Postępowania kościelne. Tajne, traumatyzujące, zależne od biskupów. "Księża mają miny, jakbym to ja dokonał zbrodni"

W teorii postępowania kościelne w sprawach nadużyć seksualnych mogłyby przynieść wiele dobrego. W praktyce są dla ofiar księży pedofilów źródłem kolejnych traum. W procesach skrzywdzeni są często pozostawieni sami sobie, nie mają prawa do podstawowych informacji i materiałów z prowadzonego przez księży dochodzenia. - Wieloletnie przewlekanie mojej sprawy z dzisiejszego punktu widzenia zrobiło mi większą krzywdę niż rzeczywisty okres wykorzystywania seksualnego - przyznaje Janusz Szymik, ofiara ks. Jana Wodniaka.

 12 lutego Gdański Trybunał Metropolitalny wydał wyrok w sprawie oskarżanego o molestowanie nieletnich ks. Andrzeja Dymera. Stało się to dopiero po emisji "Najdłuższego procesu Kościoła", reportażu "Czarno na białym" TVN24. Treści wyroku nie ogłoszono i zagadką pozostaje, czy trybunał podtrzymał wyrok pierwszej instancji, czy karę zaostrzono. A może ks. Dymer został uniewinniony? Zresztą - wyroku pierwszej instancji też byśmy nie znali, gdyby treści nie ujawnił Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny kwartalnika "Więź". Kościół podobnie zatajał wyrok choćby w sprawie Józefa Wesołowskiego, nuncjusza apostolskiego w Dominikanie. Wówczas Watykan, aby zupełnie nie pogrążyć duchownego, nie podał do wiadomości, że jego apelacja została odrzucona.

Przykłady ks. Dymera i Wesołowskiego, choć rażące w sposób szczególny, pod wieloma względami są podobne do innych spraw. O swoich doświadczeniach z organami kościelnymi w dalszej części artykułu opowiadają nam dwie ofiary pedofilów w sutannach.   

Ks. Isakowicz-Zaleski: Ile, na litość boską, może trwać taki proces?

Tajność to cecha charakterystyczna, a zarazem jedna z największych patologii kościelnych postępowań w sprawach pedofilskich. I nawet nie chodzi o informowanie o wyrokach opinii publicznej. Zdarza się, że w niewiedzy muszą żyć same ofiary, co tylko wydłuża i pogłębia traumę. A przecież w wielu przypadkach - gdy w prawie świeckim sprawa jest przedawniona (bardzo częste) - wyrok sądu kościelnego mógłby być dla ofiary namiastką sprawiedliwości.

Dr Piotr Szeląg, teolog i prawnik, konsultant filmu "Kler", zwraca uwagę, że zatajanie przed ofiarami informacji o kolejnych etapach postępowania jest niezgodne z przepisami ustanowionymi przez Kurię Rzymską. Zasady dotyczące tego typu spraw zawarto w vademecum Kongregacji Nauki Wiary, gdzie napisano wprost: "Właściwa władza kościelna (ordynariusz lub hierarcha) powinna odpowiednio informować domniemaną ofiarę oraz osobę oskarżaną, jeżeli zgłoszą taką potrzebę, na temat poszczególnych etapów postępowania, dbając o to, by nie ujawniać informacji objętych sekretem papieskim lub tajemnicą urzędową, których rozpowszechnienie mogłoby przynieść uszczerbek osobom trzecim". - Celowe więc nieinformowanie ofiar jest wyraźnym złamaniem tych obowiązujących zasad - zauważa dr Szeląg. 

Pod tym względem szczególnie skandaliczna wydaje się historia osoby skrzywdzonej przez Stefana D., proboszcza jednej z krakowskich parafii. Rodzice chłopca zgłosili sprawę molestowania do biskupa pomocniczego Jana Szkodonia, który obiecał interwencję. Proboszcza rzeczywiście odwołano z funkcji, ale po kilkumiesięcznym urlopie został przeniesiony do innej parafii, wbrew temu, co biskup obiecał rodzicom. W nagłaśnianie sprawy zaangażował się ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który sprawę księdza Stefana opisał w książce "Chodzi mi tylko prawdę". Dziś duchowny wspomina: - W 2012 roku, po tym, jak mnie przesłuchano na radzie kapłańskiej, przekazałem kard. Stanisławowi Dziwiszowi opis tej sytuacji. Podałem numer telefonu rodziców, adres. To są ludzie znani w Krakowie ze względu na zaangażowanie w życie religijne. Kardynał nigdy się z nimi nie skontaktował. Dlatego w październiku 2013 roku napisałem do Watykanu i dopiero wtedy, na zlecenie Stolicy Apostolskiej, zajął się tym sąd arcybiskupi w Krakowie.

Dzisiaj, choć od przekazania materiałów w tej sprawie kard. Dziwiszowi minęło dziewięć lat, nie wiemy nawet, czy postępowanie się zakończyło. - Ile, na litość boską, może trwać taki proces? Cały dramat polega na tym, że ofiara i jej rodzice do dzisiaj nie wiedzą, co się z dzieje z tą sprawą. Nie mają też szansy na odwołanie, bo nie mają od czego się odwoływać - mówi nam ks. Isakowicz-Zaleski. 

Zobacz wideo "Ten cały przeklęty dwór watykański trzeba rozsadzić"

Cicha zmiana na stanowisku oficjała

W połowie lutego po wielu latach sprawowania urzędu archidiecezja krakowska odwołała Oficjała Sądu Metropolitalnego w Krakowie, ks. Zbigniewa Rapacza. 16 lutego na stronie kurii pojawił się zdawkowy komunikat o złożeniu przysięgi wierności na ręce metropolity abp. Marka Jędraszewskiego przez ks. Mirosława Czaplę, nowego oficjała. Powody zmiany na stanowisku nie zostały podane, 23 lutego pytaliśmy o nie biuro prasowe archidiecezji. Archidiecezja krakowska tłumaczy zmianę końcem kadencji. "Według kan. 1422 Kodeksu Prawa Kanonicznego funkcje w Sądzie Metropolitalnym w Krakowie charakteryzują się kadencyjnością. Początkiem lutego swoja kadencja zakończył ks. dr Zbigniew Rapacz i został powołany ks. dr Mirosław Czapla. Pragnę poinformować, że ks. Rapacz nadal pracuje w Sądzie Metropolitalnym na stanowisku sędziego" - napisał ks. Łukasz Michalczewski z biura prasowego archidiecezji. 

Nieoficjalnie od zorientowanych w sprawie osób słyszymy, że sprawa może mieć drugie dno. Niewiele wcześniej w "Przewodniku Katolickim" ukazał się wywiad z abp. Grzegorzem Rysiem. Metropolita łódzki i były krakowski biskup pomocniczy skrytykował ukrywanie informacji na temat wyników postępowania ws. Stefana D. - Jeśli proces został zamknięty, to jest to niedopuszczalne. Ci, którzy są poszkodowani, mają prawo pierwsi dowiedzieć się o tym, jaki zapadł wyrok w procesie kościelnym - mówił abp Ryś. 

"Urok korporacji"

Jak słyszymy, w całej sprawie mogło chodzić o wysłanie komunikatu innym sędziom - aby pamiętali, że biskup może ich w każdej chwili odwołać. I to jest kolejny wielki grzech sądów kościelnych - są  całkowicie zblatowane z władzami kościoła i zależne od biskupów. Dr Piotr Szeląg pytany o przypadek krakowskiego oficjała zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt. - Księża działają w imieniu i w ścisłej współpracy ze swoim biskupem, zwłaszcza w kwestiach newralgicznych, a takim są te, które dotyczą oskarżeń o przestępstwa seksualne - mówi. - Myślę, że decyzje i kroki podejmowane w tej materii przez księdza Zbigniewa Rapacza zawsze wynikały i z tak rozumianej zależności. Dziś okazuje się publicznie, że doszło do zaniedbań, nieprawidłowości, łatwiej więc je przypisać zwykłemu księdzu niż hierarsze. Łatwiej kogoś schować i obarczyć niż wyciągnąć konsekwencje wobec kogoś mającego realną władzę. Urok korporacji - komentuje. 

