Nowe życie weterana z Afganistanu. "Dla mnie skończyło się dobrze. Wielu innych ma gorzej" [NIEBO]

Nogi pogruchotane, przestrzelone i pocięte odłamkami w walce z talibami. Pół roku w niebycie, bólu i walce o odzyskanie sprawności. Zderzenie z obojętnością państwa, wojska i współobywateli. W końcu światło - komisja lekarska pozwala wrócić do służby. Po piekle i czyśćcu przychodzi czas na nowe otwarcie dla chorążego Przemysława Wójtowicza. - Dla mnie skończyło się dobrze. Jestem szczęśliwy. Jest jednak wielu innych, którzy mają gorzej - mówi weteran.

Przy okazji Świąt Wielkanocnych opisaliśmy niezwykłe historie trzech osób - Kingi Kosińskiej, Przemysława Wójtowicza i Roberta Rutkowskiego. Każda z tych historii opisana jest w trzech osobnych tekstach - Piekło, Czyściec, Niebo. Nasi rozmówcy przeżyli metaforyczne piekło, przeszli przez umowny czyściec, aż w końcu dotarli do "nieba", czyli punktu, który, choć wciąż stawia wyzwania, pozwala na zamknięcie poprzedniego rozdziału. Chcemy, by doświadczenia naszych bohaterów stanowiły dla Czytelników nie tylko nadzieję, ale i inspirację do wprowadzania zmian w swoim życiu.

Przeczytaj także dwie wcześniejsze części historii Przemysława Wójtowicza:

***

- Mój niebyt w sumie trwał dłużej niż te pół roku rehabilitacji i czekania na orzeczenie komisji. Jak już wróciłem do służby to okazało się, że w międzyczasie mój oddział rozwiązali. Nie miałem do czego wracać - opowiada Gazeta.pl Wójtowicz.

Okazało się, że wojsko nie wie, co zrobić z doświadczonym snajperem i instruktorem, mającym już na koncie 15 lat służby i szereg wyjazdów na misje zagraniczne. - Jako żołnierz odwiedziłem wszystkie kontynenty, poza Australią - śmieje się teraz weteran.

Wypalenie i zmęczenie

W 2011 roku do śmiechu mu jednak nie było. Kolejne pół roku spędził w wojskowym niebycie. W końcu telefon i przełom. - Zostałem skierowany do ówczesnego Dowództwa Wojsk Lądowych, gdzie miałem odpowiadać za organizację szkolenia snajperskiego - opisuje. Taka funkcja jak najbardziej mu odpowiadała. Mógł zająć się tym, co naprawdę lubił robić.

Niestety, sielanka nie trwała długo. Na drodze stanęła reforma systemu dowodzenia wojska. Z początkiem 2014 roku przestało istnieć Dowództwo Wojsk Lądowych. - Wraz z nim zniknęło moje stanowisko. W nowo utworzonym Inspektoracie Wojsk Lądowych już takiego nie było - mówi Wójtowicz. Znów trafił do niebytu. Na szczęście już ostatni raz.

- Tym razem zadzwonił kolega z 1. Warszawskiej Brygady Pancernej. Chcieli, żebym przyszedł do nich i zajął się szkoleniem snajperów. Dowódca podczas rozmowy stwierdził jasno, że u niego mają być najlepsi snajperzy w całym Wojsku Polskim. Takie zadanie bardzo mi odpowiadało - wspomina Wójtowicz.

Opowiada, że szybko zorganizował szkolenie według swojego pomysłu i szybko miał efekty, bo strzelcy z warszawskiej brygady zaczęli wygrywać na zawodach taktycznych nie tylko w Polsce, ale też zagranicą. - Czułem się jednak coraz bardziej wypalony i zmęczony. Miałem za sobą już dwie dekady służby. Osiągnąłem, co mogłem osiągnąć. Miałem świetnie wyszkolonych podwładnych, którzy bardzo dobrze sobie radzili. Zdecydowałem się odejść na emeryturę. W 2017 roku, po 21 latach służby, stałem się cywilem - opisuje Wójtowicz.

