Problemy dzieci i młodzieży podczas pandemii. "Nikt nie wie, co się dzieje z tymi dziećmi"

Spada liczba dostępnych łóżek w szpitalach psychiatrycznych dla dzieci i młodzieży. - Jest więcej osób, które potrzebują pomocy, a miejsc jest mniej. Zapotrzebowanie już wcześniej było ogromne, a przez pandemię jeszcze wzrosło - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Inga Mazurek, lekarka psychiatrii z Centrum Zdrowia Dziecka. Renata Pijarowska z Towarzystwa Pomocy Młodzieży dodaje: - Nasiliły się stany lękowe, depresyjne. Co do tego nie ma wątpliwości.

Wprowadzone w związku z epidemią koronawirusa ograniczenia wprowadzono z troski o nasze zdrowie - minimalizują zakażenie wirusem SarS-CoV-2. Niestety wiążą się one z pogorszeniem psychicznego przez zamknięcie w domach i ograniczenie kontaktów społecznych. Psychologowie i psychiatrzy biją na alarm - największe koszty izolacji ponoszą dzieci i młodzież.

Zobacz wideo Pandemia uderza w młodych. Psychiatra: Narastają w nich trudne emocje

Psychiatria dziecięca w dobie pandemii. "Jest więcej osób, które potrzebują pomocy, ale miejsc jest mniej"

Eksperci sygnalizują, że podczas pandemii obserwują wzrost liczby młodych pacjentów z zaburzeniami i chorobami psychicznymi. Taka sytuacja może przyczynić się do tego, że po zakończeniu pandemii szpitale psychiatryczne będą jeszcze bardziej oblegane przez pacjentów. A już teraz oddziały dla dzieci i młodzieży są przepełnione. Na przyjęcie do szpitala psychiatrycznego trzeba czekać nawet kilkanaście miesięcy.

Inga Mazurek, psychiatra na oddziale dziennym psychiatrii dziecięcej i młodzieżowej w Centrum Zdrowia Dziecka, w rozmowie z Gazeta.pl potwierdza, że podczas pandemii liczba pacjentów na oddziale wzrosła. Jak dodaje, niektóre szpitale i oddziały z powodu sytuacji epidemicznej zostały czasowo zamknięte, bo stały się szpitalami jednoimiennymi. Skutek jest taki, że miejsc dla pacjentów jest jeszcze mniej niż przed pandemią.

Jest więcej osób, które potrzebują pomocy, ale miejsc jest mniej. Zapotrzebowanie już wcześniej było ogromne, a przez pandemię koronawirusa jeszcze wzrosło. Jest bardzo mało miejsc, w których leczy się psychiatrycznie dzieci i młodzież. Niezależnie od tego, czy mamy pandemię, czy nie, to naprawdę braki w tym zakresie są spore

- mówi doktor Mazurek. Lekarka dodaje, że na liście oczekujących na przyjęcie do szpitala czeka się od roku do dwóch lat. Na oddziale jest ciągle pełne obłożenie, a każdego dnia kolejka oczekujących się powiększa. Jednocześnie Mazurek podkreśla, że "podczas pandemii drastycznie wzrosła zachorowalność na zaburzenia i choroby psychiatryczne". Jak dodaje, liczba konsultacji w Centrum Zdrowia Dziecka udzielanych na innych oddziałach również "wzrosła diametralnie w stosunku do tego, co było wcześniej".

Sala szpitalnaSala szpitalna Szpital psychiatryczny, zdjęcie ilustracyjne (fot: Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)

"Będzie coraz więcej dzieci, które będą chciały odebrać sobie życie"

W 2020 roku najmłodsza osoba, która odebrała sobie życie, miała osiem lat. Doktor Inga Mazurek  potwierdza także, że coraz młodsze dzieci mają próby samobójcze. Często dochodzi do nich, ponieważ nie otrzymują wsparcia i nie radzą sobie z problemami. Lekarka dodaje, że statystyki dotyczące liczby osób niepełnoletnich, które odebrały sobie życie w ubiegłym roku, są alarmujące. Według policyjnych statystyk, które uważa się za niedoszacowane, 107 osób w wieku do 18 lat popełniło samobójstwo.

Trzeba się z tym liczyć, że jeśli teraz obserwujemy zwiększenie się liczby chorych z zaburzeniami psychiatrycznymi, to będzie coraz więcej dzieci, które będą odbierać sobie życie. To jest bardzo niepokojące

- tłumaczy lekarka.

Według niej jedynym sposobem zapobiegania próbom samobójczym coraz młodszych osób jest "zwiększenie liczby miejsc w poradniach i szpitalach, gdzie będzie mogło odbywać się diagnozowanie i leczenie". Inga Mazurek tłumaczy, że jednym z potencjalnych skutków izolacji mogą być "zaburzenia w zakresie rozwoju społecznego i nieprawidłowo kształtującej się osobowości", co będzie przekładać na późniejsze dorosłe życie.

