Polski snajper w Afganistanie. "Granat wybuchł dwa metry od nas" [PIEKŁO]

Mieli tam być dwa dni. Zostali na 12. Nie wiedzieli, dlaczego i po co. Pod koniec zostały im tylko ostatnie łyki wody. Jednak zanim ta walka się skończyła, talibowie rozwiązali problem - postanowili za wszelką cenę się ich pozbyć. Przez 12 dni żaden z Polaków nie został ranny, ale wraz z dźwiękiem nadlatujących granatów moździerzowych skończyła się dobra passa. Zaczęło się też na dobre piekło chorążego Przemysława Wójtowicza.

Przy okazji Świąt Wielkanocnych opisaliśmy niezwykłe historie trzech osób - Kingi Kosińskiej, Przemysława Wójtowicza i Roberta Rutkowskiego. Każda z tych historii opisana jest w trzech osobnych tekstach - Piekło, Czyściec, Niebo. Nasi rozmówcy przeżyli metaforyczne piekło, przeszli przez umowny czyściec, aż w końcu dotarli do "nieba", czyli punktu, który, choć wciąż stawia wyzwania, pozwala na zamknięcie poprzedniego rozdziału. Chcemy, by doświadczenia naszych bohaterów stanowiły dla Czytelników nie tylko nadzieję, ale i inspirację do wprowadzania zmian w swoim życiu.

***

- Już od wcześniejszych wybuchów byliśmy głusi. Dwa granaty rozerwały się tuż nad naszymi głowami, na dachu naszego stanowiska. Któryś z kolejnych wpadł do środka. Nie wiem który, bo było ich za dużo, żeby zliczyć. Nie wiem też, jak to się stało. Pewnie akurat nadleciał pod idealnym kątem i wpadł pod ten daszek. Prosto pomiędzy nas czterech. Pamiętam tylko dym, kurz, podmuch i silne uderzenie, a potem smród materiałów wybuchowych - mówi w rozmowie z Gazeta.pl weteran.

Wyprawa w "gorący" region

Dwa tygodnie wcześniej chorąży Wójtowicz mógł mieć nadzieję, że uda się bezpiecznie wrócić do domu, do żony i córki. Zbliżał się koniec jego zmiany - VII zmiany PKW Afganistan w 2010 roku. - To nie była "misja", ale wojna. Nie było dnia, żeby komuś coś się nie stało. Ludzie bali się pójść do stołówki w bazie, bo nie było wiadomo czy coś akurat nie spadnie i wybuchnie. Podczas naszej zmiany straciliśmy dziesięć procent składu - zabitych, rannych i ewakuowanych. Sam koniec zmiany był naprawdę dramatyczny, statystycznie po kilkadziesiąt potyczek w ciągu dnia - mówi Wójtowicz.

Chorąży miał jednak ten "komfort", że dowodził ośmioosobową sekcją snajperów, którzy nie jeździli codziennie na patrole, ale czekali na specjalne zadania. - Pomimo tego było czuć napięcie i dochodziło do niesnasek. Starałem się dbać o to, żeby chłopaki mogli się odstresować, czy to na strzelnicy, czy w siłowni czy przy głupich grach. Niezależnie od tego wszyscy mieliśmy serdecznie dość - mówi Wójtowicz.

Pod koniec września 2010 roku dostał ostatni rozkaz przygotowania się do zadania. W Afganistanie trwały akurat wybory, trzeba było ochraniać głosowanie i transport głosów. - Wysłano nas na sam zachodni kraniec "polskiej" prowincji Ghazni, do dystryktu Adżiristan. Niecały rok wcześniej zginął tam kapitan Daniel Ambroziński. Nasi próbowali tam później jeszcze utrzymywać bazę, ale po pół roku odpuścili. To była okolica pod całkowitą kontrolą rebelii. Nazywaliśmy to "kurortem" dla talibów - mówi weteran.

Na miejsce Polaków dostarczył amerykański ciężki śmigłowiec CH-47 Chinook. - Wysadzili nas, czyli mnie, trzech moich podwładnych i kawalerzystów (żołnierze z 25. Brygady Kawalerii Powietrznej - red.). Razem jakieś 20 osób. Na pokład załadowali kartony z głosami i odlecieli. My zostaliśmy. Ciężko mi powiedzieć, po co. Nie wiem, jaki zamysł mieli nasi dowódcy. Mieliśmy zostać zabrani po dwóch dniach, ale zrobiło się 12 - opisuje Wójtowicz.

Od sielanki do bitwy

Polacy pod osłoną ciemności rozlokowali się w zrujnowanych budynkach, które kiedyś chyba były radzieckim posterunkiem. Teraz zajmowali je afgańscy żołnierze i policjanci. - To była kompletna ruina. Gołe ściany i podłogi. Oczywiście zero elektryczności czy kanalizacji. Nawet framug po oknach nie było. To, co mieliśmy na sobie, musiało nam wystarczyć - wspomina weteran. Kiedy zaczęło świtać, zalegający w ruinach Polacy odkryli, że znajdują się w pozornie spokojnej okolicy.

- Jakiś traktor wyjechał na pole, dzieciaki biegały po ulicach, a nieopodal targowisko tętniące życiem. Wydawałoby się, że spokój i sielanka. Po godzinie czy dwóch takiej uważnej obserwacji okolicy z ukrycia postanowiłem wstać i przejść z lornetką w inne miejsce. Daleko nie uszedłem, kiedy usłyszałem świst przelatującego blisko mojej głowy pocisku. Było oczywiste, że nie jesteśmy mile widziani. Potem z dnia na dzień było gorzej - opisuje Wójtowicz.