Brak niezależności siłą rzeczy rzutuje na to, jak postępowania kanoniczne są prowadzone w sytuacji, gdy biskup chce wyciszyć sprawę. Przekonał się o tym Mariusz Milewski, ofiara ks. Jarosława P. z parafii św. Jakuba Apostoła w Ostrowitem (woj. warmińsko-mazurskie). 

"Nikt mi nic nie mówił, kazali przyjechać"

Mariusz MilewskiMariusz Milewski Archiwum prywatne

Ksiądz Jarosław przez dziewięć lat gwałcił Milewskiego na plebanii. W 2016 roku Sąd Rejonowy w Nowym Mieście Lubawskim skazał P. na trzy lata więzienia. Rok później wyrok podtrzymał Sąd Okręgowy w Elblągu. Równolegle przez kilka lat trwało postępowanie kościelne. Dzisiaj Milewski wspomina: - Miałem 21 lat i chciałem niejako pozbyć się tych doświadczeń, więc zgłosiłem się do księdza, byłego dyrektora bursy Caritasu, w której mieszkałem, powiedziałem, jaka jest sytuacja. On poprosił o dwa tygodnie na zorientowanie się w sprawie. Po dwóch tygodniach wezwał mnie na spotkanie i powiedział, że jeśli mówię prawdę, to powinienem to zgłosić biskupowi Suskiemu [Andrzej Suski - biskup toruński w latach 1992-2017 - red.], a jeśli nie, to mam milczeć, żeby nikomu nie robić krzywdy. To była jedyna osoba duchowna, która nie powiedziała na wstępie, że kłamię i chodzi mi o pieniądze. Miałem opisać wszystko, co mnie spotkało, w liście do biskupa Suskiego. On miał się tym zająć - opowiada.

Milewskiemu po kilku miesiącach udało się wyprosić spotkanie z bp. Suskim. Duchowny kazał mu wszystko opisać w liście. Dla Milewskiego to dość dziwne, bo wszystko dokładnie opowiedział w rozmowie, ale wtedy jeszcze nie zakładał złej woli. List napisał w listopadzie 2012 roku. Jak wspomina, traumą było samo spisywanie doświadczeń. Wiele szczegółów sobie darował.

Między rozmową z bp. Suskim (sierpień) a wysłaniem listu do kurii (listopad) ksiądz Jarosław P. ciągle był proboszczem. Odsunięto go dopiero w grudniu. Wtedy też w kurii ruszyło postępowanie wstępne i Milewskiego wezwano na pierwsze przesłuchanie. - Nie wiedziałem, jak to będzie wyglądało, nikt mi nic nie mówił, kazali przyjechać. Na miejscu był oficjał sądu biskupiego i ksiądz Mariusz Stasiak, delegat ds. ochrony dzieci i młodzieży - opowiada. 

Przesłuchanie jak w "Klerze"

Po pierwszych zeznaniach na długie miesiące zapadła głucha cisza. - Przez co najmniej pół roku od przesłuchania nie otrzymywałem żadnych informacji, co się dzieje z moją sprawą. Dobijałem się, prosiłem, ale bez odzewu. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że P. ma obrońcę przed sądem biskupim. Ja też chciałem mieć, bo dlaczego nie? Wtedy ksiądz Stasiak mi powiedział, że to on jest moim pełnomocnikiem. Zdenerwowałem się i go opieprzyłem. No bo jak to? Ksiądz jest moim obrońcą, a nie robi nic, żeby mi nie pomóc, o niczym mnie nie informuje? - mówi mężczyzna.

Gdy dochodzenie wstępne dobiegło końca, Milewskiemu nie udostępniono zebranych w jego toku materiałów. Nikt mu nawet nie powiedział o opinii biegłej psycholożki powołanej przez sąd kościelny. Dopiero później dowiedział się, że w postępowaniu zeznawała grupa świadków, którzy kłamali. - W kurii były sfabrykowane dowody na to, że ja się niby umawiam na seks za pieniądze z mężczyznami. Przez całe postępowanie P. był informowany o wszystkim, a ja o niczym - wspomina. 

Zgodnie z procedurą akta postępowania przekazano Kongregacji Nauki Wiary. Gdy Watykan zdecydował o dalszym procesie w sądzie biskupim, Milewskiego wezwano ponownie przed oblicze sądu. O tym, jak wyglądało to spotkanie, ofiara P. mówi krótko: - Niech pan sobie przypomni "Kler".

