Henryka Bochniarz: Nie lekceważmy NPR

Przyjaznego państwa nie da się załatwić wydaniem ponad 500 mld zł do 2013 r. Jeśli ta suma zostanie wydana w państwie, które jest źle zarządzane czy wręcz skorumpowane, to jedynym efektem tych kolosalnych pieniędzy będzie powiększenie naszych frustracji - ostrzega Henryka Bochniarz, prezydent Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych ?Lewiatan?

Konrad Niklewicz: Już sama nazwa - Narodowy Plan Rozwoju - u wielu Polaków budzi skojarzenia z PRL-owskimi planami wieloletnimi. Jak przekonać przeciętnego Kowalskiego, że ten dokument jest ważny?

Henryka Bochniarz: Przyznam, że sama mam takie PRL-owskie skojarzenia. Co nie zmienia tego, że to ważny dokument. Jeżeli większość społeczeństwa uzna, że to tylko bicie piany - możemy wiele przegrać. W procedurach unijnych ten plan przekłada się na konkretne miliardy euro.

W ogniu walk politycznych przestaliśmy myśleć strategicznie. Jeżeli teraz zapytamy dowolną osobę, czy to premiera, czy szefa małej firmy: jaka ta Polska ma być w 2013 r.? - to boję się, że nikt nie odpowie.

A ten plan zmusza nas do strategicznego myślenia. Wyznaczamy cel, któremu trzeba podporządkować działania.

Niestety, jesteśmy tuż przed wyborami, dominują populizm i gra polityczna. Brakuje strategicznej debaty na temat przyszłości Polski. Bo mówienie o IV Rzeczpospolitej nie jest dla mnie żadną debatą. To puste hasło. Ktoś musi podjąć dyskusję, której temat zaproponował wicepremier Hausner. PKPP Lewiatan chce to zrobić. Będziemy chcieli wskazać konkretne cele, które naszym zdaniem powinny zostać zrealizowane w ramach NPR. W innych grupach interesu - np. w związkach zawodowych - nie widzę istotnych przygotowań do debaty. A przecież te grupy powinny w niej uczestniczyć.

W którą stronę pójdzie Konfederacja? Chce stworzyć alternatywny Narodowy Plan Rozwoju 2007-13. Czy chcecie dopisać swoje propozycje do tego, co już leży na stole?

- Braliśmy udział w przygotowaniu rządowej wersji NPR. Ale nie chcemy ograniczyć się do roli recenzenta, który zmienia tylko niektóre elementy scenografii w sztuce, którą kto inny napisał.

Przyjaznego państwa nie da się załatwić wydaniem ponad 500 mld zł do 2013 r. Jeśli ta suma zostanie wydana w państwie, które jest źle zarządzane, nieefektywne, skłócone czy wręcz skorumpowane, to jedynym efektem tych kolosalnych pieniędzy będzie powiększenie naszych frustracji.

Musimy odpowiedzieć sobie na wiele zasadniczych pytań. Ile państwa w gospodarce? Ile pomocy publicznej? Jak daleko prywatyzować? Ile regionów? Czy potrzebujemy powiatów? Ordynacja jednomandatowa czy proporcjonalna?

Nasze prace będą szły dwutorowo. Z jednej strony do poszczególnych części projektu NPR będziemy dawać konkretne opinie. Tam jest wiele rzeczy rozsądnych. Z drugiej - przedstawimy własne, alternatywne rozwiązania.

Jaki obraz polski kreśli rządowy plan? Czy te priorytety są ze sobą spójne? Czy da się połączyć np. rozwój biedniejszych regionów z maksymalnym wzrostem gospodarczym?

- Na takie niewygodne pytania musimy odpowiedzieć. Pół roku przed wyborami łatwo powiedzieć: każdy ma szansę. A to nieprawda! W Polsce muszą być regionalne lokomotywy rozwoju. I będą też, niestety, województwa bardziej zacofane. A może właśnie stety?! Przecież względne zacofanie województwa warmińsko-mazurskiego może stać się jego atutem. Pod warunkiem że postawimy na takie unikalne zasoby jak niezniszczona natura. Wreszcie musimy zacząć podejmować strategiczne, trudne wybory. Dziś mamy do czynienia z wolnoamerykanką. Ambitna gmina ściąga do siebie inwestora, żeby zbudował fabrykę. Nie bacząc na to, że 30 km dalej leży uroczysko, którego wartość jest wielokrotnie większa niż ta inwestycja.

