Tomasz Terlikowski: O tym, że kard. Gulbinowicz lubi "chlopców", szeptano od dawna

- O tym, że kard. Henryk Gulbinowicz lubi - jak on sam mówi z wileńska - "chlopców", szeptano we Wrocławiu od dawna. I także od wielu lat padały wobec jego bliskich współpracowników oskarżenia, że wykorzystują oni kleryków. Ale nie docierało to do Watykanu - mówi Tomasz Terlikowski, publicysta katolicki, w rozmowie z Gazeta.pl.

.Zobacz nagranie. Marek Lehnert: Przerost wiary prowadził Jana Pawła II do pewnej naiwności:

Zobacz wideo

Jacek Gądek: Za co konkretnie papież Franciszek ukarał kard. Henryka Gulbinowicza?

Tomasz Terlikowski: Tego dokładnie nie wiemy. Stolica Apostolska poinformowała o karach, ale nie wskazała za co.

Wydawać by się mogło, że skoro jest kara, to musi być też wskazana wina.

Samo wymienienie kar to już postęp w Kościele.

Dlaczego Watykan nie może powiedzieć "tak, tak - nie, nie"? Wprost.

Bo Kościół dopiero uczy się przejrzystości. Przez całe dziesięciolecia obowiązywała kultura milczenia nazywana - z włoska - omertą. Wygrzebywanie się z tej kultury to długi proces. Urzędnicy Kurii Rzymskiej wiedzą, że jeśli będą otwarcie informować o skandalach, to także te mające miejsce w samym Watykanie - seksualne, finansowe - zostaną precyzyjnie opisane. Lepiej więc im zachowywać okrojoną, ale wciąż jednak omertę.

Omerta trąci włoską mafią?

Również, ale terminu tego używał na przykład abp Charles Scicluna - jeden z najważniejszych śledczych w Watykanie, który od lat zajmuje się tropieniem wykorzystywania seksualnego nieletnich i bezbronnych dorosłych w Kościele.

97 lat. Tyle ma kard. Henryk Gulbinowicz. Jakaś, choć tylko cząstkowa, sprawiedliwość dosięga go, gdy stoi nad grobem. Dlaczego?

To wynika z trzech rzeczy. Po pierwsze: przez wiele lat funkcjonował w polskim Kościele układ, którego kardynał Gulbinowicz był jednym z twórców i zworników. Warto się przyjrzeć jego karierze. Kluczowi dla tego układu ludzie pojawiają się, gdy Gulbinowicz był prorektorem i rektorem seminarium duchownego w Olsztynie. Jego studentem, a także zaufanym współpracownikiem zostaje późniejszy nuncjusz apostolski i prymas Polski abp Józef Kowalczyk. W życiorysie Kowalczyka są osobliwości, bo pochodzi z Małopolski, ale trafił do seminarium w Olsztynie pod skrzydła Gulbinowicza. Kowalczyk nie wyróżniał się specjalnie pilnością, a mimo to od razu został wysłany na dalsze studia do Rzymu. Trudno sobie wyobrazić, aby bez zgody rektora - Gulbinowicza - Kowalczyk mógł wyjechać do Rzymu, co otwierało mu drzwi do kariery.

Bardzo bliskim współpracownikiem, kierowcą i osobistym sekretarzem Gulbinowicza został późniejszy ordynariusz polowy, metropolita gdański - abp Sławoj Leszek Głódź, dziś oskarżany o krycie pedofilów. Później bliskimi współpracownikami Gulbinowicza byli biskupi Jan Tyrawa i Edward Janiak - negatywni bohaterowie dwóch filmów braci Tomasza i Marka Sekielskich.

Pan rysuje obraz kliki.

Obraz powiązań - one niekoniecznie muszą mieć charakter wykorzystywania czy jakichś relacji seksualnych, ale z pewnością powiązania te przyczyniały się do faktu, że przez wiele lat kard. Gulbinowicz był chroniony.

A kolejne wymiar?

