Rosja: zwyczajny naszyzm

Wśród rosyjskiej młodzieży narasta rasizm i gotowość do linczu na ludności ?niesłowiańskiej?. Z Kremla natomiast płyną sygnały, że władza nie widzi nic złego w tych emocjach

Będziemy maszerować przez miasta całej Rosji. Pójdziemy na rynki i przepędzimy z nich "czarnych" - nacjonaliści rosyjscy zapowiadają, że w sobotę, w Dniu Jedności Narodowej upamiętniającym rocznicę wygnania Polaków z Moskwy w 1612 r. urządzą pogromy "nie-Słowian". Są coraz bardziej pewni siebie, bo widzą, że i Kremlowi ich ideologia nie jest obca.

Mer Moskwy Jurij Łużkow nie pozwolił nacjonalistom spod znaku Ruchu przeciw Nielegalnej Imigracji, Partii Rodina i Związku Oficerów na przeprowadzenie 4 listopada wielkiego Rosyjskiego Marszu. Chcieli pomaszerować przez stolicę w kierunku Kremla trzema potężnymi kolumnami pod hasłami "Rosja dla Rosjan". "Wypędzimy obcych tak, jak nasi przodkowie przepędzili Polaków". Mer nie chciał, by świat znowu zobaczył Moskwę taką, jaką widział ją 4 listopada zeszłego roku, kiedy Rosja po raz pierwszy świętowała Dzień Jedności Narodowej, a ulicami maszerowało pod swastykami 5 tys. ubranych na czarno młodych ludzi.

Wyskoczymy spod ziemi

Przywódcy radykalnego błyskawicznie zdobywającego popularność Ruchu przeciw Nielegalnej Imigracji zapowiadają, że jeśli mer zamknie przed nimi ulice, oni zbiorą się pod ziemią. - Nasi ludzie przyjadą na stację metra Komsomolskaja. Tam nam nic nie zrobią. Milicji nie wolno w metrze używać gazu łzawiącego i granatów hukowych, a tym bardziej strzelać. A kiedy pod ziemią będzie nas już dużo, bardzo dużo, wyjdziemy na powierzchnię. Moskwa nas zobaczy. Władze zabroniły nam, Rosjanom przeprowadzić Rosyjski Marsz, ale ja zezwoliłem - mówi Aleksandr Biełow, przywódca Ruchu.

Z przestronnej stacji Komsomolskaja prowadzi kilka wyjść na plac Trzech Dworców. Setki przydworcowych kramików i knajpek należą do przybyszów z Azji Centralnej i Zakaukazia. Ofiar dla pogromów nie trzeba więc szukać daleko.

Szefowie moskiewskiej milicji zapowiadają, że 4 listopada wyprowadzą na ulice stolicy 6,5 tys. funkcjonariuszy oddziałów specjalnych przeznaczonych do rozpędzania demonstracji. Ale ostrzegają, że ich ludzie będą bezradni wobec tłumu bojówkarzy gromadzącego się w metrze.

Na legalny Rosyjski Marsz wydały zgodę władze wielu miast. Nacjonaliści wyjdą na ulice Irkucka, Krasnojarska, Nowosybirska. W wielu miastach, np. w Niżnym Nowgorodzie, przyłączą się do cerkiewnych pochodów krzyżowych. Wszędzie będą nieść transparenty z hasłem "Kondopoga - miasto bohater".

ZSRR miał 13 "miast-bohaterów" (cztery z nich położone są na terytorium dzisiejszej Ukrainy, dwa - na Białorusi), którym przyznano ten tytuł 20 lat po wojnie za szczególnie zacięty opór, jaki stawili ich obrońcy - jak to się wtedy określało - "niemiecko-faszystowskim najeźdźcom". "Bohaterami" były m.in. Moskwa, Leningrad, Wołgograd, Sewastopol, Kijów, Mińsk, twierdza w Brześciu. Zwolennicy Ruchu przeciw Nielegalnej Imigracji bohatera nowych czasów dostrzegli w 30-tysięcznej Kondopodze (położonej w Karelii), gdzie na początku września mieszkańcy urządzili pogrom miejscowych Czeczenów. Spalili ich restauracje, rozbili sklepy i kramy, a w końcu przegnali z miasta wszystkie - jak to się mówi w Rosji - "osoby narodowości kaukaskiej".