Wszystko co miał w szafie wojskowego wziął i wyrzucił. - Nie czułem żadnej potrzeby zatrzymania tego. Został tylko jeden wyjściowy mundur - do trumny - śmieje się weteran.

Szczęśliwy finał

Decyzji o odejściu do cywila absolutnie nie żałuje. - Okazało się, że mogę nadal świetnie spełniać się zawodowo, a moje umiejętności są poszukiwane na rynku - stwierdza Wójtowicz. - Przede wszystkim jestem emerytem, ale poza tym instruktorem strzelectwa - mówi.

Z racji na swoje ogromne doświadczenie i umiejętności nabyte w wojsku świetnie się do tego nadaje, a w Polsce rośnie zainteresowanie strzelectwem. Coraz więcej ludzi ma broń i chce się uczyć strzelać. - Do tego piszę właśnie dwie książki i tworzę ze znajomym przedsiębiorcą specjalny cel do strzelań długodystansowych. Nie narzekam na brak zajęć - mówi.

Najbardziej znany jest jednak z czego innego - z pracy dla innych weteranów. Wójtowicz jeszcze zanim odszedł z wojska starał się pomagać innym rannym, zwłaszcza swoim podwładnym. Nie było to łatwe. - Jeden z kolegów miał naprawdę ciężko. W końcu trafił do szpitala psychiatrycznego. Umówiliśmy się, że wytrzyma tam tyle, ile kazali lekarze. Niestety dwa dni przed tym jak miałem po niego przyjechać i zabrać, uciekł. Bardzo chciałem mu pomóc, ale po tym miałem już dość - opowiada.

Skoncentrował się na pomaganiu innym rannym w ten sam sposób, w jaki pomógł sobie - przez sport.

Moim największym odkryciem jest rehabilitacja przez nurkowanie, którą prowadzę z przyjaciółmi ze stowarzyszenia Podwodnik. Zamiast trzymać ludzi w komorach hiperbarycznych w szpitalach, jedziemy na tydzień nad wodę, zakładamy sprzęt i nurkujemy. Woda i ciśnienie świetnie wpływają na organizm. Do tego wszechogarniający spokój. To naprawdę działa. Wystarczy jedna taka wyprawa i przez rok nie mam problemów z plecami

- twierdzi Wójtowicz. Poza nurkowaniem - zero używek, relaks i rozmowy.

Stał się na tyle znany w środowisku, że pewnego dnia zadzwonił do niego inny emeryt - generał Mirosław Różański, który założył fundację Stratpoints, skupiającą byłych wojskowych. - Nie znaliśmy się wcześniej. Po prostu zadzwonił, porozmawialiśmy i zaproponował, żebym w jego fundacji zajął się sprawami weteranów. Zgodziłem się - opisuje Wójtowicz. Było i jest nad czym pracować.

Kiedy ja wróciłem ranny z Afganistanu, to państwo i wojsko zupełnie nie wiedziało, co robić z takimi jak ja. Pokazują to dobitnie moje przeżycia. Teraz jest już znacznie lepiej. Jest ustawa o weteranach, powstał jakiś system opieki. Nadal wiele można jednak zrobić - mówi chorąży.

Poza obozami nurkowymi Wójtowicz organizuje teraz cały szereg wydarzeń dla weteranów. Wyprawy piesze w polskie góry, wyprawy do Arktyki (na przykład opisywana przez nas wyprawa na Spitsbergen), szkolenia z ratownictwa i wyjazdy turystyczne w różne części świata. Jak mówi, samo przebywanie w grupie weteranów "leczy rany". - Żołnierz z nikim tak się nie otworzy, nie będzie tak szczery, jak w rozmowie z drugim żołnierzem. To wyraźnie widać. Nawet przy najbliższej rodzinie człowiek się zachowuje inaczej, uważa na to, co mówi. Nie zawsze zrozumieją, a poza tym po co ich ciągle zamęczać tą wojną, tą traumą? - mówi Wójtowicz.

Zaznacza, że nawet na obozach i wyprawach z innymi weteranami stara się, żeby nie rozmawiać za dużo o przeszłości:

Ten Afganistan, ten Irak, ta wojna, te rany. Ile można? Po co to komu? Lepiej pogadać o czymś przyjemniejszym.
Więcej o: