"Rozepnij guziczek", "Będziesz prosiła, żebym cię zerżnął". Kobiety w służbach mają dość

Paulinie koledzy z pracy radzili "rozpiąć guziczek", Lucyna usłyszała, że to jak będzie wyglądała jej praca, zależy od tego, jak uległa potrafi być. Inni mówili wprost: "Będziesz mnie prosiła, żebym cię zerżnął" lub grozili, że "wy***ią z pracy wszystkie policjantki". Mobbing i molestowanie w służbach to sprawy nadal umarzane i zamiatane pod dywan. Pokrzywdzone funkcjonariuszki nie poddają się i piszą projekt ustawy, która ma zapewnić bezpieczną pracę.

Problemy Pauliny zaczęły się już w pierwszych dniach pracy w wydziale prewencji. W zespole była jedyną kobietą. - Pamiętam, jak weszłam na zebranie i zostałam zmierzona wzrokiem przez komendanta miejskiego. Popatrzył na mnie i się oblizał. Przeszły mnie dreszcze. Miałam ochotę zwymiotować - wspomina.

"Mamy apetyczną koleżankę" - powiedział. Sala wybuchła śmiechem.

- Nikt nie traktował mnie poważnie. Nie dopuszczano mnie do głosu, nie słuchano moich spostrzeżeń. Byłam taką panienką, która miała tym panom umilać czas. - Paulinka, rozpięłabyś ten guziczek, nie duszno ci? Paulina, bo tak się z chłopakami zastanawiamy, czy ty lubisz na ostro? Tych komentarzy były setki. Każdego dnia. A potem jeden wielki rechot, gdy czerwieniłam się lub wychodziłam do toalety, aby ukryć łzy - kontynuuje.

- Gdy mówiłam, że mam narzeczonego i nie odpowiadają mi ich zaczepki, to zaczęli mnie ignorować. Byłam jak powietrze - mówi Paulina.

Więcej najnowszych informacji przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl. 

Kobieta kilkukrotnie próbowała przenieść się do innej jednostki, ale bezskutecznie. - Utknęłam tam na lata. Gdy poszłam do komendanta z prośbą o większe zaangażowanie mnie do zadań wydziału, usłyszałam, że się nie nadaję. Miałam przekładać papiery i się nie odzywać. Bez żadnego racjonalnego wytłumaczenia - dodaje.

- Byłam pewna, że takie sytuacje nie mają już miejsca. Nie spodziewałam się, że młodzi, żonaci faceci są zdolni do takiego poniżania, że to ciągle ich bawi - podsumowuje.

Zobacz wideo Kołodziejczak: Kaczyński mobbinguje swoich posłów, on ich trolluje

Paulina zrezygnowała z pracy w policji po sześciu latach. Wraz z mężem prowadzą agroturystykę w Beskidzie Niskim. Raz nocleg zarezerwował jej kolega z służby. Przyjechał z żoną i trójką dzieci. Kobieta sama niosła ich bagaże. On wyciągnął skrzynkę piwa i śmiał się, że dobrze wychował sobie żonę.

"Powiedział, że to jak będzie wyglądała moja praca, zależy od tego jak uległa potrafię być"

Dziadek i ojciec Lucyny pracowali w straży granicznej. Dziewczyna nie planowała dla siebie innej kariery. Od małego zdążyła przesiąknąć opowieściami o akcjach pograniczników, chociaż wiedziała, że wiele z nich dziadek z ojcem zostawiali dla siebie.

- Myślałam, że wiem, na co się piszę. Do straży idzie coraz więcej kobiet, wiele z nich pracuje na równi z mężczyznami. Ja też nigdy nie oczekiwałam taryfy ulgowej - mówi kobieta.

Pierwsze seksistowskie teksty usłyszała już na testach sprawnościowych.

"Niżej trzymaj tę pupcię", "Mogłabyś się bardziej postarać, coś nie jesteś rozciągnięta, chyba nie uprawiasz za dużo seksu".

Lucyna te hasła zignorowała.

- Potrafię dużo wytrzymać, chciałam im udowodnić, że jestem dość dobra do tej pracy, że się nadaję - opowiada.

Lucyna bardzo szybko przeszła szkolenie i rozpoczęła pracę. W służbie oprócz niej pracowały wtedy jeszcze trzy kobiety. Wszystkie korzystały już z pomocy psychologa, mimo że nie pracowały tam dłużej niż rok.

Mówiły Lucynie z kim najlepiej ustawiać się na patrole, a kogo unikać. Nie wdawały się jednak w szczegóły. W ogóle bardzo bały się mówić cokolwiek na głos. - Wtedy poczułam się nieswojo. Nie rozumiałam, czego się boją, dlaczego przed niektórymi kolegami uciekają wzrokiem. Po miesiącu już wiedziałam - dodaje.