Śmiecie czarnodupe

"Bohaterstwo" na sposób kondopolski bliskie jest sercu współczesnego Rosjanina. Najpopularniejsze dziś filmy opowiadają o "prawdziwych mężczyznach", którzy w pojedynkę przeciwstawiają się obcym o "niesłowiańskim pochodzeniu". Ci ostatni poniżają i wykorzystują Rosjan, panosząc się w ich kraju.

Bohater kultowego filmu "Brat", młody weteran wojny czeczeńskiej, jadąc tramwajem w Sankt Petersburgu, ratuje z opresji chuderlawego konduktora, który chciał skontrolować rozwalonego na siedzeniu potężnego, niechlujnego, nieogolonego przybysza z Kaukazu. Przybysz bezczelnie oświadcza, że nie ma biletu i, kpiąc z konduktora, nie pozwala się wylegitymować. Konduktor boi się dzikusa, ale nie ustępuje. Wtedy do akcji wkracza weteran. Wyciąga zza pazuchy rewolwer i zwracając się do chamskiego pasażera per "mraz' czarnożopaja" ("śmieciu czarnodupy" - zwrot towarzyski często używany przez rosyjskich milicjantów w kontaktach ze smagłolicymi przybyszami z południa) każe mu spadać z tramwaju.

Chwilę później weteran spotyka włóczęgę o obco brzmiącym imieniu. - Jesteś Żydem? - pyta zaniepokojony. A kiedy rozmówca usprawiedliwia się, że jest tylko Niemcem, który dostał się do niewoli w czasie wojny i potem został w ZSRR, wykrzykuje z ulgą na całą ulicę "miasta-bohatera": - To dobrze, bo Żydów nie lubię!

Widziałem "Brata" w kinie kilka razy. I zawsze publiczność - przede wszystkim młodsza - obie te sceny przyjmowała tak samo: okrzykami zachwytu i spontanicznymi brawami.

Bazary pod okupacją

- W Rosji istnieje duży popyt społeczny na odwet na obcych - mówi niezależny publicysta Siemion Nowoprudski. Do pewnego stopnia można to zrozumieć. Gdy arabscy emigranci podpalają samochody, Francuz liczy na to, że policja przynajmniej spróbuje ich zatrzymać. Rosjanin oszukany na rynku przez Azera czy ograbiony na ulicy przez szajkę Czeczenów może liczyć tylko na siebie. Wie doskonale, że milicjanci bronić go nie będą, bo żyją z pensji, które regularnie wypłaca im azerski czy czeczeński gang kontrolujący miejscowy rynek czy dzielnicę.

Dlatego "popyt" nie tyle nawet na odwet, co na lincz, jest coraz większy. Dlatego Rosjanie chętnie słuchają Biełowa z Ruchu przeciw Nielegalnej Imigracji czy Dmitrija Rogozina z Rodiny zapewniających, że "obcy okupują nasze bazary tak jak kiedyś Polacy - Kreml" i że samo społeczeństwo, nie licząc na pomoc władzy, powinno te bazary "wyzwolić". A najlepiej zrobić to tak jak dwa miesiące temu oczyścili swoje miasto mieszkańcy Kondopogi.

Po tym, jak w ostatnich tygodniach gwałtownie zaostrzyły się stosunki rosyjsko-gruzińskie, Moskwa zaczęła niemal otwarcie grozić południowemu sąsiadowi wojną - a władze przystąpiły do "wyzwalania bazarów". Na rozkaz z góry milicjanci w całym kraju wzięli się za gruzińskie mafie kontrolujące bazary, handel uliczny, kasyna gry. Masowo zaczęli meldować o wykryciu groźnych przestępstw - morderstw, oszustw, wymuszeń. Zdemaskowali te przestępstwa bez większego trudu. Przecież przez lata za pieniądze patronowali gruzińskim gangom i znakomicie zdawali sobie sprawę ze wszystkich ich grzechów.

Wiaczesław Wołodin, jeden z przywódców proputinowskiej Jednej Rosji, udając zaskoczenie i oburzenie "skalą nagle obnażonej gruzińskiej przestępczości", publicznie obiecał, że osobiście "zaprowadzi porządek na opanowanych przez etniczne gangi bazarach Rosji".

Językiem bliskim członkom Ruchu przeciw Nielegalnej Imigracji przemówił też sam Władimir Putin. Prezydent poruszony wydarzeniami w Kondopodze i "bałaganem na rosyjskich bazarach" kazał swoim ministrom przygotować takie zmiany przepisów o rynkach, które będą korzystne dla "rdzennej ludności Rosji".

