Emocji fala za falą

W ten weekend udało mi się zobaczyć na żywo dwa pełne emocji mecze ćwierćfinałowe DBE - sobotni w Koszalinie i niedzielny w Ostrowie. Gorączka emocji przelała się przez obie - być może najciaśniejsze, więc także najgłośniejsze - hale w lidze. Fala za falą.

W Koszalinie już zapomnieli, że jeszcze w czwartek komentator miejscowego radia w zasadzie prosił o przedwczesne zakończenie relacji z meczu numer dwa w Sopocie, bo AZS dostawał wtedy od mistrza Polski srogie lanie. Wahadło emocji w sobotę wychyliło się na stronę "akademików", którzy grali swoją grę, napędzani przez superszybkiego malucha D.J. Thompsona. Wiedzieli, czego chcą i wiedzieli, jak chcą. Nic więc dziwnego, że w końcu nawet ich kibice mogli przejść do stanu potężnego zadowolenia.

Tymczasem siedząc obok ławki Prokomu można było zauważyć, jak "z nerw" wychodzi od początku meczu trener Tomas Pacesas. Pamiętam, jak w pierwszym swoim meczu w roli trenera uważał, żeby nie dyskutować z sędziami, a także starał się co rusz chwalić swoich zawodników za udane zagrania. W sobotę już po kilku akcjach z najmniejszej odległości wykrzyczał się na swojego jedynego właściwie klasowego rozgrywającego Mustafę Shakura, a kiedy niedługo później powtórzyło się to raz drugi i trzeci, było wiadomo, że Prokom jest w kłopotach. Po meczu - w którym kreowania gry Prokomowi zabrakło najbardziej - zbity jak pies Shakur uznał oficjalnie przed kamerami, że należało mu się, bo grał najtragiczniej. Emocje na jego twarzy były jasne jak słońce.

Trener koszalinian Dariusz Szczubiał po meczu mógł więc słusznie zauważyć, że jego zespół w obronie zagrał może nawet powyżej możliwości - na pewno najlepiej w tym sezonie. Ale nie tylko w obronie. Także w ataku przecież koszalinianie w sobotę potrafili wykończyć celnym rzutem najtrudniejsze akcje, podczas których aż podłoga w hali Gwardii skrzeczała z emocji. To samo nie udało się za to ostrowskiej Stali w meczu niedzielnym.

W Ostrowie Stal wykonała 35 rzutów za trzy punkty i tylko 23 rzuty za dwa. Kibice ostrowscy orzekli - trener nie panuje nad zespołem. Chaosu w drużynie Atlasa rzeczywiście było sporo, ale chyba najwięcej jednak wprowadzała obrona wrocławian. Śląsk był dobrze przygotowany do gry. Odciął możliwość zdobywania punktów z pozycji obwodowych (jako tako radził sobie tylko - ale i to do czasu - Tommy Adams), a pod koszem ostrowianie nie mieli siły na Homana i Stevicia. Wypchnięci spod obręczy rzucali więc przez ręce - a przy ławce Kowalczyk tylko swoje ręce załamywał.

W poniedziałek gier ciąg dalszy. Znów będą zmiany stanów emocjonalnych, bo to w tegorocznym play-off jest znakiem firmowym DBE. I to jest pięknem tej gry, w której od euforii do klęski jest naprawdę blisko. I o tym na pewno w ten weekend przypomnieli sobie i w Koszalinie, i w Ostrowie. Kto przypomni sobie o tym w poniedziałek?

Zapraszam też na mój blog