Wolność też dla błazna - komentuje Bartosz Węglarczyk

Fatalnie się stało, że aby bronić wolności słowa, muszę bronić Jerzego Urbana - którego ani cenię, ani lubię. O ileż łatwiej jest bronić kogoś, kogo się szanuje.

Artykuł Urbana o Papieżu był oburzający i niesmaczny. Co do tego nikt się nie spiera. Ani o to, że Urbanowi szło - jak zawsze - o prowokację. Przyznała to sama sędzia, wydając na Urbana wyrok. No i ta prowokacja w pełni się powiodła. Urban zapłaci 20 tys. zł, co dla niego jest kwotą żadną, po czym w glorii represjonowanego za poglądy będzie nadał szydził i wyśmiewał.

Jest oczywiste, że prokuratura wykorzystała do oskarżenia przepisy o obrażaniu głów państwa nie dlatego, że chodzi tu o głowę Watykanu, lecz dlatego, że chodzi o Jana Pawła II. Jeśli byłoby inaczej, prokurator powinien ścigać z urzędu autorów artykułów piszących o Bushu per "ludobójca", o Łukaszence - "dyktator", o Blairze "piesek Busha" czy o Kim Dzong Ilu "psychopata".

Wszystkim im, także Urbanowi, wolno rzucać takimi epitetami, bo na tym polega wolność słowa. Nie jest ona absolutna, ale po co mieszać państwo i organy wymiaru sprawiedliwości do pilnowania jej granic? Jeżeli ktoś jest urażony, niech wystąpi z powództwa prywatnego.

Broniąc Jana Pawła II przed Urbanem, prokurator Rzeczypospolitej dowartościowuje błazna, a człowieka świętego stawia w niezręcznej sytuacji.