŚCIEC, NIEBO >>

Więcej o: