Wiktor Porycki: "Nieumarły" to ja. Miałem pretensje do sprawcy i do Boga. Do dziś mam żal do Jana Pawła II

Jacek Gądek
- Ksiądz, do momentu, gdy mnie seksualnie wykorzystał, był mi najbliższym przyjacielem. Ja byłem dzieckiem, a on miał ponad 30 lat - mówi Wiktor Robert Porycki Fidura, którego w dzieciństwie seksualnie wykorzystało dwóch księży. I opowiada o żalu do Jana Pawła II, kłamstwie kard. Stanisława Dziwisza, wstąpieniu do seminarium i braku wiary w to, by doczekał Kościoła bez pedofilii.

Zobacz nagranie. Hołownia: Jestem zwolennikiem, żeby państwo z największą surowością i rzetelnością rozliczyło Kościół katolicki:

Zobacz wideo

Jacek Gądek: "Nieumarły"?

Wiktor Porycki: To ja.

Dlaczego?

Nie lubię słowa "ofiara", które kojarzy się z biernością i poddawaniem się. "Ofiara" brzmi jak pierdoła, którą każdy może kopnąć. "Nieumarły" także dlatego, że wielu z nas otarło się o próby samobójcze.

Ty też?

Tak. Kilka lat temu miałem dość własnych wspomnień. Moje piekło to moja pamięć - byłem bliski. Pomógł mi, nawet o tym nie wiedząc, przyjaciel i psychoterapia.

Gdyby to od ciebie zależało, to wymazałbyś wspomnienia?

Oczywiście. Gdy pojawiają się głosy, że skrzywdzeni w Kościele chcą pieniędzy, to odpowiadam: jeśli Kościół da mi jednego grosza za krzywdę, którą mi wyrządził, a oczyściłoby to moją pamięć ze wspomnień, to przyjmę bez wahania. Nie chodzi tu przecież o kasę.

To był 1981 rok. Mówisz, że słowo "ofiara" zakłada bezradność, ale sam będąc 14- i 17-latkiem, gdy księżą wykorzystywali cię seksualnie, byłeś właśnie bezradny wobec tego, co się z tobą działo.

Masz tu rację. Teraz - dzięki psychoterapii - zdaję sobie sprawę, dlaczego taki byłem.

Od kiedy jesteś na takiej terapii?

Od dwóch lat. Bardzo pomaga. Jest taki dowcip psychoterapeutów: spotyka się dwóch kolegów. - Co tam u ciebie? Dalej sikasz w łóżko? - Tak, dalej sikam, ale teraz już wiem, dlaczego!

Wiem, że nie ja jestem winny i mogę żyć bez poczucia winy.

Po 38 latach od krzywdy.

Ale już teraz wiem, dlaczego tamten ksiądz wybrał mnie, a nie innego chłopca. Psychoterapia pomaga w poukładaniu sobie wszystkiego w głowie. Wiem, że byłem jako chłopiec bardzo podatny na skrzywdzenie.

Dlaczego?

To rodzinne sprawy, ale powiem: byłem oczkiem w głowie rodziców, wychowywanym pod szczelnym kloszem, a jednocześnie nieakceptowanym przez rodziców. Bardzo się starali narzucić mi swoje wyobrażenia co do mojej przyszłości, jakbym był bezwolnym dzieckiem prowadzonym na sznurku.

Ktoś pomyśli: 17-latek? To już nie powinien dać się skrzywdzić, a już na pewno pójść potem na policję, powiedzieć rodzicom. A ty po krzywdzie wybiegłeś z pokoju księdza, on rzucił za tobą "histeryk!" i pozostałeś sam ze swoją traumą.

Teraz pewnie tak bym zrobił, ale czasy były inne. Rok 1981. Do kogo miałem iść? Na milicję? Do Służby Bezpieczeństwa? Do Kościoła?

Do rodziców też nie?