W filmie Smarzowskiego jest taka scena: w kiepsko oświetlonym pomieszczeniu siedzi siedmiu ponurych księży, w tym arcybiskup grany przez Janusza Gajosa. Na krześle w głębi dużego gabinetu widzimy mężczyznę, który przyszedł opowiedzieć o swojej krzywdzie. Ale mówią głównie duchowni - pytają, dlaczego ofiara atakuje Kościół chrystusowy, później straszą pozwem o zniesławienie, w końcu napominają, że niesłusznie oskarżeni księża popełniają samobójstwa. Milewski wspomina, że w jego przypadku było podobnie. - Siedzi grono księży, mają miny, jakbym to ja dokonał zbrodni i mówią, że sobie nie życzą, żebym podważał autorytet Kościoła, nie życzą sobie, żebym wydzwaniał i naciskał, bo wszystko robią przecież dla mojego dobra. Ciemne pomieszczenie, księża oczywiście ubrani na czarno, groźne miny - wspomina. 

Świadek zeznał, że Milewski kręcił się obok stołu biskupa

Milewski mówi wprost, że duchowni chcieli go pogrążyć. - Praca sądu nie skupiała się na mojej krzywdzie, tylko na tym, żeby mnie zniszczyć. Świadków nie pytano, czy mogło dojść do przestępstw. Byli natomiast pytani, czy pan Milewski jest homoseksualistą. Właściwie o nic innego. Cały scenariusz był taki: próbowano zrobić ze mnie geja, który sprzedaje się za pieniądze, w ten sposób księża chcieli mnie zdyskredytować i oczyścić P. Gdybym poprzestał na sądzie biskupim, zrobiliby ze mnie wroga diecezji numer jeden - mówi. 

Z materiałów postępowania wynika, że nie chodziło o ustalenie faktów, nie mówiąc już o sprawiedliwości dla ofiary księdza pedofila. W trakcie posiedzenia jeden z księży zeznał, że Milewski lubi drogie ubrania, co miało świadczyć o jego chęci wzbogacenia się. - Rany boskie, mieszkałem w bursie, od 15 roku życia musiałem radzić sobie sam, na utrzymanie miałem 180 zł. Dla mnie ciuchy z takich sklepów jak House czy Cropp były w ogóle niedostępne, a on mówił o drogich markach - mówi. 

Inny duchowny, znajomy P., opowiadał, że podczas uroczystej wizyt biskupa Suskiego w bursie Caritasu w Grudziądzu, gdy mieszkańcy musieli podawać duchownym do stołu, Milewski najczęściej kręcił się przy stole biskupa. Wniosek: chłopak lubi towarzystwo ludzi majętnych. 

Wbrew woli poszkodowanego na przesłuchanie przed sądem biskupim wezwano też jego rodziców. Milewski przyznaje, że w domu rodzinnym był alkohol, rodzice nieszczególnie interesowali się synem i sami byli niezaradni. - Prosiłem, żeby w tym nie uczestniczyli, ale skutek moich próśb był odwrotny. Kuria przysłała po nich samochód. Kierowca ich zawiózł na przesłuchanie i przywiózł, a w międzyczasie mogli zjeść obiad - relacjonuje. 

Milewski spotkał znajomych jego oprawcy po nieprawomocnym wyroku sądu pierwszej instancji. Jak mówi, wielu z nich do samego końca było przekonanych o niewinności księdza. Mówili, że jest jeszcze apelacja, później, że przecież P. z pewnością odwoła się do Sądu Najwyższego. Ksiądz pedofil zresztą to zrobił, ale w 2019 roku SN odrzucił wniosek o kasację. Władze kościelne wydaliły P. ze stanu duchownego dopiero pod koniec 2020 roku, ale pięć lat wcześniej sąd kościelny go uniewinnił. "W imię Pańskie. Amen" - napisano w wyroku.

Postępowania iluzoryczne

W batalii Milewskiego jak na dłoni widać patologiczny brak transparentności w postępowaniach przed organami diecezjalnymi. Mężczyzna co prawda poznał wyrok uniewinniający, ale uzasadnienie zostało ujawnione za sprawą samego P. Duchowny w procesie w Sądzie Rejonowym w Nowym Mieście Lubawskim chciał, aby materiały z postępowania kościelnego stanowiły dowód jego niewinności. I tak się stało, ale sąd świecki nie dał się przekonać. 

- Postępowania kościelne nie mają nic wspólnego z transparentnością. W zasadzie jeśli chodzi o rzetelne ustalenie faktów, są prawie zawsze działaniami iluzorycznymi. W nich nie obowiązuje kontradyktoryjność, rozumiana jako możliwość czynnego udziału osoby pokrzywdzonej lub jej pełnomocnika, ofiara nawet nie jest stroną, tylko świadkiem - mówi nam Artur Nowak, publicysta i prawnik reprezentujący ofiary księży pedofilów. I potwierdza z doświadczenia: - Jest bardzo częste, że poszkodowani nawet nie wiedzą, jaki zapadł wyrok w ich sprawach. Znam wiele przypadków, gdy poszkodowany niby wie o postępowaniu, ale nie ma żadnego pojęcia, czy ono trwa, czy się zakończyło, co w jego sprawie w ogóle zrobiono. Jeśli taka osoba się nie dobija, nie doprasza o informacje dotyczące postępowań, jest ignorowana.

Zniesienie sekretu papieskiego. Teoria i praktyka

Nadzieję, że dochodzenia i procesy kościelne będą bardziej przejrzyste, przyniósł w 2019 roku dekret papieża Franciszka o zniesieniu tzw. sekretu papieskiego. Miał to być wielki krok w stronę jawności. - Dotychczas wymóg zachowania sekretu papieskiego sprawiał, że diecezje lub zakony nie miały możliwości pełnej współpracy z organami ścigania prowadzącymi własne śledztwo. Nie mogły np. przekazywać im dokumentów z postępowań kanonicznych. Po prostu bez zgody Watykanu nie można było ich wydać - mówił w grudniu 2019 roku abp Wojciech Polak, prymas Polski. 

I rzeczywiście, jak słyszymy od jednego z księży, który bada sprawy przestępstw seksualnych wśród duchownych, na linii kuria-prokuratura poprawa jest widoczna. W przypadku przestępstw zgłaszanych w ostatnim roku materiały trafiają do śledczych. Niewiele się za to zmieniło w kwestii "starych" spraw, które przeciągają się o kolejne lata. Inna kwestia to postawa prokuratorów, którzy nie zawsze w przypadku duchownych działają równie gorliwie, co w przypadku osób świeckich. Niech przykładem będzie sprawa archidiecezji poznańskiej, która w 2019 roku przekonała prokuraturę, że nie posiada materiałów dotyczących księdza oskarżanego o pedofilię. Prokuratura uwierzyła na słowo i wycofała się z początkowych zamiarów przeszukania kurii. 

- Nie jest prawdą, że Watykan w 2019 r. zluzował prawo dotyczące nieujawniania wyników postępowań poprzez zniesienie sekretu papieskiego - mówi Artur Nowak. - Pamiętam, jakie były nastroje, gdy papież ogłosił dekret w tej sprawie, że oto nagle dziennikarze będą mieli dostęp do akt. A przecież kurie za nic sobie mają ten dekret papieski.

Prawnik podkreśla, że "kultura tajemnicy kościoła jest tak samo żywa, co doskonale widać właśnie na przykładzie postępowań kościelnych". - Nawet ja, występując przecież w roli pełnomocnika ofiar, często nie mam dostępu do materiałów sprawy. Na tym tle wyjątkowo skandaliczna jest sprawa Mariusza Milewskiego, który przypadkowo dotarł do akt z postępowania w jego sprawie. Okazało się, że postawiono go w fatalnym świetle, na podstawie świadków, których wybrał sobie sąd diecezjalny - przyznaje. 

"Pytano o mój homoseksualizm, kontakty z mężczyznami"

Również zdaniem dr. Szeląga zniesienie sekretu papieskiego nie zwiększyło transparentności. - Spowodowało jedynie, że instytucje kościelne uświadomiły sobie konieczność i odpowiedzialność związaną z informowaniem instytucji państwowych - mówi.