Gospodarz Kremla - którego żywe słowo zgodnie z wielowiekową tradycją jest dla aparatu państwowego wytyczną do działania - na określenie ludności rdzennej użył słowa "koriennyj". "Koriennymi" nazywa się zwykle autochtoniczne ludy Północy - takie jak Niency czy Chantowie - okrutnie doświadczone przez historię, a dziś zagrożone wyginięciem, które państwo musi wziąć pod specjalną opiekę. Putin dał więc narodowi sygnał, że także Rosjan uważa za naród pokrzywdzony - we własnym, rosyjskim domu.

Demokracja suwerenna

Kiedy kilka miesięcy temu w Sankt Petersburgu spotkali się przywódcy grupy G-8. Zagraniczni goście gładko przełykali zapewnienia Putina, że Rosja nigdy nie zejdzie z drogi demokracji, że podziela te same wartości, które stanowią fundament cywilizacji zachodniej.

Nikt nie przypomniał Putinowi, że jego najbliżsi współpracownicy za główny cel stawiają sobie nie demokrację, lecz coś, co w Moskwie nazywa się "demokracją suwerenną". I rosyjscy liberałowie, i obserwatorzy zagraniczni nie zaprzątają sobie głowy "demokracją suwerenną", uważając ją za puste hasło rzucone dość przypadkowo przez Władysława Surkowa, zastępcę szefa administracji prezydenckiej, który odpowiada za porządek na wewnętrznej scenie politycznej Rosji.

Surkow, z pochodzenia Czeczen, z wykształcenia lalkarz, z zamiłowania kolekcjoner kukiełek, w zależności od aktualnej koniunktury politycznej tworzy nowe partie polityczne, werbuje im liderów i pisze - zazwyczaj bezbarwne - programy. Ma też obowiązek likwidować lub spychać na margines te partie, które Kreml uważa za niepotrzebne lub wrogie. To on w 1999 r., gdy nikomu nieznany Putin został naznaczony przez Borysa Jelcyna na "dziedzica", ulepił z urzędników gubernialnych proputinowską partię Cała Rosja (dziś Jedna Rosja), która po trzech miesiącach istnienia odniosła oszałamiający sukces w wyborach parlamentarnych, otwierając "następcy" drogę na Kreml.

Teraz, przed nowymi wyborami do Dumy zapowiadanymi na koniec 2007 r. jako najważniejsze zadanie Jednej Rosji wpisał do jej programu zbudowanie "demokracji suwerennej".

"Demokracja suwerenna" wcale nie jest pustym hasłem. Jak pisze Aleksiej Czadajew w książce "Putin - jego ideologia" oficjalnie zaakceptowanej przez technologów politycznych z administracji prezydenckiej na Kremlu odrzuca się dziś "zwykłą demokrację" czy przyjętą na Zachodzie "demokrację liberalną". Gorzkie dla Moskwy lekcje rewolucji ukraińskiej i gruzińskiej dowodzą bowiem, że "próby tak zwanej demokratyzacji" są niczym innym, jak dążeniem Zachodu do "ograniczenia suwerenności" państw na obszarze byłego ZSRR. Dziś głównym celem "międzynarodówki demokratycznej" usiłującej podporządkować sobie cały współczesny świat stała się Rosja.

Nawoływanie do demokratyzacji, wspieranie z zewnątrz niezależnych rosyjskich partii liberalnych, głosy wzywające do przestrzegania praw człowieka - to dla Czadajewa nic innego jak "nowa wyprawa krzyżowa przeciw Rosji" prowadzona przez Zachód. Krucjatę tę wspierają w Rosji agenci obcych wpływów - rodzimi liberałowie, obrońcy praw człowieka, mniejszości narodowe.

Czadajew, który swoje wywody opiera na wnikliwej - jak zapewnia - analizie corocznych orędzi prezydenta do narodu, przekonuje, że Putin chce, by w Rosji powstała inna, oryginalna demokracja "zgodna z duchem narodu i naszą tradycją" - właśnie "suwerenna". Wówczas kryteria, które "wybory w naszym domu są uczciwe, a które nie, ustalać będą nie wrogo nastawieni do nas obcy, lecz my sami".

- Na czym konkretnie miałaby polegać demokracja zgodna z duchem i tradycją narodu rosyjskiego? Jakie będą jej procedury? - zapytałem Czadajewa.

- Chodzi nam o demokrację po naszemu. Mniej więcej o to, co powstaje u nas przy Putinie.

- O likwidację wyborów gubernatorów, spychanie na margines partii liberalnych, oskarżanie organizacji broniących praw mniejszości o współpracę z obcymi wywiadami?

- Nie tylko o to. Przecież merowie miast wciąż są wybierani i staramy się, żeby nadal byli wybierani, a nie wyznaczani przez administrację - obiecuje Czadajew.

Obce zło i rosyjskie dobro

Choć może się to wydać dziwne, Surkow, twórca koncepcji "suwerennej demokracji", jest przedstawicielem kremlowskich liberałów - stosunkowo oświeconych młodych biurokratów wywodzących się głównie z Sankt Petersburga, gdzie wspólnie z Putinem pracowali w merostwie w latach 90.

Ich głównymi konkurentami w walce o dostęp do ucha prezydenta są koledzy Putina z KGB. Za główną postać tej grupy powszechnie uważa się innego zastępcę szefa administracji Kremla, szefa gabinetu prezydenta Igora Sieczyna. W przeszłości, o czym się dziś nie wspomina, Igor Sieczyn był tłumaczem jednostek radzieckich walczących w Angoli.

- Tacy ludzie jak Surkow uważają, że nigdzie na świecie nie ma prawdziwej demokracji, nigdzie nie szanuje się praw człowieka i mniejszości narodowych - twierdzi moskiewski publicysta Dmitrij Babicz. - Oni wszyscy jeszcze z kursów komsomolskich wynieśli przekonanie, że wszystko to gra pozorów, pusta liturgia słowa i gestu. Ale ich zdaniem Rosja musi grać w tę grę pozorów, bo po prostu tak wypada. W eleganckim towarzystwie trzeba jeść nożem i widelcem. Ich partnerzy i konkurenci ze służb patrzą na świat inaczej. Oni nie chcą nawet zachowywać pozorów.

Andriej Sołdatow, ekspert zajmujący się służbami specjalnymi, autor książki "Nowe gry patriotów" poświęconej światopoglądowi szefów rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa, mówi, że po upadku komunizmu głowy tych ludzi "wypełniła kasza". - Wielu z nich wierzy, że Rosja od prawieków jest kapłanką strzegącą tajemnic ważnych dla całej ludzkości, które światowe siły zła chcą jej wyrwać. Dla nich cała historia naszego narodu to walka obcego zła z naszym dobrem. Próbują połączyć w jedną całość coś, co uważają za mitologię prasłowiańską, tradycje imperium carskiego i dorobek "wielkiego Stalina". Ich świat dzieli się prosto - na obce zło i nasze, rosyjskie dobro.

Są w Rosji funkcjonariusze służb specjalnych gotowi wykorzeniać obce zło z bronią w ręku. W marcu 2005 r. Władimir Kłaczkow, emerytowany pułkownik wywiadu wojskowego, wespół z kolegami ze służby próbował zabić Anatolija Czubajsa - architekta rosyjskiej prywatyzacji uważanego powszechnie za agenta liberalnych polityków zachodnich. Trzy miesiące później emerytowani oficerowie służb specjalnych podłożyli minę pod pociąg Grozny - Moskwa. Jak tłumaczyli, chcieli powstrzymać "napływ kaukaskich wrogów do Rosji". Pod koniec sierpnia tego roku trzej studenci uczelni moskiewskich podłożyli bombę na opanowanym przez Wietnamczyków stołecznym Rynku Czerkizowskim. Zabili 12 osób. Do tego i co najmniej ośmiu innych, drobniejszych aktów terrorystycznych przeciw obcym namówił ich emerytowany chorąży FSB zatrudniony w klubie, w którym spotykają się nacjonaliści.

- Młodych ludzi, którzy biją brawo bohaterowi filmu "Brat" i chcą gromić rynki opanowane przez obcych, łączy z przedstawicielami władzy odpowiedzialnymi za porządek w naszym kraju specyficzna ideologia, która można nazwać "naszyzmem" - mówił mi kilka lat temu demokratyczny polityk Siergiej Juszenkow. - Przekonanie, że dobre jest tylko to, co nasze, rosyjskie - nasza historia, nasza tradycja. Choć w istocie nie znają tej historii i tradycji. To nie wiedza, lecz instynktowne przywiązanie do wspólnoty, w imię której trzeba bić "nie-Słowian" i rozprawiać się z myślącymi inaczej. Tak myśli i młody bojówkarz, i oficer, który powinien go powstrzymać.

Wkrótce później Juszenkow został zastrzelony na moskiewskiej ulicy.