Wstyd i zagubienie są takie, że nie wiesz, co masz zrobić. Brzydzisz się sam sobą. Nie rozumiesz tego, dlaczego ksiądz, na którego patrzyłeś jak na ćwierćanioła stąpającego po ziemi, nagle robi ci krzywdę. Dla mnie to było pierwsze doświadczenie seksualne w życiu. Jesteś tak pogubiony, że nie rozumiesz. Bo jak to? Myślisz, że ksiądz jest blisko Boga, więc robi tylko dobre rzeczy, ale instynktownie czujesz też, że to nie jest normalne. Myśli są sprzeczne. Gubisz się. Nie masz przecież - bo nie było w szkole żadnej edukacji seksualnej - wiedzy o seksualności.

Przeczytaj także: Prof. Stempin: Franciszek walczy z pedofilią, ale walczy z wiatrakami [WYWIAD]

"Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga" - to abp Józef Michalik o dzieciach. Lgnąłeś?

Lgnąłem. Szukałem. Lgnąłem do autorytetu. Szukałem przyjaciela. Kogoś, kto byłby w stanie choć częściowo zastąpić mi ojca, który był zimny i zdystansowany, a momentami okrutny.

Przyznaję: ksiądz - do momentu, gdy mnie wykorzystał - był mi najbliższym przyjacielem. Ja byłem dzieckiem, a on miał ponad 30 lat. On powinien wiedzieć, co robi, a nie ja - dzieciak.

Ten ksiądz dość szybko, bo po dwóch latach, zmarł mając raptem 38 lat.

O tym, że zmarł tak szybko, dowiedziałem się dopiero w 2018 r. Do tego czasu uciekałem przed nim - nie chciałem nic o nim wiedzieć. Dopiero gdy pisałem zawiadomienie do kurii biskupiej, wyszukałem w internecie jego nazwisko. Wtedy się dowiedziałem: od dawna już nie żyje.

Sądzisz, że konfrontacja, gdyby żył, coś by zmieniła w twoim życiu?

To by zależało od jego postawy. Gdyby stanął w prawdzie i powiedział: to się wydarzyło, skrzywdziłem cię…

Naiwnością byłoby tego się spodziewać.

…a zdarzają się takie historie, to wtedy tak. Ksiądz H., który skrzywdził braci Pankowiaków, się przyznał. Obawiam się, że mój oprawca by się na to nie zdobył, co jeszcze by pogłębiło moją traumę.

To dlaczego modlisz się za kogoś, o kim masz tak złe zdanie?

Bo jestem katolikiem.

Nie wiem, co w ostatnich chwilach swojego życia myślał i czy w ogóle miał świadomość krzywdy, którą mi wyrządził. Pozostałem w  Kościele i naturalne dla mnie jest to, że modlę się za kogoś, kto być może był moim wrogiem nawet w obliczu własnej śmierci. Nie ma we mnie nienawiści wobec niego.

Ale cały czas czujesz się "brudny"?

Tak, ale zmieniło się coś ważnego: wiem, dzięki psychoterapii, że to nie ja jestem czemukolwiek winien. Winien jest zawsze i tylko sprawca. Dziecko - nigdy. Dziecko ma prawo do dziwnych pomysłów, eksperymentowania, a nawet głupoty i popełniania błędów, ale to dorosły jest odpowiedzialny.

Jak mogłeś pójść do seminarium duchownego, skoro dwóch księży cię skrzywdziło?

Byłem w seminarium dwa lata. W Warszawie.

Dlaczego?

Bo cały czas jestem w Kościele i wydawało mi się wtedy, że mam powołanie do kapłaństwa.

A może to syndrom sztokholmski - przywiązanie do krzywdziciela?

Być może. Nie umiem przesądzić, czy to wyłącznie powołanie, czy też taki syndrom. Niemniej, w 1986 r. zgłosiłem się do seminarium, zostałem przyjęty i wcale nie wspominam tego czasu źle. Byłem przekonany, że mam powołanie.

Aż prysnęło?

Nie. W 1988 r. decyzją ówczesnego arcybiskupa warszawskiego kard. Józefa Glempa zostałem usunięty z seminarium. Wtedy była taka zasada, że nie podawano przyczyny. Otrzymałem tylko informację, że nie ma dla mnie miejsca i mam się do końca dnia wyprowadzić. Pytałem rektora, ale nie dowiedziałem się dlaczego. Z płaczem wyszedłem z gabinetu. Poszedłem do pokoju, w którym mieszkałem. Spakowałem się. Wyszedłem. Do dziś nie znam powodu.