To był jeden z pierwszych patroli Lucyny.

Jeszcze w samochodzie położył mi dłoń na udzie. Odsunęłam ją, a on teatralnie westchnął. Gdy dojechaliśmy do punktu, z którego mieliśmy wyruszyć dalej zamknął drzwi po mojej stronie. Nachylił się tak blisko, że czułam jego oddech na twarzy.

Powiedział, że to jak będzie wyglądała moja praca, zależy od tego jak uległa potrafię być. Po tych słowach dotknął mnie w kroku, a ja dałam mu w twarz. Nie pozwalałam na takie teksty ani z jego strony, ani nikogo innego - wspomina.

Lucyna zgłosiła te sytuację do kierownictwa. Chociaż obiecano Lucynie, że przyjrzą się sprawie, wkrótce jakichkolwiek działań zaprzestano.

Koszmar zaczął się w dobie COVID-u. Ograniczono wtedy rotację pracowników w jednostce i niektórzy byli zdani na siebie przez tydzień. Wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. Obmacywanie, teksty z podtekstem, propozycje seksu oralnego na zapleczu...

- Wtedy zrozumiałam, że nie muszę tego znosić. Powiedziałam dość i odeszłam - podsumowuje.

"Będziesz mnie prosiła, żebym cię zerżnął"

Milena zaczęła pracę w straży granicznej tuż przed rozpoczęciem kryzysu humanitarnego na granicy polsko-białoruskiej. Mówi, że nie chce opowiadać wiele o tych wydarzeniach, bo boi się, że po opisanej relacji zostanie rozpoznana.

Była jedną z niewielu kobiet, które już na początku zostały wysłane w te tereny do ochrony granicy. - To był ogromny stres. Dla każdego z nas. Nie jest czymś naturalnym wywozić ludzi. Ludzi, którzy są głodni, chorzy, spragnieni, osób niepełnosprawnych, małych dzieci... Dla spokoju własnego sumienia dawałam im zawsze coś do jedzenia. Nie każdy to robił. Było ciężko, musieliśmy to jakoś odreagowywać, a o wsparciu psychologicznym nie było mowy - wspomina.

Jak zaznacza zapisała się na terapię online i starała się tam dawać ujście swoim emocjom. Jej koledzy często uciekali w alkohol, po którym stawali się agresywni. W bezpośredni i wulgarny sposób proponowali jej seks, by mogła "wyczyścić swoją głowę".

Raz jeden z nich, który miał mieć "kontakty" zaproponował Milenie, że może ją stamtąd wyciągnąć pod warunkiem, że ta spędzi z nim noc. Kobieta odmówiła, a on przyparł ją do ściany i powiedział: "będziesz mnie jeszcze prosiła, żebym cię zerżnął".

Później miał rozpowiadać pozostałym, że spędzili upojną noc, a jego koledzy rechotali z pikantnych, zmyślonych szczegółów. - Ta granica mnie zniszczyła, sprawiła, że brzydziłam się sobą, nie chciałam spędzić w tym zawodzie ani dnia dłużej - mówi.

Tak też zrobiła. Nie chce jednak opowiadać o okolicznościach swojego odejścia.

Mój przełożony krzyczał: Wy***ie z pracy wszystkie policjantki

Młodsza asp. Katarzyna Śmietana pracowała w zespole operacyjno-rozpoznawczym komendy miejskiej w Rybniku. Jak wspomina, jej kolega z wydziału często rzucał w jej stronę seksistowskie komentarze. 

Powiedziałam mu wprost, że sobie tego nie życzę, że między nami do niczego nigdy nie dojdzie, to zaczął mnie mobbingować. To nasiliło się jeszcze bardziej, gdy wkrótce został moim przełożonym

- mówi.

W czasie wspólnych imprez potrafił krzyknąć: "Kto jeszcze nie miał Śmietanowej?" lub "wy***ebie z pracy wszystkie policjantki". Innym kobietom miał proponować seks oralny, mówiąc wprost: zrób mi loda.

Wszystkie nasze rozmówczynie podkreślają, że zgłoszenie sprawy wyżej nie dawało nic. Były ignorowane, bagatelizowane, a jeśli faktycznie podejmowano jakieś działania, to kończyły się one na upomnieniu jednego czy drugiego pracownika.

Tak było też wtedy, gdy Śmietana zgłosiła sprawę naczelnikowi wydziału, zamiast wsparcia, usłyszała, że odtąd kobiety mają zakaz pracowania z mężczyznami w jednych pokojach, bo podobno uprawiają z nimi seks.