W nocy okolicę obserwowali żołnierze kawalerii powietrznej przez noktowizory i termowizory. Przed świtem na stanowiskach zmieniali ich snajperzy. I tak dzień po dniu tkwienia bez wyraźnego celu. - Od czwartego dnia zaczęły się regularne strzelaniny. Jedenastego dnia była już intensywna bitwa trwająca trzy godziny. Podchodzili na sto metrów, ale skutecznie się broniliśmy i musieliśmy ich tym zdrowo wkurzyć bo postanowili ściągnąć swoją artylerię - mówi Wójtowicz.

Dwunastego dnia rano na Polaków zaczęły się sypać granaty moździerzowe. - Nie wiem, ile tego było. Na moją grupę przeszło 40 - wspomina weteran. Napięcie sięgnęło zenitu. Jedzenia właściwie już nie było. Amunicji mało. Wody resztki. Jeden z żołnierzy, oficer, się załamał. - Klęczał i głośno się modlił. Nie przeszkadzaliśmy mu, bo i tak nie byłoby z niego pożytku. Może nam pomógł swoimi modłami - opisuje weteran. I rzeczywiście może pomógł, bo Wójtowicz przyznaje, że właściwie nie wie jakim sposobem żyje, albo nie został ciężej ranny.

- Ten "nasz" granat wybuchł może dwa metry od nas. Znając teoretyczne parametry tego rodzaju broni wiem, że powinno być z nami znacznie gorzej - mówi weteran.

Nogi odmówiły posłuszeństwa

Kiedy opadł kurz i minął pierwszy szok, okazało się, że wszyscy wyglądają na będących w jednym kawałku. Żadnych kałuż krwi czy oderwanych kończyn. - Szybko z ulgą stwierdziłem, że mam wszystkie części ciała. W odruchu nawet za głowę się złapałem, żeby sprawdzić, czy jest na miejscu - opisuje Wójtowicz.

Wszyscy czterej byli jednak ranni. Dwóch lżej, ale Wójtowicz i drugi snajper gorzej.

Gdy pierwszy szok minął, zorientowałem się, że spodnie zaczynają mi się robić lepkie od krwi. Szybko uznaliśmy, że musimy uciekać z tego dachu, bo nie jesteśmy w stanie walczyć i nas tu wykończą - opisuje.

Trasa ucieczki biegła dwa piętra w dół po linie i przez otwarty ostrzeliwany teren do piwnicy, w której Polacy spali, jedli i odpoczywali. - W pewnym momencie nogi mi się ugięły. Dostałem szoku organizmu z upływu krwi i ingerencji metalu w ciało. Padłem na ziemię i koniec. Na szczęście kolega usłyszał moje wołanie, zawrócił i poniósł dalej na plecach. Dopiero w tej piwnicy zaczęło naprawdę do mnie docierać, co się stało - wspomina żołnierz.

Wójtowicz miał strzaskane przez wybuch granatu kości podudzia. Do tego nogi podziurawione odłamkami i przestrzelone, prawdopodobnie już podczas ucieczki z dachu. - Sam nie wiem jakim cudem byłem w stanie tak długo się poruszać. Adrenalina to potężna rzecz - stwierdza.

Koniec wojny i ulga

Sytuacja Polaków zaczęła się robić bardzo ciężka. Ostrzał trwał, w piwnicy przybywało rannych. Na szczęście Amerykanie mają bardzo sprawnie działający system ewakuacji medycznej i z zasady nie zostawiają nikogo potrzebującego pomocy. - Przyleciały dwa UH-60 Black Hawk, ale natychmiast dostały się pod ostrzał. Piloci nie mogli ryzykować lądowania w takich warunkach. Odlecieli, a my musieliśmy dalej czekać. Po dwóch godzinach wrócili. Teraz już w obstawie dwóch szturmowych AH-64 Apache, które zaczęły straszyć rebeliantów - wspomina Wójtowicz.

Pomimo tego ewakuacja miała być błyskawiczna. Polacy musieli dostać się ze swojego ukrycia do odległego o około pół kilometra lądowiska. Po otwartym i ostrzeliwanym terenie. - Najpierw chcieliśmy załadować nie mogących się ruszać rannych na jedyny pojazd jaki mieliśmy, taki mały sześciokołowiec. Chwilę po wyruszeniu tuż obok spadł jednak granat moździerzowy. Wybuch wywrócił tego sześciokołowca a nas wszystkich zrzucił na ziemię. Cudem nikomu nic poważniejszego się nie stało. Resztę trasy jakoś kuśtykałem podtrzymywany przez dwóch kolegów - wspomina.

Do dwóch śmigłowców Polacy wsadzili siedmiu rannych. Amerykanie natychmiast wystartowali i odlecieli.

Kiedy już byłem na pokładzie, kiedy zamknęły się za nami drzwi i zobaczyłem przesuwające się za oknami góry Afganistanu, to poczułem naprawdę wielką ulgę. Pomimo przestrzelonych nóg. Owszem, kiedy żołnierze zostają ciężej ranni, tracą przytomność i budzą się dopiero w szpitalu, to jest inaczej. Jednak w takiej sytuacji jak moja, w zostaniu rannym nie ma nic z heroizmu czy bohaterstwa. To jest ulga. Koniec wojny. Wracasz do domu - opisuje Wójtowicz.

Powrót do domu okazał się jednak zupełnie inny niż sobie wyobrażał. Choć piekło się skończyło, to zaczynał się trudny czyściec.

Kontynuacja historii Przemysława Wójtowicza:

Więcej o: