Bank przegrał z zakonem

Zakon salezjanów nie musi oddawać Kredyt Bankowi 125 mln zł - uznał we wtorek wrocławski Sąd Okręgowy. Ten wyrok zakończył ciągnący się od trzech lat proces

Sądowy spór banku i zakonu to wynik afery z kredytami wyłudzonymi przez jednego z zakonników księdza Ryszarda M.

Cała historia zaczęła się w 1999 r., wyszła zaś na jaw w drugiej połowie 2001 r. Wtedy to wszczęto śledztwo, a Kredyt Bank złożył we wrocławskim sądzie pozew o zwrot pieniędzy. Salezjanie odmówili, uznając, że nie są stroną, bo kredyty były zaciągane na podstawie sfałszowanych dokumentów, a przede wszystkim - bez wiedzy i zgody władz zakonnych.

Co prawda w sierpniu 2001, kiedy zarząd banku wykrył aferę z kredytami, przedstawiciel zakonu podpisał zobowiązanie do zwrotu pieniędzy. Potem jednak - przed sądem - salezjanie tłumaczyli, że ten podpis jest nieważny, bo został wymuszony przez bank podstępem.

We wtorek sąd oddalił pozew banku i uznał, że zakon nie ma zobowiązań. Formalnie kredytobiorcami były domy zakonne i parafie salezjanów. Jednak podpisy ich przedstawicieli okazały się sfałszowane, tym samym umowy kredytów są nieważne.

W uzasadnieniu wyroku wrocławski sąd stwierdził, że bank może się domagać zwrotu wspomnianych pieniędzy bezpośrednio od domów zakonnych i parafii, bo pieniądze naprawdę wpłacane były na ich rachunki. Można by to potraktować jako "bezpodstawne wzbogacenie się" i na tej podstawie - w innym procesie - dochodzić swoich roszczeń.

Pełnomocnik zakonu mecenas Krzysztof Wyrwa przekonuje, że taki pozew nie miałby szans. - Po pierwsze, nie ma mowy o bezpodstawnym wzbogaceniu. Pieniądze wpłynęły na konta parafii i domów zakonnych, ale zaraz zabrał je ksiądz Ryszard M. i zainwestował na giełdzie papierów wartościowych - mówi mecenas. - Poza tym ewentualne roszczenie jest już przedawnione.

Wyrok jest nieprawomocny. Pełnomocnik banku mecenas Andrzej Stachowiak powiedział "Gazecie", że bank zażąda uzasadnienia wyroku na piśmie i dopiero potem zdecyduje, czy składać apelację.