Ale do dziś służę przy mszy. Księdzem nie zostałem, ale jestem lektorem i ceremoniarzem.

Masz wciąż masz do kogoś żywe pretensje?

Jeszcze kilkanaście lat temu miałem je nie tylko do sprawcy, ale także do Boga. "Dlaczego dopuściłeś do tego? Dlaczego mnie na to skazałeś?".

A do Jana Pawła II?

Tak, do dziś mam w sobie żal do Jana Pawła II. Żal o to, że gdy już pierwsze historie o pedofilii wśród księży zaczęły spływać do Watykanu, nie wpadł na to, by dokonać ostrego rozeznania. Odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to jest jeden przypadek na świecie, czy może jeden milion.

Choć Jan Paweł II jest świętym, to wciąż mam trochę pretensji do niego. Nie zlecił, a na pewno nie odpowiednio szybko, wykonania wielkiej, ale niezbędnej pracy, gdy wybuchały już kolejne skandale w USA czy Irlandii. Działania Watykanu nie były zdecydowane. Papież podpisywał jakieś dokumenty, podobnie też watykańskie kongregacje, ale jednak nie dopilnowano - i do dziś tak jest - przestrzegania przez biskupów kościelnego prawa. A cóż komu po martwym prawie.

Masz w sobie wiarę, że Kościół sam się oczyści?

W tej chwili już nie. Ani krzty.

Stopniała?

Miałem taką wiarę, dopóki nie wszedłem na obrzeża struktur Kościoła. Zacząłem pracę w radzie nadzorczej Fundacji Św. Józefa do której zaprosił mnie prymas Wojciech Polak.

To fundacja Episkopatu Polski, a jej misją - to z jej strony internetowej - jest "ochrona dzieci i młodzieży we wspólnocie Kościoła katolickiego oraz budowanie efektywnych struktur pomocy wspierających uzdrowienie osób zranionych i zapobieganie kolejnym przestępstwom wykorzystania seksualnego".

W niej to zdałem sobie sprawę, że polski Kościół siłami hierarchów nie poradzi sobie ze skandalem pedofilii wśród księży.

Ależ to smutne: im bliżej byłeś Kościoła instytucjonalnego, tym bardziej topniała twoja wiara w ten Kościół.

To prawda. Nie będę kłamał, że jest inaczej.

Złożyłeś rezygnację z zasiadania w radzie Fundacji, czyli nie masz żadnej wiary w to, aby trochę jednak osamotniony prymas Wojciech Polak…

…bardzo osamotniony.

Aż tak? I nie jest w stanie nic zrobić?

Jego umocowanie prawne jest takie, że jest delegatem Episkopatu ds. ochrony dzieci i młodzieży. Niewiele może. Nie ma żadnej władzy, aby cokolwiek innemu biskupowi nakazać.

Kard. Stanisław Dziwisz był nieformalnie być może nawet drugą osobą w Watykanie za pontyfikatu Jana Pawła II. Obiecywał Januszowi Szymikowi (skrzywdzonemu przez jednego z księży) spotkanie. I nic. Szafarz pamięci o Janie Pawle II nie dotrzymuje słowa.

Kardynał kłamie - widać to gołym okiem. Dla człowieka z honorem umówić się na obiecane wcześniej spotkanie, to nic trudnego. Wystarczy wziąć telefon w łapę i zapytać, "a kiedy może się pan spotkać?". To nie jest kwestia czasu czy obowiązków, ale honoru.

A z państwową komisją ds. pedofilii wiążesz nadzieje?

Owszem.

Większe niż z Episkopatem?

Tak.

Komisja ta wysłała właśnie do prokuratury zawiadomienie i wniosek o przeprowadzenie postępowania w sprawie podejrzenia popełnienia przestępstwa przez biskupów Tadeusza Rakoczego, Stanisława Dziwisza, Romana Pindla i Piotra Gregera, gdyż mogli oni - mimo takiego obowiązku - nie poinformować śledczych o przestępstwach pedofilskich. Czy to jest realna wizja, że któryś hierarcha pójdzie za kraty za krycie pedofilów?

