Moda na procesowanie się ze służbą zdrowia zaczęła się w latach 90.

Ponad 90 tys. zł nakazał wypłacić zielonogórski sąd kobiecie, którą świebodziński szpital zaraził żółtaczką C. Sprawa dotyczyła okresu, kiedy szpital nie był samodzielny, dlatego odszkodowanie wypłacił wojewoda lubuski. Jedno z najwyższych odszkodowań za żółtaczkę - 100 tys. zł - dostał motorniczy ze Zgierza.

- Pozwy o zarażenie wirusowym zapaleniem wątroby to połowa pozwów przeciwko szpitalom i przychodniom - ocenia sędzia Izydor Rekść. W 80 proc. zapadają wyroki korzystne dla pacjentów.

Coraz więcej spraw dotyczy tzw. zakażeń wewnątrzszpitalnych (gronkowiec, Klebsiella). - Po żółtaczkach to najczęstsze pozwy - ocenia prof. Stefan Szram z Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego.

Najgłośniejszym procesem o zakażenie wewnątrzszpitalne jest sprawa łódzkiego szpitala im. Madurowicza. Trwają postępowania wytoczone przez rodziców noworodków, które zmarły po zakażeniu bakterią Klebsiella pneumoniae. Każda z czterech rodzin domaga się za śmierć dziecka po około 100 tys.

Trzeci najczęstszy rodzaj pozwów dotyczy niedociągnięć organizacyjnych w szpitalach, często wynikających z biedy. - Niedawno zapadł wyrok w sprawie, którą wytoczyli szpitalowi rodzice zmarłego noworodka - mówi prof. Szram. - Dziecko urodziło się w ciężkim stanie, który ciągle się pogarszał. Po kilku godzinach zmarło. Ponieważ w szpitalu nie było w tym czasie specjalisty neonatologa, dyżurował tylko pediatra, sąd nakazał wypłacić odszkodowanie.

Najgłośniejszy proces o "niedociągnięcia" skończył się w ubiegłym roku zasądzeniem po 80 i 50 tys. zł. Sprawa dotyczyła zabiegów w Białostockim Centrum Onkologii. W trakcie naświetlania nastąpiła awaria zasilania. Włączony po awarii wysłużony aparat Neptun emitował zbyt wielką dawkę promieniowania. Nim się zorientowano, co się stało, poparzono pięć pacjentek.

- Przybywa też lawinowo pozwów dotyczących błędów lekarskich - zdradza sędzia Anna Beniak, szefowa II wydziału cywilnego w łódzkim sądzie okręgowym. - Tu z reguły żądania finansowe pacjentów są wyższe niż np. przy żółtaczkach.

Mieszkaniec Częstochowy pozwał szpital, w którym w wyniku złej diagnozy i leczenia usunięto mu prawie całe jelita. Sąd przyznał 80 tys. zł odszkodowania, nakazał zwrócić koszty leczenia i wypłacić rentę. Łączna suma zadośćuczynienia może przekroczyć 200 tys. zł. 25 tys. zasądzono kobiecie, której w lubelskiej klinice wszczepiono do oka złą soczewkę. Widzi zniekształcony obraz.

- Nigdy nie było tak dużo spraw dotyczących błędu medycznego - mówi dr Mirosław Kosicki z Zakładu Medycyny Sądowej łódzkiego Uniwersytetu Medycznego, który przygotowuje ekspertyzy dla sądów i prokuratur z całego kraju. - W ubiegłym roku przygotowaliśmy aż 400 ekspertyz. Dla porównania w 2000 r. było ich 100, a w 1997 zaledwie 40!

Prof. Szram przewiduje, że niebawem powstanie kolejna kategoria medycznych spraw sądowych - pozwy o utrudnienie w dostępie do leczenia. - Coraz częściej się zdarza, że szpital każe czekać pacjentom na zabiegi miesiącami. A pacjenci zaczną udowadniać, że w tym czasie proces chorobowy postępował, przez co byli narażeni na utratę zdrowia. I wielu może mieć rację!

Konstanty Radziwiłł, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej: - Niestety, dociera do nas zjawisko typowe dla amerykańskiej medycyny, czyli poczucie możliwości skarżenia służby zdrowia.

- Nie ma w Łodzi szpitala, który choć raz nie byłby pozwany - potwierdza adwokat Maria Wentlandt-Walkiewicz. - Rosną wymagania wobec służby zdrowia i świadomość prawna w społeczeństwie.

- Specyficzna świadomość prawna - podkreśla Marek Wójtowicz, prezes Stowarzyszenia Menedżerów Ochrony Zdrowia (STOMOZ) i dyrektor szpitala w Lubartowie (Lubelskie). - Do ludzi dotarło, że na procesach ze szpitalami można zarobić, i chcą z tego skorzystać.

W taki model są wpisani prawnicy wyspecjalizowani w procesowaniu się ze szpitalami i instytucje ubezpieczeniowe chroniące służbę zdrowia przed ruiną spowodowaną odszkodowaniami.

- To generuje ogromne koszty i nie zawsze przekłada się na jakość leczenia. W cenę każdego zabiegu muszą być wpisane koszty ubezpieczenia, a lekarze zmuszani są do defensywnych działań. Każdemu pacjentowi robi się więc wszystkie możliwe badania - tłumaczy Radziwiłł. Samorząd lekarski zauważył problem roszczeń przeciw służbie zdrowia i proponuje skopiowanie systemu ubezpieczeń od odpowiedzialności cywilnej, istniejącego w Skandynawii. Roszczenia pacjenta tylko w ostateczności są rozpatrywane przez sądy. Zastępują je specjalne komisje. Odszkodowania nie są tak wysokie, jak w innych krajach, ale szybko przyznaje się je w większości spraw. Szacuje się, że za wprowadzenie tego rozwiązania w Polsce przeciętny pacjent zapłaci 4 euro rocznie.

Radziwiłł: - Błędów lekarskich nie da się uniknąć, a takie rozwiązanie pozwoliłoby na zlikwidowanie odium nienawiści związanego z niemożnością wyegzekwowania roszczeń.