Drugi jest nie mniej istotny. Wynika to z prac prof. Rafała Łatki z Instytutu Pamięci Narodowej. Gulbinowicz przez wiele lat prowadził grę ze służbami PRL. Nie jest tajemnicą, że księża, którzy odmawiali jakichkolwiek kontaktów ze służbami, mieli utrudnioną karierę w Kościele. To dlatego, że każdą nominację biskupią zatwierdzał urząd ds. wyznań, czyli de facto SB.

TW "Henryk" miał łatwą drogę kariery w Kościele. Po prostu?

Tak. Gulbinowicz rozmawiał z oficerami bezpieki przez niemal całą swoją karierę.

Kontakty ze służbami PRL to mógł być przejaw jakiejś jego naiwności?

Gulbinowicz regularnie spotykał się i rozmawiał ze swoim oficerem prowadzącym. Nie była to formalna współpraca, ale - pamiętajmy - księża nie musieli podpisywać żadnych zobowiązań. Instrukcje dla esbeków były jasne: nie muszą brać lojalek od duchownych.

A jakie były intencje Gulbinowicza? Trzeba powiedzieć uczciwie, że - i to Łatka opisuje - załatwiał różne rzeczy dla swojej diecezji, ale przy okazji ułatwiał sobie karierę. Taka gra to jednak realne koszty, bo Gulbinowicz przekazywał informacje, które potem SB wykorzystywała przeciwko innym biskupom i księżom.

Skłonności Gulbinowicza nie były żadną wiedzą tajemną, bo w dokumentach SB są informacje o jego homoseksualizmie. Nie ma mowy o pedofilii, ale bezpieka najczęściej nie rozróżniała pedofilii, chyba że ofiarami były osoby skrajnie młode. Nie jest wykluczone, że krycie Gulbinowicza wynikało także z jego "zasług" dla SB - służby nie wykorzystywały bowiem kompromitujących informacji przeciwko osobom, które z nią już współpracują.

Pan opisuje niegodziwości Gulbinowicza, a przecież był on zawsze duszą towarzystwa...

...i właśnie to jest trzecia kwestia. Niewątpliwie miał on oblicze bardzo przyjacielskie. Był niezmiernie lubiany we Wrocławiu, a wcześniej także w Białymstoku. Miał niezłe relacje z politykami wszystkich opcji.

To człowiek bardzo żartobliwy i sympatyczny - wszyscy go tak opisują. Do tego stopnia, że nawet gdy przeszedł na emeryturę, to tak naprawdę i tak dalej zarządzał diecezją. Miał tyle wychodzonych ścieżek i tylu znał ludzi, tyle załatwił i potrafił załatwić też innym. Był jak książę na swoich włościach. Miał dobre relacje ze wszystkimi rządzącymi we Wrocławiu - nie tylko zresztą tam. Ułatwiał mu to status legendy, bo ukrywał pieniądze "Solidarności".

Zblatowanie się z władzami to jednak doskonały sposób na budowanie parasola ochronnego nad samym sobą.

Także dzięki temu, że był przyjacielski i towarzyski, mógł tak długo robić karierę w Kościele.

Gulbinowicz miał też silną pozycję w Watykanie. Znał się dobrze z abp. Józefem Michalikiem (byłym przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski), który również pracował w Rzymie, a przecież w tamtym czasie wszystkie nominacje biskupie i informacje dotyczące Polski nie przechodziły przez Sekretariat Stanu, ale przez tzw. sekcję polską, która składała się z Polaków. Przez to pozycja Gulbinowicza w Watykanie była tym lepsza.

Wszyscy wiedzieli lub podejrzewali, ale milczeli?

Oczywiście na to wszystko nakładała się sprzyjająca Gulbinowiczowi bardzo silna wówczas kultura milczenia i praktyka przesuwania ludzi umoczonych w nadużycia seksualne w inne miejsca. Tak było z prałatem Juliuszem Paetzem, który pracował u boku papieża Pawła VI, Jana Pawła I i Jana Pawła II, ale został w 1983 roku zesłany najpierw do Łomży, a potem awansował do Poznania. Podobnie było z innym sekretarzem Pawła VI - bp. Johnem Mageem, którego zesłano do Irlandii, gdzie stał się bohaterem skandalu seksualnego.