Członkowie komisji dostali dokumenty i stwierdzili, że są przynajmniej uzasadnione wątpliwości. Teraz niech prokuratura to zbada, a biskupi się tłumaczą.

Jeśli w ogóle zostaną wezwani albo oskarżeni.

Zblatowanie Kościoła z rządem jest obrzydliwe. Nie wiem więc, jak te sprawy się potoczą.

Zblatowany jest też o. Tadeusz Rydzyk...

...a dla mnie to nie jest żaden "ojciec". "Ojcze" mówię tylko do trzech księży: papieża, prymasa i do bardzo bliskiego przyjaciela, dzięki któremu żyję - nie do końca o tym wiedząc odwiódł mnie od próby samobójczej. Dla mnie ks. Józef Kloch to więc "ojciec".

Wspomniany ksiądz Rydzyk bronił bp. Edwarda Janiaka, który krył pedofila. A wcześniej jeszcze redemptorysta zapewnił pracę w Radiu Maryja skazanemu za pedofilię księdzu M. z Tylawy, który odmawiał różaniec na antenie. Jakim cudem?

Nie mieści mi się to w głowie. Polityka mediów ks. Rydzyka jest jednak stabilna: mówią o "lewactwie", "tęczowej zarazie", "ideologii LGBT". O Janiaku mówił, że to "współczesny męczennik", a prawiąc o pedofilii pytał, "kto nie ma pokus?". Pedofilia i obrona pedofilów to nie jakiś tam grzech, ale delicta graviora, czyli absolutnie najcięższe przestępstwo.

Abp Marek Jędraszewski widzi zagrożenie w "tęczowej zarazie". A to także ty?

Zabolało. Niestety ks. abp Marek Jędraszewski ma jakaś fiksację na punkcie "ideologii LGBT", "gender" i "tęczowej zarazy". Do niedawna był świetnym filozofem, ale tu nie ma pojęcia, o czym mówi.

A może właśnie doskonale wie. Widział przecież, co przez lata robił jego szef abp Juliusz Paetz w Poznaniu, czyli molestował kleryków.

Stał po stronie sprawcy. Może faktycznie tak dobrze zna sprawę wykorzystywania seksualnego w Kościele i ukrywania tego problemu, więc teraz dla odwrócenia uwagi i uwiarygodnienia się gromi "tęczową zarazę".

Kościół nigdy wprost nie nazwał winy Paetza. Jan Paweł II nigdy nie stanął w prawdzie o Paetzu.

Niestety, także w przypadku Jana Pawła II i jego otoczenia zadziałał mechanizm oblężonej twierdzy. Jeszcze jako arcybiskup Krakowa Karol Wojtyła zetknął się z próbami kompromitowania księży zarzutami natury obyczajowej. Ba, nawet jego samego SB chciała skompromitować, podrzucając sfałszowany pamiętnik rzekomej kochanki późniejszego papieża.

Czy czujesz się w Kościele jak u siebie, gdy co jakiś czas słyszysz o "tęczowej zarazie"? Przecież to także dotyczy ciebie.

Jestem gejem, ale nieczynnym. W jeszcze trudniejszej sytuacji są osoby homoseksualne, które żyją w związkach. Wspólnie apelujemy do hierarchów: zostawcie nas w spokoju. A do państwa: chcemy związków cywilnych.

Czujesz się zraniony i cały czas raniony w Kościele?

Tak. Te ataki ze strony biskupów i księży na osoby LGBT są bolesne.

Masz przekonanie, że - także twój - Kościół będzie kiedyś wolny od pedofilii.

Kiedyś pewnie tak, ale to perspektywa wielu lat. Na ostatnim posiedzeniu Episkopatu Polski wybrano przewodniczącego Komisji Duszpasterstwa. Kogo? Abpa Wiktora Skworca. A przecież krył on księdza-pedofila i przenosił go z parafii na parafię, w tym na Ukrainę. Jak można wybierać biskupa, na którym ciąży taki zarzut i toczy się przeciw niemu postępowanie kanoniczne?

Wątpię, bym dożył oczyszczonego z pedofilii Kościoła.

Więcej o: