Ksiądz z Tylawy skazany za molestowanie

Sąd uznał wczoraj proboszcza Tylawy za winnego molestowania seksualnego sześciu dziewczynek. W uzasadnieniu sędzia zastanawiał się nie tylko nad postępkami duchownego, ale nad postawą parafian

Sędzia Sądu Rejonowego w Krośnie Piotr Wojtowicz wygłaszał wyrok przy pełnej sali - byli tu ludzie, którzy od początku uważają, że proboszcz Tylawy ks. Michał M. nigdy nie molestował dziewczynek. Przyszli i ci, którzy oskarżali duchownego, wśród nich Ewa Orłowska, która jako jedna z pierwszych obciążyła w prokuraturze księdza. Dzieci nie było.

Sąd skazał księdza na dwa lata więzienia z zawieszeniem na pięć lat i przez osiem lat zakazał wykonywania zawodu nauczyciela. Sąd uznał, że ksiądz skrzywdził sześć dziewczynek. Według niego ksiądz: brał je na kolana, wkładał ręce pod bluzkę i dotykał piersi, wkładał rękę do majtek i dotykał krocza, całował w usta z penetracją językiem jamy ustnej, wkładał palec do pochwy, dotykał nóg powyżej kolan.

Sala zamarła i w ciszy wysłuchała uzasadnienia. Sędzia zaczął od charakterystyki parafii: - Oskarżony ks. Michał M. był od 35 lat jedynym kapłanem w parafii Tylawa. Można powiedzieć, że był tam pierwszy po Bogu. Sam prowadził niemal ascetyczny tryb życia, miał opinię człowieka o nienagannej reputacji. Może dlatego część miejscowej opinii publicznej nie uwierzyła i z pewnością nie uwierzy nigdy, że ten gorliwy kapłan dopuszczał się czynów karalnych, niewłaściwych zachowań o charakterze seksualnym - mówił sędzia.

I przeszedł do sedna: - Sama wiara w niewinność nie może oprzeć się jednak wymowie faktów wynikających z zeznań pokrzywdzonych i świadków, którzy przed laty doświadczyli praktyk seksualnych oskarżonego.

Sędzia tłumaczył też, dlaczego tak ważne były zeznania pokrzywdzonych: - W takich małych środowiskach należy szczególnie liczyć się z opinią innych. Trzeba odwagi i siły, aby zdobyć się na powiedzenie o krzywdzie wyrządzonej przez osobę, która ma taką władzę jak kapłan przez wiele lat głoszący co dzień głębokie treści etyczne - mówił. Wspominał o determinacji, której trzeba było, żeby dowieść swoich racji. O postawie Lucyny Krawieckiej, która mieszkała w parafii tylko przez kilka lat i musiała "kołatać do wielu drzwi, zanim zostało potwierdzone, że w parafii doszło do naruszenia praw dzieci".

Oskarżony ksiądz miał według sądu pełną świadomość swoich czynów, ale sam uzurpował sobie prawo do ojcowskich zachowań wobec dzieci, był dla nich miły i tak maskował swoje rzeczywiste cele. - Niewykluczone, że prawo do takich zachowań mogli mu dać także rodzice. Ale w kanonach przyzwoitości nie mieści się, aby obcy mężczyzna składał pocałunki na ustach dziecka, masował piersi lub pod pozorem masażu sięgał w okolice łona czy penetrował palcem wewnętrzne narządy płciowe. Były to zachowania dewiacyjne, pedofilne.

Ksiądz Michał M. wysłuchał wyroku spokojnie. Po wyjściu z sali sądowej powiedział tylko, że nie czuje się winny. Jego obrońcy nie wykluczają apelacji. Kobiety i mężczyźni, którzy towarzyszyli księdzu, nie kryli swojego oburzenia: "Sprzedali księdza za srebrniki jak Judasze" - krzyczała jedna z kobiet, a druga groziła palcem: "Bóg jeszcze spuści karę na tych, będzie wiedział jaką i na kogo".

Kuria w Przemyślu nie chciała komentować wczorajszego wyroku. Ksiądz M. nadal mieszka w Tylawie i odprawia msze.