Władze Uniwersytetu Gdańskiego na patelni

Ugięliśmy się pod naciskiem ważnych osób żądających, by przyjąć ich dzieci poza egzaminem - usłyszeliśmy nieoficjalnie po wczorajszej konferencji władz Uniwersytetu Gdańskiego

Miejsce starcia: rektorat Uniwersytetu Gdańskiego. Strona uczelniana: rektor Andrzej Ceynowa, dziekan wydziału prawa Jarosław Warylewski, prorektor ds. studenckich Jacek Taraszkiewicz i wynajęty adwokat mec. Roman Nowosielski.

Strona przeciwna: dziennikarze prasowi, radiowi, telewizyjni i agencyjni.

Dziennikarze: - Dlaczego przyjęliście dzieci prawników i VIP-ów mające po 20-30 punktów, a odrzuciliście kandydatów z ponad pięćdziesięcioma?

Rektor: - Nie odpowiem na to pytanie.

Dziekan: - Nie wiem, ile te osoby miały punktów. Czy jeden, czy 50. Dostały się na takich samych zasadach jak inne osoby. "Gazecie Wyborczej" nie chodzi o rozwiązanie problemów, lecz skandal i sensację. Dzieci prawników przyjmowane są na takich samych zasadach jak inne dzieci.

Prorektor: - W przypadku odwołań różne względy decydowały... Zdrowotne, rodzinne.

Dziennikarze: - A co zdecydowało o przyjęciu na studia córki prokuratora okręgowego, która zdobyła 37 pkt?

Dziekan: - Nie mogę powiedzieć. Niech przyjdzie córka pana prokuratora i poprosi o udostępnienie dokumentów w swojej sprawie dziennikarzom. Sami nie możemy tego ujawnić.

Dziennikarze: - Jakie kryteria zdecydowały o przyjęciu dzieci sędziów sądu okręgowego [jedno z nich miało 26 pkt.]?

Dziekan: - Nie mogę powiedzieć. Ale na pewno nie to, czyim kto jest dzieckiem.

Dziennikarze: - Jest tu na sali kandydatka, która miała 53 punkty, napisała dwa odwołania i oba zostały odrzucone. Co jej panowie powiecie?

Prorektor: - Widocznie źle umotywowała odwołanie.

Prorektor: - Ale wiedzcie, że przyjęliśmy wszystkich inwalidów, którzy złożyli odwołania. Nawet jedną osobę ze schizofrenią paranoidalną.

Dziennikarze: - Czy to nie będzie rzutować na poziom przyszłych prawników? (wesołość na sali)

Dziekan: - Zobaczymy, jak będą sobie radzili.

To nie my - to zła ustawa

Zwołana przez władze UG konferencja prasowa była reakcją na publikacje "Gazety", w których odsłoniliśmy mechanizm protekcji przy przyjmowaniu na studia prawnicze w Gdańsku.

Uniwersyteccy notable zarzucali nam: stronniczość i nieodpowiedzialność, pogoń za sensacją. Zdaniem rektora dziennikarze "Gazety" wypisują, "co im ślina przynosi na język".

Dziekan Warylewski stwierdził, że "Gazeta" chce wręcz zniszczyć wydział prawa i cały Uniwersytet Gdański. Dodał jednak, że nasze publikacje "wskazują na problem, który dotyczy sytuacji na wielu innych wydziałach i uczelniach" w kraju.

Zdaniem dziekana za wszystko odpowiedzialna jest ustawa o szkolnictwie wyższym, która daje możliwość przyjmowania osób z odwołań niezależnie od osiągniętego wyniku egzaminacyjnego.

- Nie wykluczam, że ustawa jest sprzeczna z konstytucją, i bardzo bym się ucieszył, gdyby Trybunał Konstytucyjny tak orzekł - mówił Warylewski. - Być może należy doprowadzić do takiej zmiany ustawy, że nie będzie możliwości odwołań, a kandydaci będą się dostawali wyłącznie na podstawie wyników egzaminów.

To nie my - to oni

Po konferencji jeden z przedstawicieli "strony uniwersyteckiej" poprosił dziennikarzy "Gazety" na stronę i powiedział: - To, co robicie, to naprawdę dobra robota, ale musicie zrozumieć, że sprawa dotyczy również innych uczelni. Jeden z rektorów Bogu przy mnie dziękował, że nie padło na jego uniwersytet. Czy myślicie panowie, że władze naszej uczelni nie wolałyby przyjmować tylko kandydatów z najlepszym wynikiem egzaminacyjnym? Wolałyby. Ale nie macie pojęcia, jakie tu były naciski na przyjęcie niektórych osób...