Modelowa procedura w sprawach dotyczących wykorzystywania seksualnego przed duchownych wydaje się klarowna. - Po uzyskaniu informacji o przestępstwie biskup jest zobowiązany przeprowadzić tak zwane postępowanie wstępne. Nie jest ono procesem, a jedynie uzyskaniem pewności, że zarzuty mają podstawę, są prawdopodobne i kogo dotyczą. Jeśli wydają się prawdopodobne, to ma też obowiązek w tym momencie powiadomić władze świeckie o podejrzeniu przestępstwa, by chronić pokrzywdzonych lub wykluczyć ewentualne dalsze przestępstwo - tłumaczy dr Szeląg. Jak dodaje, na każdym etapie biskup może korzystać z pomocy Kongregacji Nauki Wiary, do której ostatecznie po jego zakończeniu przesyła zebrany materiał wraz ze swoją oceną. Do niej należy ostateczna ocena zebranego materiału i decyzja o sposobie dalszego postępowania.

Ale klarowne przepisy weryfikuje praktyka. Postępowanie dotyczące krzywd Mariusza Milewskiego zostało przez sąd absurdalnie rozwleczone w czasie. Trudno to ślimaczenie się tłumaczyć biurokracją, skomplikowanymi procedurami czy prozaicznym brakiem czasu. Jak wspomina Milewski, gdy zeznawał w postępowaniu wstępnym, powiedział wszystko, co mógł powiedzieć. Wszystko, co działo się później, jedynie pogłębiało traumę. - Kolejne wizyty przed sądem biskupim miały tylko za zadanie zniszczyć mnie psychicznie, nie było tam żadnej rzetelności, pytano mnie o rzeczy, które nie miały sensu. O mój homoseksualizm, kontakty z mężczyznami - mówi. 

- Dlaczego postępowania są tak rozwlekane? - pytamy Szeląga. 

- Przyczyny mogą być różne. Może to wynikać z celowego działania, które ma na celu rozmycie sprawy, obliczone na to, że z czasem się o niej zapomni. Może też wynikać ze zwyczajnej nieudolności prowadzących, ale może też i z tego, że prowadzący ma jeszcze wiele innych rzeczy na głowie, a tę traktuje dorywczo. Obiektywnie trzeba by spojrzeć na każdą sprawę odrębnie. Dobrze prowadzone postępowanie trwa kilka miesięcy. Te, które trwały lata, to skandal - przyznaje teolog i prawnik. 

Rażący przykład kunktatorstwa duchownych to sprawa ks. Dymera. Ale rekord, w jak najgorszym rozumieniu tego słowa, bije też postępowanie ws. ks. Jana Wodniaka. 

"Dowiadywałem się o kolejnych czynach ks. Wodniaka, a kuria dalej nic"

Rozmawiamy o niej z Januszem Szymikiem, autorem głośnego pisma do papieża Franciszka. "Dziś mam 48 lat. Jednak kiedy miałem 12 lat, stanął na mojej drodze potwór. To ksiądz: nazywał się Jan Wodniak" - czytamy na początku listu, który Szymik wysłał do Franciszka w październiku ubiegłego roku. 

Mariusz MilewskiFot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

Historia krzywdy Szymika sięga lat 80., a historia odwracania przez kościół oczu od tej sprawy 1993 roku. W wydarzeniach, które się rozgrywały przez tyle lat, można się pogubić, więc Szymik pokazuje nam dokumenty - listy, które kierował w swojej sprawie do biskupów czy nuncjusza Salvatore Pennacchio, protokoły przesłuchań, komunikaty kurii. Jak sam przyznaje, gdyby nie długie starania, sam by nie wiedział, co się znajduje w aktach jego sprawy. - Zabiegałem o wgląd przez wiele miesięcy - wspomina. 

W latach 1984-1989 Janusz Szymik został zgwałcony przez ks. Jana Wodniaka, proboszcza parafii w Międzybrodziu Bialskim, ok. 500 razy. Biskupa diecezji bielsko-żywieckiej Tadeusza Rakoczego poinformował o tym w 1993 roku. W tym samym roku złożył zawiadomienie w prokuraturze, ale przełożony Szymika groził mu za to wyrzuceniem z pracy, więc Szymik je wycofał.  

Duchowny otrzymał szczegółowy opis przestępstw, których dopuszczał się Wodniak, ale przez długie lata nie reagował. - Dowiadywałem się w następnych latach o kolejnych czynach Wodniaka, a kuria dalej nic. To spowodowało, że postanowiłem wrócić do sprawy, uznałem, że nie mogę odpuścić i muszę znowu interweniować - mówi mężczyzna. 

W 2007 r. znowu spotkał się z bp. Rakoczym. Tym razem miał ze sobą świadka, ale i po tym spotkaniu kuria nie reagowała. Rok później Szymik napisał list do ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który w książce "Księża wobec bezpieki" wspomniał o tajnym współpracowniku SB o pseudonimie "Janek". Szymik zidentyfikował go jako Wodniaka. W liście do ks. Isakowicza-Zaleskiego Szymik poprosił o przekazanie jego sprawy władzom kościelnym. Duchowny w 2012 roku wręczył kard. Stanisławowi Dziwiszowi list, w którym opisał kilka przypadków wykorzystywania seksualnego. Wśród nich była sprawa Szymika. 

W protokole napisano, że przeprosiny wystarczą, ale nikt nie przepraszał

W 2013 roku bp Rakoczy odszedł na emeryturę. Na jego miejsce przyszedł bp Roman Pindel, któremu  w styczniu 2014 Janusz Szymik ponownie przedstawił swoją sprawę. Dopiero on w lutym 2014 roku wydał dekret o rozpoczęciu postępowania, kilka miesięcy później ruszył proces. Szymik przed złożeniem zeznań do protokołu musiał przysiąc na Biblię, że nikomu z zewnątrz nie opowie o sprawie molestowania. - Zamykali mi w ten sposób usta - mówi dzisiaj ofiara Wodniaka. Jak wspomina, pytano też o ewentualne roszczenia finansowe wobec jego oprawcy. - Wiedziałem, że będą chcieli odwrócić kota ogonem, że ja niby o jakieś pieniądze walczę, więc zrzekłem się roszczeń wobec sprawcy - wspomina. W protokole z zeznań napisano, że Szymik został przeproszony i to mu "wystarczy", ale, jak wspomina, nigdy żadnego "przepraszam" nie usłyszał. Kazał więc usunąć to zdanie z protokołu. 

Fragment wstępnej wersji protokołu z przesłuchania Jana SzymikaFragment wstępnej wersji protokołu z przesłuchania Jana Szymika Jan Szymik

W końcu w kwietniu 2015 roku zapada wyrok - Wodniak zostaje skazany na 10 lat kary odosobnienia i wpłatę kilkudziesięciu tysięcy złotych na Caritas. Duchowny składa jednak odwołanie, ale Kongregacja Nauki Wiary podtrzymuje wyrok. Duchowny nie odpuszcza i składa tzw. rekurs do wyroku. Przekonuje, że Szymik zawyżył liczbę kontaktów seksualnych, według duchownego miało być ich kilkanaście, a nie kilkaset. Co to zmienia? Okazuje się, że całkiem sporo, bo watykański trybunał w 2017 roku obniża wyrok z 10 na pięć lat odosobnienia i zdejmuje karę finansową ze względu na niski dochód. 

W wyroku, pod którym podpisali się m.in. kard. Zenon Grocholewski i abp Charles Scicluna, podkreślono, że wyrok będzie obowiązywał pod warunkiem, że nie będzie kolejnych pokrzywdzonych. 

Jednocześnie Kongregacja nakazała biskupowi bielsko-żywieckiemu przeprowadzenie dodatkowego dochodzenia, żeby sprawdzić, czy są inne ofiary. Dochodzenie prowadził mec. Michał Kelm. 

