Powrót rannego żołnierza z Afganistanu."Czułem się jak śmierć" [CZYŚCIEC]

Przestrzelone, pogruchotane nogi, ból i ulga - bo zostawiło się z tyłu wojnę. Bo się żyje i leci domu. Powrót do ojczyzny okazał się jednak zupełnie inny, niż się spodziewał. Uporządkowany świat żołnierza z kilkunastoletnim doświadczeniem się zawalił. - Okazało się, że system ma nas gdzieś. Czułem się jak śmieć - mówi chorąży Przemysław Wójtowicz.

Przy okazji Świąt Wielkanocnych opisaliśmy niezwykłe historie trzech osób - Kingi Kosińskiej, Przemysława Wójtowicza i Roberta Rutkowskiego. Każda z tych historii opisana jest w trzech osobnych tekstach - Piekło, Czyściec, Niebo. Nasi rozmówcy przeżyli metaforyczne piekło, przeszli przez umowny czyściec, aż w końcu dotarli do "nieba", czyli punktu, który, choć wciąż stawia wyzwania, pozwala na zamknięcie poprzedniego rozdziału. Chcemy, by doświadczenia naszych bohaterów stanowiły dla Czytelników nie tylko nadzieję, ale i inspirację do wprowadzania zmian w swoim życiu.

Przeczytaj także pierwszą część historii Przemysława Wójtowicza: Polski snajper w Afganistanie. "Granat wybuchł dwa metry od nas" [PIEKŁO] >>

***

Amerykańskie śmigłowce wysadziły rannych po starciu z talibami Polaków w ich głównej bazie w Ghazni. - Ciągle byłem przytomny, ale adrenalina puściła, więc już nie było różowo. Od razu trafiliśmy na salę operacyjną. Zakładają maseczkę na twarz, coś zaczynają grzebać i dłubać w tych nogach. Obok leżą ciężej ranni, krzyczą, jęczą. Ból jest wszechobecny - opisuje Wójtowicz.

Amerykańska opieka

Z Ghazni kolejny lot, tym razem do głównej bazy wojsk zachodnich w Bagram pod stołecznym Kabulem. - Tam znów sala operacyjna. Tym razem amerykańska. Obok na stole operowali jakiegoś młodego Amerykanina - miał przestrzeloną czaszkę. Długo nad nim pracowali. Cała podłoga we krwi. W końcu go zawinęli w prześcieradła i wywieźli. Nie udało się go uratować - wspomina weteran.

Już po operacji Wójtowicza odwiedził amerykański kapelan. - Za spowiedź podziękowałem, więc zaczęliśmy rozmawiać. Pocieszał mnie, że rany nie są jakieś ciężkie, więc mam się nie martwić, bo zaraz wrócę do domu i dostanę Purpurowe Serce (amerykańskie odznaczenie za odniesienie ran - red.)... Ja już wtedy sobie pomyślałem, że jak coś takiego dostanę, to z podziwu nie wyjdę - wspomina z rozbawieniem weteran. Okazało się, że miał bardzo dobre przeczucie.

Z Bagram był lot do amerykańskiej bazy Ramstein w Niemczech - głównego centrum ewakuacji rannych z Bliskiego Wschodu. - Osiem godzin lotu w specjalnie zmodyfikowanym samolocie. Wnętrze na zielono, pod ścianami piętrowo nosze dla poważniej rannych. Na środku siedzą ci lżej. W tyle kabiny trumny. Obok leżał jakiś Amerykanin. Ciągle jęczał, śpiewał, zawodził, modlił się. No koszmar, naprawdę ciężkie osiem godzin - opisuje Wójtowicz. W samym Ramstein, w wielkim amerykańskim szpitalu wojskowym, Polacy spędzili dwa tygodnie. Ten okres Wójtowicz wspomina bardzo dobrze - profesjonalna i miła opieka Amerykanów.

Tym większy był szok po powrocie do ojczyzny. - Wtedy naprawdę zaczęły się schody - mówi.

Polskie piekiełko

Do Warszawy przylecieli już zwykłym polskim wojskowym samolotem transportowym. Pięciu rannych. - Już na płycie lotniska pierwszy szok. Nie spodziewaliśmy się jakiś fanfar czy nie wiadomo jakiej uroczystości, ale że przynajmniej ktoś nas oficjalnie przywita. Jeszcze w Niemczech powiedziałem chłopakom, że musimy jakoś wyglądać, więc założyliśmy mundury i się ogarnęliśmy. Tymczasem załoga wyłączyła silniki, zrobiła, co tam miała do zrobienia i sobie poszła. Na zewnątrz nikogo. Po chwili podjechała jedna karetka, a nas pięciu rannych, żaden nie porusza się normalnie. Ja najlepiej, bo o dwóch kulach mogłem jakoś się przemieścić. Co mieliśmy zrobić? Przy pomocy ratownika z karetki jakoś się zapakowaliśmy. To był koniec października, zimno, mżawka, ciemno, bo już wieczór i długa jazda w korkach do szpitala wojskowego na Szaserów - opisuje Wójtowicz.

