Brachmański: z barona wiceminister

Andrzej Brachmański został mianowany wiceministrem spraw wewnętrznych w marcu zeszłego roku na miejsce Zbigniewa Sobotki, który odszedł z MSWiA po wybuchu "Afery starachowickiej". Wcześniej był zielonogórskim baronem SLD.

Zielonogórska redakcja "Gazety Wyborczej" wielokrotnie pisała o kontrowersyjnych wypowiedziach i zachowaniach wiceministra. Oto subiektywny wybór fragmentów niektórych artykułów.

Brachmański do samego końca zaprzeczał informacjom o awansie na wiceministra, nawet gdy jego kandydaturę jako "praktycznie jedyną" wymienił minister Józef Oleksy. - Bał się zapeszyć, chyba sam zaczął wątpić w swój awans, stwierdził, że jest jak przejrzały owoc - opowiada urzędnik MSWiA.

Wsławił się też publicznymi wypowiedziami bagatelizującymi afery Rywina i starachowicką, które jego zdaniem były "rozdmuchane przez media". Kiedy został wiceministrem, wypierał się tych wypowiedzi, chociaż wcześniej były przez niego autoryzowane.

48-letni Brachmański, poseł trzeciej kadencji Sejmu pochodzi z Wielkopolski. Z oświadczenia majątkowego w 2004 roku wynikało, że nie posiada dużych oszczędności, ma za to 40 tys. zł. debetu w banku. Ukończył Wydział Nauk Społecznych Uniwersytetu Adama Mickiewicza. W 1980 r. wstąpił do PZPR, był delegatem na ostatni zjazd. W latach 1982-93 dziennikarz polityczny "Gazety Lubuskiej", organu PZPR .

Jako przewodniczący sejmowej Komisji Administracji i spraw Wewnętrznych dał się poznać jako przeciwnik powiatów. Najchętniej by je zlikwidował - ale wszystkie - podkreślał. Był dobrze zorientowany w problematyce polskiej policji. Publicznie wyrażał satysfakcję po tym jak odwołano Adama Rapackiego, byłego zastępcę komendanta głównego. Bez wątpienia to właśnie Brachmański stał za nominacją Leszka Szredera na Komendanta Głównego. - Szreder wcześniej był komendantem w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie Brachmański był eseldowskim baronem.

- Towarzyszki i towarzysze - tak Brachmański witał kolegów partyjnych w Zielonej Górze. - To naturalne w partiach socjalistycznych - wyjaśniał.

Brachmański lubi wojskowy dryl i polowania. W jego gabinecie w Zielonej Górze wisiały proporczyki jednostek wojskowych i upominki od myśliwych.

W 2001 roku zielonogórska redakcja "Gazety " podsumowując rok zauważyła, że Brachmański, szef SLD w województwie, poseł Sojuszu, był bohaterem 88 tekstów, zwykle oficjałek z mityngów partyjnych, z otwarcia siedziby SLD w Zielonej Górze zwanej "komitetem".

Ale były też ciekawsze publikacje. Brachmański zgodził się opowiedzieć w "Gazecie" o swojej młodości w Wolsztynie. - Notorycznie ściągałem, więc pewnie była taka sytuacja, że i od Marka ściągałem [od Marka Budniaka, wtedy szefa zielonogórskich radnych AWS - red.]. Mieliśmy swój system ściągania, ale nie zdradzę go. Jedna klasa go dostała w spadku - wyznawał Brachmański.

Brachmański nie miał lekkiego życia w swojej partii. - Wasze postępowanie, towarzyszu Brachmański, trąci jakby betonem partyjnym. Jeśli marzy wam się partia w stylu byłej PZPR, toście, towarzyszu, pomylili kraje - tak Krzysztof Podlacha, przewodniczący koła SLD w Dobiegniewie, oceniał wojewódzkiego lidera.