We Wrocławiu wiedza co do skłonności Gulbinowicza istniała?

O tym, że Gulbinowicz lubi - jak on sam mówi z wileńska - "chlopców", szeptano we Wrocławiu od dawna. I także od wielu lat padały wobec jego bliskich współpracowników oskarżenia, że wykorzystują oni kleryków. Ale nie docierało to do Watykanu.

Bo?

Bo było zatrzymywane na poziomie nuncjatury, gdzie szefem był wówczas przyjaciel Gulbinowicza - abp Józef Kowalczyk.

Szeptano, ale nic się nie działo?

Ci, którzy byli ofiarami Gulbinowicza, albo byli tak głęboko zawstydzeni, że nie chcieli wracać do przeszłości, albo jakoś na tym skorzystali. Ofiary nie mówiły przez dziesięciolecia i dalej nie mówią.

Nie ma dziś lawiny świadectw jego ofiar. Jest w zasadzie jedno wprost sformułowane przez oskarżenie Karola Chuma (poetę, byłego kleryka), który w wieku 15 lat miał być fizycznie molestowany przez Gulbinowicza.

Mimo że sprawa jest publiczna, to nie słychać wielu głosów księży z Archidiecezji Wrocławskiej. Mówią zakonnicy czy księża z innych diecezji, ale Wrocław milczy.

Dlaczego?

Kilkunastu księży wysłało kiedyś list do nuncjusza apostolskiego ws. bp. Edwarda Janiaka [ten biskup krył pedofilów i został zdemaskowany w filmie braci Sekielskich - red.]. Napisali w nim, że - co w języku kościelnym jest jednoznaczne - zachowuje się on niewłaściwie wobec kleryków. Janiak był wtedy biskupem pomocniczym we Wrocławiu, a miał awansować na biskupa Kalisza. Co stało się dalej z tym listem? Otóż nie został nawet przesłany dalej do Watykanu, a wobec Janiaka nie wyciągnięto żadnych konsekwencji. To była lekcja - nawet dla tych nielicznych, że nie warto mówić o nadużyciach seksualnych we Wrocławiu.

I jeszcze jedno: straszne rzeczy o seksualnym rozpasaniu w Archidiecezji Wrocławskiej mówił - teraz już były ksiądz - Jacek Międlar. Nikt mu nie wierzył, bo ma on radykalne poglądy polityczne. Prawdą jednak jest, że biskupi chcieli go uciszyć nie tylko z powodu nacjonalistycznych poglądów. Chcieli się pozbyć Międlara w dużej mierze dlatego, że zaczął uderzać w układ zbudowany przez Gulbinowicza we Wrocławiu.

Gulbinowicz ręczył za księdza pedofila Pawła Kanię. Przypadek?

Wiemy, że kardynał Gulbinowicz zachowywał się niegodnie, a najpewniej popełniał przestępstwa pedofilskie i uchodziło mu to płazem. Mogło mu się wydawać, że powinien pomóc komuś złapanemu na przestępstwie pedofilskim.

Frederic Martel pisał w "Sodomie", że jeśli władza biskupia ma coś do ukrycia, a otaczający ją układ również coś chce utrzymać w tajemnicy, to tolerancja dla zachowań niegodnych jest bardzo duża. To już nawet nie tolerancja, ale wręcz wzajemne krycie cię. Dosłownie w ostatnich dniach docierają do mnie historie, że po wyrzuceniu przez rektora kleryka z seminarium za molestowanie seksualne kolegi kardynał nakazywał go przywrócić.

Gulbinowicz był arcybiskupem wrocławskim przez aż 28 lat. To normalne?

Dość rzadko się zdarza, by metropolita był przenoszony. Wedle tradycji kościelnej biskup jest poślubiony swojej diecezji. Zdarza się jednak, że ktoś z metropolii mniejszej przechodzi do bardziej znaczącej - tak było z abp. Markiem Jędraszewskim, który przeszedł z Łodzi do Krakowa. Ale trudno przenieść kogoś z metropolii wrocławskiej - tu od czasów niemieckich tradycyjnie urzęduje przecież kardynał - gdzieś indziej w Polskę.