Pierwszy kontakt z ojczyzną był szokiem, a potem było jeszcze gorzej.

Na Szaserów też nikt na nich nie czekał ani nawet się ich nie spodziewał. - Z karetki wysadzili nas przed drzwiami i pojechali. Po chwili konsternacji postanowiłem, że idę do środka. Mówię pani w rejestracji, że jesteśmy grupą rannych z Afganistanu, że nie wiemy, co mamy robić i potrzebujemy pomocy. Usłyszałem dosłownie: "a kogo to obchodzi?" - opisuje weteran. Tak jak każda inna osoba przychodząca do szpitala trafili do kolejki na izbie przyjęć, gdzie czekali kilka godzin.

- Siedzieliśmy i leżeliśmy w tych mundurach i słuchaliśmy docinków od cywili: "a co to za przebierańcy?", "wojna jakaś jest?", "mobilizacja była?". W końcu wchodzę do lekarza z grubym plikiem dokumentacji medycznej. Wszystko oczywiście po angielsku, bo to od Amerykanów. Lekarz rozłożył ręce, bo co on ma z tym zrobić, skoro to w obcym języku? - wspomina Wójtowicz.

W końcu trafili na salę. Po drodze musieli jednak oddać wszystkie leki otrzymane od Amerykanów. - Głównie przeciwbólowe, opiaty. Nasi postanowili nas "odtruć". I tak leżeliśmy sobie kilkanaście godzin zostawieni sami sobie w akompaniamencie krzyków i jęków z bólu. Opieka była tak "cudowna", że po czterech dniach zadzwoniłem do kolegi, żeby mnie zawiózł do domu. Czyli po prostu uciekłem. Potem odwiedziła mnie w domu żandarmeria i pytała, czy nie powinienem być w szpitalu, ale na rozmowie się skończyło - opowiada weteran.

Zaznacza, że później podczas okresowych wizyt na Szaserów było już dobrze, bo "trafił się dobry doktor", jednak te pierwsze dni miały być koszmarem.

Ranny jak śmieć

Rehabilitację Wójtowicz robił sobie sam. - Państwo i wojsko nie pomogły mi w żaden sposób. Jedyna profesjonalna rehabilitacja była w czasie pobytu w Ramstein. W Polsce musiałem sam się zawziąć i walczyć. Najpierw jeździłem głównie na wózku, potem chodziłem o kulach, a w końcu o lasce. Trwało to pięć miesięcy. Rehabilitowałem się sam przez ruch i sport. Od kroków, przez spacery, po basen i dłuższe piesze wyprawy. Jak widać teraz poruszam się normalnie, tylko czasem mam mocne bóle kręgosłupa - opisuje Wójtowicz.

Nie ma co ukrywać, były chwile zwątpienia. Czasem wieczorami płakałem. W końcu mój świat się zawalił. Nie wiedziałem, co dalej ze mną będzie. Czy będę sprawny? Co orzeknie komisja lekarska? Czy uznają mnie za niesprawnego i wyląduję na rencie? Poza tym czułem się oszukany, porzucony przez państwo i wojsko. Nagle okazuje się, że cała ta struktura i hierarchia, w której przez tyle lat funkcjonujesz i żyjesz, która reguluje wszystko, tak naprawdę ma cię gdzieś. To wszystko zmienia. Czułem się jak śmieć. Ciężej ranny kolega w tym czasie miał trzy próby samobójcze. Inni staczali się w alkoholizm - wspomina weteran.

Wójtowicz dodaje, że rodzina, owszem, jest źródłem ważnego wsparcia, ale nie jest w stanie sama zapełnić takiej dziury. - Nie o wszystkim można porozmawiać. Przecież nie będę żony i córki ciągle zamęczał opowieściami o wojnie i o byciu rannym. Nie chciałem tego - stwierdza.

Po pół roku zmagań i zwątpienia zobaczył jednak światło na końcu tunelu. Koniec czyśćca. Komisja lekarska orzekła, że może wrócić do służby. Była połowa 2011 roku, kiedy Wójtowicz zaczął swój marsz ku przysłowiowemu "niebu".

Kontynuacja historii Przemysława Wójtowicza: Nowe życie weterana z Afganistanu. "Dla mnie skończyło się dobrze. Wielu innych ma gorzej" [NIEBO] >>

Więcej o: