Czas na kolejną próbę Renault w USA?

Prezes Renault dostał zielone światło do rozmów o sojuszu z GM

W poniedziałek rady nadzorcze Renault i Nissana upoważniły prezesa Renault Carlosa Ghosna do negocjacji z Amerykanami. Teraz wszystko zależy już tylko od decyzji rady nadzorczej oraz zarządu General Motors. Według nieoficjalnych informacji agencji Bloomberg rada nadzorcza GM będzie o tym dyskutować w piątek. Jeżeli się zgodzi, to być może już za kilka miesięcy na światowym rynku motoryzacyjnym pojawi się nowy-stary gracz.

Choć nie ma mowy o klasycznej fuzji trzech spółek (jedynie o nabyciu przez sojusz Renault i Nissana 20 proc. udziałów w GM), to sama współpraca przy dostawach podzespołów, wspólnych pracach projektowych, dzieleniu się konstrukcjami silników itp. może zmienić równowagę sił na światowym rynku samochodów. Te trzy firmy produkują rocznie prawie 15 mln samochodów, co dawałoby im bezapelacyjne pierwsze miejsce.

To jednak wciąż tylko przypuszczenia. Pomysł forsowany przez jednego z głównych udziałowców GM Kirka Kerkoriana może w ogóle nie wypalić. Także ze względu na złe doświadczenia z przeszłości. Renault kilkakrotnie już próbował podbić amerykański rynek i za każdym razem kończyło się to mniej lub bardziej spektakularną klapą.

Pierwszą próbę podbicia Ameryki firma z Boulogne-Billancourt podjęła jeszcze w latach 50. W 1959 r. model Dauphine udało się sprzedać nawet w ponad 100 tys. egzemplarzy, co na chwilę dało Renault pierwszą pozycję wśród samochodowych importerów w USA. Pomogła piękna Brigitte Bardot, która osobiście reklamowała wersję cabrio tego auta na Florydzie.

Sukces trwał jednak krótko. Samochody po prostu zaczęły się psuć, bo nie były dostosowane do amerykańskich dróg, a Renault nie przygotowało prawie żadnej sieci serwisowej. W 1961 r. - jak relacjonuje AFP - dziesiątki tysięcy egzemplarzy Dauphine rdzewiało już na placach w salonach samochodowych w USA.

Kolejną próbę ataku na Amerykę przeprowadzono z jeszcze większym rozmachem. W 1979 r. Renault wykupiło udziały w American Motors Corporation, do której wówczas należała marka Jeep. Nie na tej terenówce jednak Francuzom zależało, ale na rozbudowanej sieci sprzedaży - do której wprowadzili swój ówczesny hit - Renault 5, oraz Modele 9 i 11. "Piątka", sprzedawana w milionach egzemplarzy w Europie, jakoś jednak nie podbiła serc Amerykanów. A już na pewno nie tak jak konkurent - Volkswagen Beetle, u nas znany jako "Garbus". Mimo że sprzedawano ją pod sloganem "Le Car" (gra słów, znacząca mniej więcej "Samochód przez duże S") - w najlepszym 1983 r. Renault 5 sprzedano w ponad 100 tys. egzemplarzy. A po krótkim czasie znów dała o sobie znać za duża zawodność francuskich samochodów, znów zabrakło obsługi serwisowej, a na rynku pojawiła się japońska konkurencja. W 1987 r. Renault postanowiło więc pozbyć się niedochodowego AMC, które odkupił Chrysler (notabene, po paru latach uczynił on z niedocenionego Jeepa kurę znoszącą złote jaja).

Złe doświadczenia w USA to jeden z powodów, dla których francuski skarb państwa (nadal ma około 15 proc. udziałów w Renault) dość sceptycznie wypowiada się o pomyśle mariażu z GM. - Do tej propozycji trzeba podchodzić z największą ostrożnością - stwierdził we wtorek francuski minister przemysłu François Loos. - Rynek amerykański jest bardzo skomplikowany, a GM ma poważne kłopoty, niezwiązane zresztą z samochodami - dodał Loos, czyniąc aluzję do tego, że GM jest o krok od faktycznej niewypłacalności spowodowanej zobowiązaniami emerytalnymi. Paryska giełda też chyba nie najlepiej myśli o ewentualnym zaangażowaniu Renault w kolejna amerykańską przygodę. Kurs akcji koncernu spadł we wtorek o 2 proc.