Kolejny problem: Unia stawia na innowacyjność. I ona jest zapisana jako jeden z priorytetów NPR 2007-13. Słowo "innowacyjność" dobrze brzmi, ale musimy sobie zadać pytanie - czy to jest na pewno dobra ścieżka dla Polski? Skoro mamy w kraju duże nadwyżki siły roboczej, to czy rzeczywiście w naszej strategii rozwoju powinniśmy stawiać głównie na postęp technologiczny? Powiedzmy sobie uczciwie - innowacyjność ograniczy zatrudnienie. Niestety, nikt o tym nie dyskutuje, bo slogan "bądźmy innowacyjni" to takie modne hasło.

Jakie jest ryzyko, że Narodowy Plan Rozwoju po wszystkich konsultacjach i poprawkach i tak nie zostanie zrealizowany?

- Jest takie ryzyko. Nie mogę zaakceptować takiego podejścia partii opozycyjnych, które w ogóle nie przyszły na pierwszą dyskusję na Zamku Królewskim w Warszawie [na tej konferencji rząd oficjalnie rozpoczął narodową debatę o NPR - red.]. Niech się nie zgadzają, niech dyskutują i krytykują - ale niech w tym procesie uczestniczą! Nie mogą udawać, że ich to nie interesuje, nie dotyczy. I że jesienią, jak obejmą władzę, to w ciągu dwóch miesięcy przygotują nowy plan. Takie podejście jest nieodpowiedzialne.

Nie wierzę, że gdzieś w tajemnicy zastępy ekspertów opozycji siedzą i przygotowują papiery. Warszawa to małe miasto. Nazwiska osób, które takiej pracy mogłyby się podjąć, są znane.

A ambicje polityczne mogą wywołać pokusę odrzucenia NPR przygotowanego przez Jerzego Hausnera tylko dlatego, że to jest jego testament polityczny. Dlatego my, w Konfederacji, zdecydowaliśmy się na dość szczególną strategię: jeżeli wyjdziemy z własnym propozycjami, nie ograniczymy się do uzupełniania rządowego projektu, to może opozycja zechce te propozycje ocenić z innej niż tylko polityczna perspektywy.

Sami siebie postawiliśmy w trudnej sytuacji. Wyobraźmy sobie, że oto elity francuskie w ciągu trzech miesięcy muszą odpowiedzieć na pytanie, w którą stronę powinna rozwijać się Francja... My właśnie w takiej sytuacji jesteśmy. Francuzi nie muszą tego robić, bo wcześniej odpowiedzieli na strategiczne pytania. My je od lat odkładaliśmy.

Pierwszy NPR, na lata 2004-06, już funkcjonuje. Jakich jego błędów nie powinniśmy powtórzyć?

- Obecny NPR skoncentrował się tylko na podziale pieniędzy. Nie było poważnej debaty o kierunkach rozwoju. Nowy plan musi jeszcze wymusić szerokie zmiany instytucjonalne. Oczywiście o pieniądzach też musimy mówić.

Rząd nie może popełnić błędu i próbować ogarnąć wszystko - tak jak to się stało w przypadku obecnych funduszy strukturalnych. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego władze nie zdecydowały się na decentralizację rozdziału tych funduszy albo na przekazanie odpowiedzialności za ich podział np. organizacjom pozarządowym.

Nie obawiacie się, że będzie Wam postawiony zarzut: chcecie prywatyzować zarządzanie publicznymi pieniędzmi?

- Oczywiście, że to rodzi zagrożenia. Ale unijne doświadczenia są takie, że można. Irlandczykom się udało. Hiszpanom też. My nie mamy takiej administracji jak Francja i Niemcy. Odbierając jej pełną kontrolę nad podziałem pieniędzy, tak wiele nie ryzykujemy. Jest duża szansa na to, że będzie o wiele lepiej - tym bardziej że państwo może zachować rolę kontrolera.

Obecna strategie jest taka, że mnóstwo pieniędzy jest kierowanych w "miękkie" projekty. W szkolenia, w doradztwo. Czy to nie są zmarnowane pieniądze?

- Gdyby tylko nas zapytano w 2003 r., na co wydać te pieniądze... W woj. warmińsko-mazurskim są ludzie, którzy przeszli już 20 szkoleń, a pracy nie mają. W tym samym województwieprzedsiębiorcy, którzy za te same 10 tys. [które wydano na szkolenia - red.] byliby w stanie utworzyć miejsce pracy. W NPR 2004-06 doszło do rozminięcia się planowanych wydatków z faktycznymi potrzebami. Odpowiedź, na co powinniśmy wydawać unijne pieniądze, nasuwa się sama: musimy inwestować w infrastrukturę i przedsiębiorców. To przedsiębiorcy - a nie nasza klasa polityczna - są kotwicą, która trzyma całą gospodarkę.