Rozwód stoczni w Trójmieście

Wszystko wskazuje, że Stocznia Gdańska wróci na pewien czas do Skarbu Państwa, a Stocznią Gdynia przejdzie pod kontrolę prywatnych inwestorów

Wysłana przez zarząd Stoczni Gdynia oferta sprzedaży należącej do niej Stoczni Gdańskiej leży od kilku dni na biurku ministra skarbu. Równolegle toczą się rozmowy z inwestorami, którzy zainteresowani są prywatyzacją Stoczni Gdynia.

- Ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły - twierdzi Arkadiusz Krężel, prezes Agencji Rozwoju Przemysłu, gdzie to tej pory powstawała strategia rządowa dla polskich stoczni. - Proces rozwodu trójmiejskich stoczni już się zaczął - przekonuje Dariusz Adamski, członek rady nadzorczej Stoczni Gdynia i szef stoczniowej "Solidarności".

Zamówienia są, ale w kasie pusto

Stocznia Gdynia SA, której większościowym właścicielem jest państwo, jest w trudnej sytuacji finansowej. W 2004 r. jej strata wyniosła ok. 70 mln zł, rok wcześniej - 200 mln. Zarząd firmy nie chce ujawnić, jaki będzie wynik w tym roku, ale o problemach finansowych świadczą m.in. problemy z regularnym płaceniem składek na ubezpieczenia społeczne. Stocznia nie radzi sobie też z odchodzeniem pracowników, którzy masowo wybierają lepiej płatną pracę w zagranicznych stoczniach.

Paradoksalnie jej perspektywy na przyszłość są dość dobre. Według ekspertów koniunktura na budowę statków trwać będzie jeszcze minimum pięć lat. - Do 2008 r. mamy zagwarantowane kontrakty na budowę 37 statków o wartości ok. 1,6 mld dol. dol. - przyznaje Krzysztof Grabowski, rzecznik Stoczni Gdynia.

- Problem w tym, że stocznię możemy porównać do pacjenta, który miał już dwa zawały, ale wciąż pije i pali - mówi Dariusz Adamski z "S". - Restrukturyzacja z 2004 r., w wyniku której firma otrzymała ok. 220 mln pomocy publicznej, nie przyniosła pożądanego rezultatu. Nie wyszliśmy na prostą, nie mamy stabilności finansowej. Wciąż potrzebujemy dodatkowego kapitału.

Zdaniem Adamskiego, stocznia nie może liczyć już na pomoc państwa. Dotychczasowa pomoc publiczna dla Stoczni jest od kilku miesięcy pod lupą Komisję Europejską. Bruksela ma wątpliwości, czy przyznane środki doprowadziły do rentowności stoczni i ograniczyły ich moce produkcyjne - a takie są warunki udzielenia pomocy.

- Problem ze śledztwem komisji zniknie, jeśli dojdzie do prywatyzacji firmy i zwrotu pomocy publicznej - uważa związkowiec.

Koniec marzeń o holdingu

Kto mógłby starać się o przyjęcie kontroli nad Stocznią Gdynia? Wiadomo o dwóch podmiotach: Ray Car Carriers - spółce izraelskiego armatora Rami Ungara oraz Mediterrenian Shipping Companies, firmie włoskiego armatora i milionera Gianlugi Aponte.

Ten pierwszy ma już 16 proc. akcji w Stoczni Gdynia. W czerwcu obie firmy złożyły w ministerstwie skarbu państwa deklaracje, że są zainteresowanie wyłożeniem na nowe akcji Stoczni Gdynia ok. 50 mln dol. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że Ungar ma dziś spotkać się z ministrem skarbu Andrzejem Mikoszem.

Drugą częścią tego puzzla jest oddzielenie Stoczni Gdańskiej od Stoczni Gdynia. Taki scenariusz zapowiedział już premier Krzysztof Marcinkiewicz. To oznacza odejście od lansowanej przez rządy Millera i Belki budowy wielkiego holdingu, który miałby zjednoczyć wszystkie polskie stocznie.

Rozwodu ze Stocznią Gdynia już od dawna domagali się związkowcy ze Stoczni Gdańskiej. - Potencjał naszej stoczni wykorzystywany jest przez Gdynię tylko w 30 proc. Pod kontrolą leżącego pod kroplówką właściciela, nie mamy szans na rozwój - uważa Roman Gałęzewski, szef "S" w Stoczni Gdańskiej.

Związkowcy z Gdańska nie ukrywają, że liczą na pomoc PiS. Obietnicę oddzielenia obu stoczni podczas kampanii wyborczej złożył im prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Stocznia Gdańska na sprzedaż

W stoczniach związkowcy są nie tylko recenzentami polityki rządu, ale sami starają się kreować. Dotarliśmy do programu ratunku trójmiejskich stoczni, który w październiku przygotowała Sekcja Przemysłu Okrętowego "S".

Początkiem miałoby być wykupienie akcji Stoczni Gdańskiej przez resort skarbu. Ministerstwo nie zapłaciłoby gotówką, ale umorzyłoby swoje udziały w Stoczni Gdynia (dziś ma 44 proc. akcji). Miejsce skarbu państwa w akcjonariacie mieliby zająć prywatni inwestorzy - firmy Ungara i Aponte.

Wiele wskazuje, że realizacja takiego programu już się zaczęła. - Złożyliśmy w ministerstwie skarbu ofertę wstępną sprzedaży Stoczni Gdańskiej - potwierdza Jerzy Lewandowski, prezes Stoczni Gdynia SA.

Według jednego z menedżerów Stoczni Gdańskiej, akcje jego firmy wstępnie wycenia się po wartości nominalnej, czyli na 80 mln zł. - Musi to jednak potwierdzić wycena. Trzeba też będzie wycenić wartość udziału skarbu państwa w Stoczni Gdynia - dodaje.

Przejęcie akcji Stoczni Gdańskiej przez państwo miałoby być rozwiązaniem tymczasowym. Tu także plan związkowców przewiduje prywatyzację. Od lipca tą firmą interesuje się gdański Centromor - kontrolowana przez zarząd i pracowników spółka, która wyrosła na bazie PRL-owskiej centrali eksportowej polskich stoczni.

Prezes Centromoru Henryk Ogryczak twierdzi, że ma w szufladzie kontrakty na budowę przynajmniej kilku kontenerowców dla niemieckiego armatora, a statki te mogłyby powstawać właśnie w Gdańsku.

Nieoficjalnie wiadomo, że Centromor samodzielnie nie ma jednak kapitału na akcje Stoczni Gdańskiej. Osoby związane z Ogryczakiem twierdzą, że Centromor buduje konsorcjum, które zdobyłoby finansowanie na ten projekt.