Ale takie zastyganie sprzyja patologii. Prawda?

Gulbinowicz został metropolitą we Wrocławiu w roku 1976, w głębokim komunizmie, więc nie można było w tamtych czasach ruszyć. A potem dość naturalne było, że został aż do emerytury.

Gulbinowicza tak za przestępstwa jak i za krycie pedofilów już w zasadzie nic nie grozi?

Kardynał ma prawie 100 lat i jest dziś człowiekiem umierającym. Prawdopodobnie nie wie, co się wokół niego dzieje - tak przynajmniej twierdzą jego bliscy współpracownicy. Kary nałożone przez Watykan są dla niego jednak dotkliwe. Zakaz pogrzebu i pochówku w katedrze to symbolicznie ważna rzecz dla hierarchy, który ma swoje zasługi dla archidiecezji. Pozbawienie insygniów biskupich też jest symbolicznie dotkliwe.

Ale mogłaby być surowsza.

Można go było pozbawić kapelusza kardynalskiego. I rzecz ostateczna: wydalenie ze stanu duchownego. Nie można wykluczyć, że te dwie kary też zostaną nałożone na Gulbinowicza.

Co zmieni ukaranie Gulbinowicza?

To kolejny kamyk, który uruchamia lawinę. Jesteśmy na początku trzęsienia ziemi. Ono dopiero wybucha. Mamy już dwóch kardynałów oskarżonych o niegodziwe rzeczy. Kard. Stanisław Dziwisz jest oskarżany o tuszowanie pedofilii, a kard. Gulbinowicz także o pedofilię. Mamy kolejnego biskupa - Jana Szkodonia - oskarżanego o nadużycia seksualne wobec młodej dziewczyny. Póki nie będzie decyzji o sporządzeniu raportu o działalności umoczonych biskupów i kryjącego ich byłego nuncjusza Józefa Kowalczyka, nie ma mowy o oczyszczeniu Kościoła. Potrzebujemy "białej księgi".

Pan się łudzi, że ona powstanie.

Powstanie. A kiedy? W USA skandale z wykorzystywaniem seksualnym nieletnich zaczęły wybuchać w latach 80., a raportu o działalności predatora seksualnego - byłego kardynała - spodziewamy się dopiero teraz. Po ponad 30 latach. W Polsce może to nastąpić trochę szybciej. Nie będzie to jednak proces ekspresowy, bo cały czas w polskim Kościele istnieją powiązania, biznesy, wymiany usług - tak seksualne, jak i na przykład w postaci pomocy w karierach - między ludźmi oskarżanymi o nadużycia seksualne. Pamiętajmy też, że ci ludzie mają swoich wychowanków, wśród których są zapewne również ludzie uwikłani w seksualne historie.

Abp Juliusz Paetz w Poznaniu miał oczekiwać od kleryków "usług" seksualnych, oferując w zamian za wyjazdy na studia. We Wrocławiu mogło być podobnie?

To sprawa, o której mówi się niechętnie. Obaj hierarchowie - abp Juliusz Paetz i kard. Henryk Gulbinowicz - zachowywali się niewłaściwie wobec kleryków. Ale kto o tym mówi? Ci, którzy albo odrzucili ich "zaloty" (znam takich osobiście), a przez to mieli trochę trudniej w Kościele. Albo mówią ci, którzy bardzo szybko odrzucili awanse przydzielane przez tych hierarchów - i za to zapłacili. Ale przecież księża, którzy wyjechali na studia, weszli w struktury i zaczęli robić kariery w Kościele, nie mają żadnego interesu w tym, by mówić, co im zrobił Gulbinowicz czy Paetz. Żadnego.

Jeśli akty seksualne takich księży ze swoimi arcybiskupami były dobrowolne i związane z ich homoseksualnością, to mamy kariery, w których pomogło łóżko.