Kiedy jej oprawca awansował na naczelnika wydziału (poprzednik odszedł na emeryturę), została zawieszona i wszczęto wobec niej postępowanie dyscyplinarne. Tłumaczono jej, że miała przekroczyć uprawnienia wpisując do protokołu przesłuchania świadka dane kolegi.

Kiedy Komendant Wojewódzki Policji w Katowicach uchylił decyzję Komendanta Miejskiego Policji w Rybniku i nakazał ją ponownie rozpatrzeć, wobec Śmietany wszczęto nowe postępowanie, tym razem za "oczywistą pomyłkę pisarską" i "niepodpisanie protokołu zaraz po jego sporządzeniu".

Finalnie Komenda Wojewódzka Policji w Katowicach nie znalazła podstaw do wszczęcia sprawy dyscyplinarnej wobec przełożonych policjantki z Rybnika. Sprawa trafiła do prokuratury okręgowej.

Lokalne media opisywały również podobną historię z Komendy Powiatowej Policji w Nysie, gdzie komendant kazał swoim podwładnym zbierać haki na jedną z policjantek. Jej bezpośredniemu przełożonemu "rozkazywał ją "upier****ć, uj***ć, znaleźć na nią kompromitujące dokumenty, cokolwiek".

W końcu nadkomisarz zawiadomiła prokuraturę o mobbingu. Za pokrzywdzonych zostało uznanych jeszcze kilkoro innych pracowników komendy, w tym bezpośredni przełożony policjantki.

"Prokuratura w Kędzierzynie-Koźlu uznała, że wobec służb mundurowych nie stosuje się przepisów o ściganiu mobbingu i postępowanie umorzyła. A komendant wszczął z różnych powodów postępowania dyscyplinarne wobec osób, które zdecydowały się zeznawać"- podaje portal nysa.naszemiasto.pl.

Szymczak: Procedury antymobbingowe działają sprawnie. Fundacja #SayStop: Statystyki są zaniżane

W czerwcu 2021 roku Komisja Spraw Wewnętrznych i Administracji wysłuchała informacji ministra Mariusza Kamińskiego oraz komendanta głównego policji gen. Jarosława Szymczyka na temat ujawnionych w mediach przypadków mobbingu i molestowania seksualnego w policji od roku 2015. Sprawę nagłośnił wówczas Onet.

W czasie sejmowej komisji Generał Szymczak zapewniał, że w 2020 r. w policji została przeprowadzona kontrola MSWiA w zakresie przestrzegania procedur antymobbingowych, a jej ocena była pozytywna. Przekonywał także, że policja ma sprawnie działające procedury antymobbingowe, a liczba przypadków takich zgłoszeń jest niewielka.

- Policjantów jest ponad 120 tys. Wykroczenie przeciwko etyce zawodowej, a tym jest mobbing, to naruszenie dyscypliny służbowej, a na to nie możemy sobie pozwalać. W latach 2014-2020 było 175 zgłoszeń o mobbing. To średnio 29 spraw rocznie na tak olbrzymią formację, która pracuje w niezwykle stresujących warunkach. Z 175 spraw, 154 nie zostało potwierdzonych, czyli zostaje 21 - mówił.

Klatka z nagrania mającego przedstawiać H225 ministra niedługo przed wypadkiemNagrania śmigłowca szefa ukraińskiego MSW tuż przed wypadkiem

Prezeska fundacji #SayStop Katarzyna Kozłowska odpowiedziała wtedy Komendantowi Głównemu Policji, że statystyki są zaniżane. - Wiemy, że wiele zgłoszeń było w policji odrzuconych, statystyki są zakłamane. Apelujemy, aby dać ludziom możliwość anonimowych wypowiedzi, wtedy te liczby będą inne - przekonywała.

Katarzyna Kozłowska ma za sobą 18 lat służby w elitarnej jednostce GROM, jest weteranką wojny w Iraku i byłą policjantką, przyznała, że wielokrotnie spotykała się z niewłaściwymi zachowaniami. Podobne doświadczenia ma wiceprezeska fundacji Joanna Jałocha, również była policjantka i żołnierka.

- Na przestrzeni dwóch lat działalności Fundacji #SayStop, do czerwca 2022 roku przyjęłyśmy aż 176 zarejestrowanych zgłoszeń od osób poszkodowanych. Wśród nich są pracownicy służby cywilnej, funkcjonariusze i żołnierze obu płci służący w różnych formacjach w całej Polsce. Wciąż napływają do nas zgłoszenia dotyczące molestowania, mobbingu, gwałtów - informują kobiety w swoim najnowszym raporcie.

Fundacja przygotowuje właśnie projekt ustawy, która ma pomóc w ochronie przed mobbingiem w policji, straży granicznej i pożarnej.

Więcej o: