Śląski rejestr zawałów: informacja ratuje życie

Są szpitale, gdzie na stu zawałowców umiera tylko trzech. W innych aż trzy razy więcej! To dane z rejestru zawałów prowadzonego w Śląskim Centrum Chorób Serca.

Rejestr to dowód, że skuteczne ratowanie chorych nie zależy tylko od pieniędzy, ale i od tego, jak organizujemy ochronę zdrowia. W rejestrze zbierane są dane o chorych z zawałem i w stanie przedzawałowym, którzy trafiają do szpitali w województwie. To najdokładniejsza baza informacji o zawałach w Europie. Dzięki niej wiadomo teraz, że zawałów jest o połowę mniej, niż głosili kardiolodzy! - Bo do tej pory po prostu przeliczano amerykańskie dane na liczbę ludności w Polsce - mówi prof. Lech Poloński, kierownik III Kliniki Kardiologii w zabrzańskim centrum i wojewódzki konsultant w dziedzinie kardiologii. Ale to nie wszystko.

Okazało się, że w Jastrzębiu Zdroju na 100 zawałowców umiera 11 osób, a w Tychach tylko dwie-trzy. W Gliwicach jest o połowę więcej zawałów niż w okolicznych miasteczkach. Ale zgonów - mniej.

Skąd takie różnice? Bo śmiertelność wśród chorych, którym podaje się tylko leki, jest cztery razy wyższa niż u pacjentów kierowanych do specjalistycznych ośrodków na udrożnienie zatkanej przez zawał tętnicy. Nie wszyscy potrzebujący trafiają jednak do klinik. - Od 2004 r., kiedy NFZ zaczął płacić za chorych z zawałem więcej niż za innych pacjentów, małe szpitale niechętnie kierują zawałowców do specjalistycznych ośrodków - mówi prof. Poloński. Także pogotowiu nie opłaca się wieźć chorego do odległego szpitala specjalistycznego. Opłacają mu się krótkie kursy. Pogotowie niechętnie przewozi chorych w najgorszym stanie, bo to trudne i kłopotliwe. I ci chorzy nie trafiają do klinik. - Jeśli to zmienimy, liczba umierających na zawał znacząco spadnie. Rejestr to dowód, że nie trzeba do tego większych pieniędzy! - komentuje prof. Poloński.

Dla "Gazety" Andrzej Sośnierz, były dyrektor Śląskiej Kasy Chorych

- Kupiliśmy nowy lek na zawał, ale lekarze go nie podawali. Nie wiedzieliśmy dlaczego, więc wprowadziliśmy ankiety. Kiedy lekarze musieli informować, czemu choremu nie dali leku, odsetek zgonów spadł. Lek został wdrożony.

Ale mieliście już system komputerowy START - rejestr usług medycznych zbierający dane o wszystkich świadczeniach medycznych na Śląsku.

- Tak, to od początku wydawało się niezbędne. Kiedyś pytałem specjalistów, ilu chorych potrzebuje jakiegoś leku, zawsze słyszałem tylko szacunki. Tak nie da się zarządzać pieniędzmi na zdrowie. A START rejestruje się wszystko - od recept i porad po hospitalizacje. Dzięki temu odkryliśmy, którzy specjaliści mnożą porady, każąc pacjentom przychodzić po kilka razy w miesiącu. Zniknęły fałszywe recepty. Znaleźliśmy ludzi, którzy zamiast chodzić do lekarza, wzywali pogotowie kilkadziesiąt razy w roku. Na START wydaliśmy 30 mln zł. Zwróciło się w dwa lata.

Zabrzańskie centrum uruchomiło rejestr zawałów w 2003 r. kosztem zaledwie 1 mln zł z ministerialnego programu Polkard.

Doświadczeń śląskich z systemem START nie chciano jednak wykorzystywać w kraju. Zmienił zdanie dopiero teraz, kiedy okazało się, że próba zbudowania ogólnopolskiego rejestr usług medycznych (RUM) się nie powiodła.