Ekspertka o nastolatkach w pandemii: Będzie im trudno wrócić do w miarę normalnego funkcjonowania społecznego tak, jak było przed pandemią

O problemach młodzieży w czasie pandemii koronawirusa rozmawiamy także z Renatą Pijarowską, psychoterapeutką i członkinią zarządu Towarzystwa Pomocy Młodzieży. Z jej doświadczeń wynika, że najczęstszymi źródłami pogorszenia nastroju u jej pacjentów są: pandemia, przytłoczenie śmiercią i izolacja. Pojawiają się u nich wzmacniające się myśli rezygnacyjne, poczucie bezsensu, brak wiary w swoją przyszłość i tendencja do natrętnych myśli. Wiele młodych osób sądzi, że przez restrykcje stracą "najlepsze lata swojego życia" - ominą ich studniówki, pierwsze miłości i wycieczki szkolne. 

U pacjentów, którzy uczestniczą w naszych projektach, na pewno nasiliły się stany lękowe i stany depresyjne. Co do tego nie ma wątpliwości

- mówi Renata Pijarowska.

Psychoterapeutka zwraca uwagę na pogłębienie się kłopotów nastolatków w relacjach rówieśniczych. - Osoby, które miały trudności w tych kontaktach, twierdzą, że czują się lepiej, bo mają poważny powód do tego, żeby tych kontaktów nie poszerzać - tłumaczy Pijarowska. - Z punktu widzenia terapeutycznego na pewno będzie im trudniej odzyskać to, co wypracowali wcześniej w terapii, zwłaszcza jeśli chodzi o motywację do pracy nad relacjami z innymi ludźmi. Będzie im ciężko wrócić do w miarę normalnego funkcjonowania społecznego tak, jak było przed pandemią - dodaje.

Z drugiej strony są osoby, które były aktywne społeczne i musiały ograniczyć swoje relacje z innymi. Obecnie interakcje, które kiedyś były całkowicie naturalnie, wydają się mało spontaniczne i wymuszone. - Młodzież narzeka, że to dodatkowy wysiłek, żeby kogoś przekonać do spotkania i kontaktu osobistego. Pojawia się zwątpienie dotyczące dotychczasowych zasad społecznych, ponieważ nie ma bezpośrednich informacji zwrotnych od otoczenia - dodaje psychoterapeutka. Według niej taka sytuacja sprawia, że osoby, które nie miały wcześniej problemu z kontaktami muszą włożyć dodatkowy trud żeby doprowadzić do bezpośredniego kontaktu.

Szkoła przez internet to "przygnębiający obrazek"

Większość dzieci i młodzieży od października nie uczestniczyła w stacjonarnych zajęciach w klasie. Kiedy lekcje odbywają się przez internet, kontakt z pedagogiem lub psychologiem szkolnym jest utrudniony lub wręcz niemożliwy, co skutkuje brakiem dostępu do pierwszej linii pomocy psychologicznej. Jak twierdzi Renata Pijarowska, w niektórych szkołach relacja między nauczycielami a uczniami została ograniczona do sprawdzenia listy obecności.

W niektórych szkołach utrwalił się zwyczaj, że uczniowie nie muszą włączać kamerek podczas zajęć. Nauczyciela też nie widać. Właściwie nie wiadomo, o co w tej całej sytuacji chodzi - nie ma żadnego kontaktu poza sprawdzeniem obecności, żadnej szansy na zauważenie, że dzieje się coś niepokojącego z dzieckiem

- mówi psychoterapeutka. Podkreśla, że "kontakt szkoły z rodzicami jest jeszcze słabszy", bo zebrania, które wcześniej odbywały się co miesiąc, teraz mają miejsce raz w semestrze.

Właściwie nikt nie wie, co się dzieje pod kątem psychicznym z tymi dziećmi. Dużo zależy od tego, jacy są rodzice, czy są uważni, jaki mają kontakt ze swoim dzieckiem. Jeżeli rodzice się nie interesują, nie ma ich w domu, a dodatkowo dziecko ma ograniczone kontakty rówieśnicze to nie ma z kim porozmawiać o swoich problemach. To jest przygnębiający obrazek

- dodaje Pijarowska.

Wiele wątpliwości pozostawia również sposób oceniania pracy uczniów na internetowych zajęciach. - W wielu szkołach wykorzystywane są platformy internetowe uniemożliwiające sprawdzanie uczniom i uczennicom tego, co zrobili źle na sprawdzianie. Otrzymują tylko oceny, które w zasadzie nie są żadną informacją i pomocą w procesie edukacji - mówi psychoterapeutka. Takie sytuacje budzą w uczniach frustrację i mogą być wywołać trudności w uczeniu się. Do tego dochodzą nierówności wynikające z utrudnionego dostępu do sprzętu komputerowego lub różny poziom zaangażowania rodziców w pomaganie dzieciom w nauce. Renata Pijarowska podkreśla, że wielu rodziców nie jest w stanie pomagać i nadzorować nauki dzieci, ponieważ chodzą do pracy, "a dzieci oraz ich edukacja są kompletnie zostawione same sobie".