Ofiar jest więcej. "Wyrok szlag trafił"

- W lutym 2016 roku spotkaliśmy się w bielskiej kurii. Poinformowałem o potencjalnych ofiarach księdza Wodniaka, ale do kurii długo nikt się nie zgłaszał, a biskup, moim zdaniem, tych ofiar nie szukał. Chcieli to przeczekać, zrobić tak, żeby Wodniak był kojarzony tylko ze sprawą Szymika, a wiem od jednej osoby, molestowanej przez Wodniaka, że nikt z kurii z nią nie rozmawiał. Nie mogłem się z tym pogodzić. Ostatecznie ten człowiek sam zgłosił się do kurii, a następnie do prokuratury - opowiada Szymik. - Wyrok kościelny w mojej sprawie ostatecznie szlag trafił, bo skoro są kolejne ofiary, to postanowienie jest nieaktualne. Toczy się kolejne kanoniczne dochodzenie, niezależne od mojej sprawy - mówi Szymik.

Kościół o sprawie Wodniaka wie od 1993 roku i wciąż nie ma finału postępowania. Wiemy, że osób, które miał skrzywdzić Wodniak, jest więcej. Jedna z nich, pan Tomasz, mieszkający obecnie za granicą, zgłosił się niedawno do państwowej komisji ds. pedofilii. O kolejnej Gazeta.pl dowiaduje się z postanowienia o odmowie wszczęcia śledztwa w sprawie wykorzystania seksualnego małoletniego. Z pisma, które widzieliśmy, wynika, że w Prokuraturze Rejonowej w Żywcu pokrzywdzona osoba zeznała, iż była molestowana przez Wodniaka ok. 20 lat temu. Sprawa się przedawniła. W sprawie kolejnej pokrzywdzonej toczy się postępowanie w prokuraturze. 

Szymik zarzuca kard. Dziwiszowi i bp. Rakoczemu tuszowanie przestępstw Wodniaka. To właśnie w sprawie kardynała pisał do papieża Franciszka. Sprawę krycia pedofilii przez bp. Rakoczego opisał z kolei w liście do nuncjusza abp. Salvatore Pennacchio. Kard. Dziwisz, mimo obietnic spotkania, do tej pory nie skontaktował się z Szymikiem. A sprawa bp. Rakoczego? Dochodzenie w tej sprawie było prowadzone pod nadzorem abp. Marka Jędraszewskiego. Wiadomo tylko, że materiały trafiły do Stolicy Apostolskiej. I znowu cisza. - Mój adwokat zwracał się w tej sprawie do archidiecezji krakowskiej, usłyszał jedynie, że pismo zostało przesłane i tyle. Nie ma innych wieści, nie wiadomo, czy decyzje rzeczywiście wciąż nie zapadły, czy zapadły, ale nikt nas nie informuje - mówi Szymik. 

"Nie sądziłem, że będzie aż tak źle"

Pytamy Mariusza Milewskiego, dzisiaj 29-latka, jak mu się teraz żyje. - Ledwo daję radę, od kilku miesięcy jestem na lekach antydepresyjnych, chodzę do psychologa. To wszystko wraca, jak w horrorze. Powoli idę do przodu, ale nie sądziłem, że będzie aż tak źle. Jeszcze pięć lat temu powiedziałbym, że czuję się super, teraz jest źle, bardzo źle. Często nie mogę zasnąć, a jak już zasypiam, mam koszmary z Jarosławem P. w roli głównej - opowiada. 

- Co P. robi w tych snach?

- Przychodzi do mnie i mówi, że zniszczyłem mu życie. "Jak mogłeś?!" - krzyczy. 

Milewski potrzebuje pomocy psychologa, ale z własnych środków trudno mu opłacić terapię. Uruchomił zbiórkę, można na nią wpłacić pod tym linkiem.

W grudniu 2020 roku Milewski został apostatą. - Uznałem, że w kościele Boga nie ma - mówi.

Janusz Szymik kończy rozmowę tak: - Wieloletnie przewlekanie tej sprawy przez biskupa Rakoczego i kardynała Dziwisza z dzisiejszego punktu widzenia zrobiło mi większą krzywdę niż rzeczywisty okres wykorzystywania seksualnego. Gdyby w 1993 roku biskup podjął stosowne działania i odsunął sprawcę od urzędu i gdyby nie wymuszono na mnie wtedy wycofania zawiadomienia z prokuratury, Wodniak zostałby zapewne skazany prawomocnym wyrokiem. Nie byłoby dalszych ofiar i całego postępowania, które dla mnie było wtórną wiktymizacja.

Więcej o: