Niewidzialna ręka uniwersytetu

Afera na wydziale prawa UG - komentarz Piotra Głuchowskiego

W całej aferze z przyjęciami na wydział prawa Uniwersytet Gdański postępuje zgodnie z zasadą: "Nie przyznawaj się, a jak już cię złapią za rękę, mów - to nie moja ręka".

Kiedy napisaliśmy, że prezes sądu i dziekan rady adwokackiej wysłali na uczelnię listy protegujące dzieci prawników, władze uczelni zaprzeczały, jakoby ta protekcja cokolwiek dała.

Gdy podaliśmy nazwiska przyjętych mimo oblanego egzaminu i okazało się, że to właśnie nazwiska protegowanych - uniwersytet odmówił ujawnienia, ile ci kandydaci mieli punktów.

Gdy w końcu zdobyliśmy i punkty (a okazało się, że przyjęte dzieci VIP-ów miały często o połowę mniej, niż odrzucone dzieci "zwykłe"), uczelnia zwołała konferencję prasową i powiada: zła jest ustawa o szkolnictwie wyższym, która dopuszcza przyjęcia w trybie odwoławczym. My jesteśmy jedynie pokornymi wykonawcami złych przepisów.

Wyobraźmy sobie, że w końcu udaje nam się zdobyć rzecz ostatnią: uzasadnienia decyzji o przyjęciu dzieci znajomych. I tam członkowie wydziałowej komisji odwoławczej piszą tak:

przyjęty, bo doktor X dzwonił w tej sprawie, a moja córka ma u doktora zaliczenie w styczniu;

przyjęta, bo to córka siostry prokuratora Y, sprawdziłam dowód osobisty - zgadza się;

przyjęty, bo to syn mecenasa Z, on mi będzie przed świętami rozwód przeprowadzał...

Co wtedy powie uczelnia? Powie, że protokół podrobiła niewidzialna ręka.