Rozmawiać czy wetować

Unijny budżet na lata 2007-13. Polski rząd mówi "nie". Czy znajdzie koalicjantów?

Przewodzący Unii w tym półroczu Brytyjczycy zaproponowali w poniedziałek m.in. zmniejszenie całkowitej wielkości budżetu do 846 mld euro, cięcie o 14 mld euro wydatków na nowych członków Unii i redukcję swojej ulgi we wpłatach do budżetu (tzw. rabatu) o 8 mld euro.

Kto z nami, kto przeciw

- Propozycja brytyjska w sprawie budżetu UE jest nie do zaakceptowania - tak premier Kazimierz Marcinkiewicz określił wczoraj stanowisko rządu. - Uznaliśmy, że brak w niej solidarności - podkreślił. Premier dodał, że cięcia w wysokości 24 mld euro w stosunku do czerwcowej propozycji Luksemburga są niesolidarnie rozłożone - 25 proc. byłoby po stronie polskiej. Dodał jednak, że negocjacje mogą jeszcze przynieść zmiany.

Polska nie jest osamotniona w swoim sprzeciwie przeciwko brytyjskiej propozycji. Tak naprawdę żadne państwo - nie licząc oczywiście Wielkiej Brytanii - otwarcie jej nie poparło. Problem dla Polski polega na tym, że krytyka wynikała z różnych powodów - często różnych od polskich. Na przykład. rząd szwedzki odrzuca projekt brytyjski z powodu... zbyt małych cięć w składce płaconej przez Szwecję.

Polska dyplomacja będzie zapewne próbowała skupić się na rozmowach z tymi państwami Unii, które odrzucają projekt z tych samych powodów co my. Z Polską najwyraźniej zgadza się np. Dania. - Po pierwsze, oszczędności dotyczą najbiedniejszych państw. Po drugie, rabaty dla bogatych krajów są zbyt duże - mówił duński premier Anders Fogh Rasmussen.

Także premier Węgier powtórzył we wtorek swoją opinię z poprzedniego dnia: - Nie popieramy propozycji brytyjskiej. Nie potrzebujemy takiego budżetu - powiedział Ferenc Gyurcsany. W tym samym tonie wypowiadał się Vydas Gedvilas, przewodniczący komisji ds. zagranicznych w litewskim parlamencie. - Ta propozycja dyskryminuje nowe państwa członkowskie.

Co robić dalej?

Po stronie nowych państw członkowskich opowiedziały się także unijne instytucje. Przedstawiciele Komisji Europejskiej powtórzyli we wtorek, że nie akceptują pakietu brytyjskiego. - Doraźne oszczędności nie zawsze są dobre na dłuższą metę. Powstaje przepaść między tym, czego się od Unii oczekuje, a tym, na co starcza pieniędzy. Z takim budżetem nie będziemy w stanie odpowiednio przyjąć Bułgarii i Rumunii - powiedział Johannes Laitenberger, rzecznik prasowy Komisji.

Komisja podała też w wątpliwość brytyjski argument, jakoby nowe państwa członkowskie źle radziły sobie z wykorzystaniem obecnej unijnej pomocy. Zdaniem Leitenbergera wciąż jednak są szanse na kompromis.

Przedstawiciele Parlamentu Europejskiego wypowiadają się ostrzej i namawiają kraje członkowskie, by zawetowały propozycję brytyjską oraz świadomie doprowadziły do przesilenia. Doprowadzą w ten sposób do sytuacji, w której Parlament Europejski stałby się odpowiedzialny za przygotowywanie budżetów prowizorycznych (czyli jednorocznych).

- Propozycja obcięcia o 10 proc. pomocy dla nowych państw członkowskich jest nie do zaakceptowania. Ona tylko zwiększy podziały w Europie - ostrzegł Hans-Gert Poettering, szef Europejskiej Partii Ludowej, największej frakcji w PE.

Atomowa opcja?

Polscy dyplomaci niechętnie jednak wypowiadają się o takiej atomowej opcji. - To by była ostateczność, ryzyko jest zbyt duże - powiedział "Gazecie" jeden z nich. Nasz rząd twierdzi, że ma już pomysł, gdzie szukać oszczędności w budżecie UE, żeby zmniejszyć redukcję naszych funduszy. - Wystarczy czasu, żeby rząd brytyjski przedstawił nową, poprawioną wersję budżetu UE - twierdzi nasz rozmówca.

Na razie Polska będzie próbowała kleić nową koalicję. Jak dowiedziała się "Gazeta", już we wtorek w Brukseli odbyło się kolejne spotkanie Klubu Przyjaciół Spójności - nieformalnej grupy państw korzystających z unijnych dotacji. Znajdują się w niej zarówno nowe państwa Unii, jak i Hiszpania, Portugalia i Grecja - w sumie 20 państw.

Coraz więcej polityków wątpi jednak w to, by te wszystkie manewry przyniosły powodzenie. - Mam wrażenie, że są małe szanse, by ten projekt został w obecnej formie zaakceptowany - podsumował niemiecki minister finansów Peer Steinbrueck.

Tak samo uważa Peter Gros, szef prestiżowego think-tanku CEPS: - Ten budżet nie ma szans. W tej chwili nie ma sensu, żeby szefowie państw i rządów spotykali się w przyszłym tygodniu.

Kto zapłaci więcej?

Noc z poniedziałku na wtorek Europa spędziła na liczeniu. Urzędnicy Komisji Europejskiej, eksperci rządowi w unijnych stolicach - wszyscy gorączkowo starali się policzyć, co naprawdę kryje się w propozycji budżetu UE na lata 2007-13.

Nikt nie chciał przyjąć na wiarę słów brytyjskiego szefa MSZ Jacka Strawa. Przekonywał on w poniedziałek, że przedstawiona przez niego propozycja po raz pierwszy w historii sprawi, że ciężar obciążeń finansowych będzie równomiernie rozłożony pomiędzy wszystkie państwa. I że Brytyjczycy będą wpłacać do budżetu mniej więcej tyle samo, co Francja - kraj z porównywalnej wielkości gospodarką (Londyn od lat przekonuje, że płaci więcej niż Francuzi).

Wstępne wyliczenia Komisji pokazują jednak, że tak nie jest. Największym płatnikiem pozostaną Niemcy (22,2 mld euro rocznie), ale na drugim miejscu wylądują Francuzi (19 mld euro), na trzecim (!) Włosi - 15,8 mld euro - i dopiero na czwartym Wielka Brytania - ze składką 14,3 mld euro. Hiszpanie będą wpłacać 10 mld euro, Holendrzy - 5,1 mld euro, Polska - 2,9 mld euro, Szwecja zaś - 2,8 mld euro.

W chwili, gdy oddawaliśmy to wydanie "Gazety" do druku, Komisja Europejska wciąż liczyła tzw. pozycję netto państw członkowskich, czyli różnicę między wpłatami i wypłatami z unijnej kasy. Bruksela przypomina jednak, że już w 2004 r. Francja była na minusie 3 mld euro, zaś Wielka Brytania - o 200 mln euro mniej. A skoro rabat brytyjski - w porównaniu do 2004 r. - zwiększy się, to wnioski łatwo wyciągnąć.