Przygotowanie do matury w ramach nauki zdalnejPrzygotowanie do matury w ramach nauki zdalnej Fot. Roman Bosiacki / Agencja Gazeta

Psychoterapeutka podkreśla również, że w szkole nie rozmawia się o pandemii koronawirusa i unika się przyznawania do lęków i niepokoju. Zaznacza, że taki dialog ma ogromną wagę i może pomóc lepiej zrozumieć otaczającą uczniów rzeczywistość.

To, co dzieje się teraz w szkole, to brak profilaktyki zdrowia psychicznego. Potrzebna jest rozmowa na lekcji wychowawczej na temat tego, co się dzieje na świecie, na temat niepokoju, lęku przed chorobą i przed śmiercią. Równie ważnym tematem jest przeżywanie i doświadczanie straty - przecież ludzie wokół nas umierają

- podkreśla Pijarowska.

Przemoc domowa w dobie izolacji

Dowodów na pogarszającą się kondycję psychiczną dzieci i młodzieży jest więcej. Z badania przeprowadzonego przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę we wrześniu 2020 r. wynika, że 33 procent ankietowanych nastolatków określało swój stan psychiczny jako zły lub bardzo zły. Badani byli pytani również o to, czy mogli liczyć na wsparcie od innych osób. 9 procent nastolatków odpowiedziało, że nie mogło liczyć na nikogo. Co ważne, takiej odpowiedzi częściej (17 procent) udzielały nastolatki, które w pierwszym okresie pandemii doświadczyły krzywdzenia ze strony innej osoby (m.in. przemocy fizycznej, psychicznej, seksualnej), a więc najbardziej potrzebowały wsparcia. Badanie zostało przeprowadzone przy użyciu metody CAWI na próbie 500 respondentów w wieku 13-17 lat.

Marzena Kraśniewska, psycholożka z Centrum Pomocy Dzieciom Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę w Starogardzie Gdańskim, mówi w rozmowie z Gazeta.pl, że w rodzinach, w których już przed pandemią występowała przemoc domowa, narasta napięcie związanie z izolacją w domu. - Dzieci są skupione razem na jednej przestrzeni, rzadko wychodzą z domu i prawie nie widzą się z rówieśnikami. Sprawcy przemocy domowej sami są sfrustrowani i jeszcze częściej uciekają się do zachowań przemocowych - mówi psycholożka. Podkreśla, że przemoc zawsze jest tragedią, ale problem pogłębia się, gdy dzieci są zamknięte z oprawcami.

Wcześniej dziecko mogło opuścić dom i być w kontakcie z innymi. Teraz osoba, która stosuje przemoc, może czuć się bardziej bezkarna, bo łatwiej jest zataić to, że źle dzieje się w domu

- dodaje Marzena Kraśniewska.

Przemoc domowa. Zdj. ilustracyjnePrzemoc domowa. Zdj. ilustracyjne Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta

Psycholożka mówi, że Centrum Pomocy Dzieciom otrzymuje wiele zgłoszeń interwencyjnych. Terapeuci pracują bez wytchnienia, aby pomóc jak największej grupie potrzebujących. - W pandemii jest coraz więcej trudnych i kryzysowych sytuacji. Największym problemem, z którym musimy się mierzyć, jest fakt, że nie możemy wszystkim pomóc. To rodzi w naszych pracownikach silne emocje, bo to są bardzo trudne sprawy z udziałem dzieci. Musimy też brać pod uwagę to, na ile możemy im pomóc - tłumaczy Marzena Kraśniewska.

Dom w Kozłowie, w którym doszło do pobiciaEkspertki o tragedii w Kozłowie: "Cackanie" się ze sprawcami przemocy

***

Polska znajduje się w czołówce europejskich krajów pod względem samobójstw wśród dzieci i młodzieży. Jeśli potrzebujesz pomocy, codziennie od 12:00 do 2:00 w nocy możesz zadzwonić na Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży, pod bezpłatnym numerem telefonu 116 111. Swój problem możesz też opisać w wiadomości.

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, oprócz konsultacji dla najmłodszych, oferuje też pomoc rodzicom i nauczycielom, którzy obawiają się o bezpieczeństwo swoich podopiecznych. Więcej informacji znajdziesz na stronie fundacji.

Doświadczasz przemocy domowej? Szukasz pomocy? Możesz zgłosić się na przykład do Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia". Poradnia Telefoniczna "Niebieskiej Linii" czynna jest codziennie od 12 do 18 pod numerem tel. 22 668-70-00. Więcej informacji znajdziesz na tej stronie. Jeśli występuje zagrożenie życia - dzwoń na numer alarmowy 112.

Wiele dzieci zgłasza, że nagle znalazły się w bardzo trudnej sytuacjiWciąż słyszałam "Chciałbym się okaleczyć" i "Nie mam na kogo liczyć". To było wręcz nie do uniesienia

Więcej o: