Bieda z handlem

Kraje najuboższe muszą dostać przywileje handlowe od bogatych, ale to nie wystarczy do walki z nędzą. Biedni przede wszystkim muszą otworzyć się na handel między sobą - uważają ekonomiści ONZ

To jest dobra kawa, aromatyczna i smaczna, mocna jak sam diabeł. Takiej nie znajdziesz w sklepie. A tam stoi najlepszy meksykański mescal. Prosto z Chiapas - zachwalał mi mieszaniną hiszpańskiego i angielskiego swoje stoisko Jose, Indianin z Chiapas, szczerząc w uśmiechu rząd białych zębów.

Pierwszy łyk kawy postawił mi wszystkie włosy na głowie. Faktycznie, była mocna i bardzo aromatyczna. - Jasne, jest dobra, wszyscy tak mówią - gderał Jose. - Problem w tym, że mało jej sprzedajemy. Cła wysokie i ceny niskie. Dla bogatych sprzedajemy, biedni nie chcą naszej kawy, bo mają swoją i do nich drogo sprzedawać. A kawa dla nas ważna, bo za pieniądze z kawy nasze dzieci idą do szkoły.

To były pierwsze targi tzw. uczciwego handlu w meksykańskim Cancun, prawie rok temu. Pięć kilometrów dalej członkowie Światowej Organizacji Handlu (WTO) radzili jak za pomocą handlu pomóc najbiedniejszym. Zwrócili uwagę na bardzo ważny problem: kraje najbiedniejsze i rozwijające się muszą coraz więcej handlować między sobą, sprzedawać nie tylko bogatym - na co skarżył się Jose - jeżeli chcą sobie pomóc. Inaczej Indianin z Chiapas nigdy nie sprzeda tyle kawy, ile by chciał.

O tym samym problemie dyskutowali przez ponad tydzień ekonomiści i politycy podczas zakończonej właśnie w Sao paulo konferencji UNCTAD (Konferencja ONZ ds. Handlu i Rozwoju). - Coraz wyraźniej przegrywamy walkę z biedą - alarmował sekretarz generalny ONZ Kofi Annan.

Pomogą, ale nie poradzą

Kraje najlepiej rozwinięte mogą pomóc biednym poprzez otwieranie dostępu do swoich rynków (m.in. rolnego i towarów słabo przetworzonych) i stosowanie takich instrumentów ich ochrony, żeby nie zakłócać handlu. To bardzo ważne, ale nawet najbogatsi nie są w stanie sami rozwiązać problemu ubóstwa w krajach np. Afryki. Biedni muszą najpierw pomóc sobie sami - wynika z debat w Sao Paulo.

W jaki sposób? Po pierwsze, znosząc cła i bariery handlowe, które istnieją w wymianie pomiędzy nimi samymi. Cła w handlu pomiędzy krajami najsłabiej rozwiniętymi i rozwijającymi się mogą przekraczać setki procent, w szczególności na towary rolne. W Mozambiku, Zambii, Kongo, Bangladeszu czy Pakistanie opłaty celne to jedne z największych i najpewniejszych przychodów budżetowych (sięgają nawet do 60-70 proc. wpływów). Są więc bardzo chętnie nakładane i hamując handel, spowalniają ich tempo rozwoju gospodarczego.

Z kolei kraje rozwijające się - np. Chiny, Meksyk, Brazylia, Turcja - nie chcą zrezygnować ze szczelnej ochrony rynków, jaką dotychczas stosowali. Pomaga im ona bowiem w rozwoju własnej gospodarki.

Otwarcie się krajów rozwijających się na najbiedniejszych oraz samych najbiedniejszych na wymianę między sobą jest bardzo ważne. W ciągu ostatniej dekady wymiana między nimi znacznie wzrosła. Dziś najubożsi sprzedają do krajów rozwijających się aż 56 proc. wartości swych towarów i usług (jeszcze w 1989 r. było to 32 proc.). Kraje rozwijające wydają co trzeciego dolara na zakupy u najbiedniejszych - głównie na surowce i towary słabo przetworzone.

Cła i bariery pomiędzy tymi krajami - kwoty importowe, podatki - hamują ten handel. Cła chińskie na towary z krajów najbiedniejszych to średnio 9,4 proc., ale najwyższe z nich to 117 proc. Jeszcze gorzej jest w Indiach; tam najwyższe cła na towary z krajów najbiedniejszych sięgają 210 proc. Meksykański Jose ma więc małe szanse sprzedać swoją kawę do kawiarni w Bombaju, nie mówiąc o stolicy Malezji, Kuala Lumpur. Tam najwyższa taryfa celna to... 352,9 proc.!

- Tymczasem wymiana pomiędzy tymi krajami to przyszłość. Kraje rozwijające się potrzebują niesamowitej ilości surowców, towarów, usług! - uważają ekonomiści UNCTAD w swoim raporcie o najuboższych LDC Report 2004.

Niełatwo jest też sprzedawać bogatym. W UE średnia stawka celna dla krajów ubogich to 0,2 proc. (najwyższa dopuszczalna - 25 proc.). Mniej czuli na biedę są Amerykanie: tam średnia stawka celna dla towarów z krajów biednych to 6,1 proc., ale najwyższa - aż 350 proc.!

Kto najbiedniejszy?

Politycy i ekonomiści obecni na konferencji w Sao Paulo doszli do wniosku, który jest politycznie bardzo niewygodny dla krajów rozwijających się takich jak Brazylia, Meksyk, Turcja, Chiny. - Trzeba dokładnie oddzielić kraje najsłabiej rozwinięte od rozwijających się - stwierdzili.

Dlaczego? To pomoże kierować pomoc i przywileje do najbardziej potrzebujących, a nie wspierać tych, którzy już dają sobie radę na arenie międzynarodowej. Może to również zmusić kraje rozwijające się do udzielenia specjalnych preferencji handlowych najbiedniejszym. Wnioski z Sao Paulo są niewygodne dla rozwijających się, bo kiedy będą zmuszeni do udzielenia preferencji, sami mogą utracić część przywilejów, jakimi cieszą się ze strony krajów najbogatszych.

Ekonomiści UNCTAD chcą też, by na problem handlu pomiędzy krajami rozwijającymi się i najbiedniejszymi większą uwagę zwrócili przedstawiciele krajów WTO. Czy to się uda? Raczej nie w tym roku, a może nawet nie w tej rundzie rozmów (tzw. runda z Dauhy), która właśnie wchodzi w decydującą fazę.

Na razie Jose musi radzić sobie sam i liczyć na bogatych gringos, którzy kupią jego kawę.

LDC, czyli kraje najsłabiej rozwinięte

Według klasyfikacji ONZ jest ich 49. Opierają swoją gospodarkę najczęściej na produkcji i eksporcie surowców. Są zbyt mało atrakcyjne dla zagranicznych inwestorów, by ktokolwiek chciał ryzykować pieniądze na inwestycje np. w fabryki. W 2002 r. całej Afryce Subsaharyjskiej, (najbiedniejsza częścią świata), udało się przyciągnąć tylko 3 mld dol. inwestycji zagranicznych.

Ten region zamieszkuje 700 mln ludzi, z których ponad połowa musi się utrzymać za 65 centów dziennie. Jedną z niewielu szans na rozwój gospodarczy dla krajów najbiedniejszych jest eksport - sprzedaż za granicę towarów i usług. Biedni eksportują przede wszystkim surowce rolne: bawełnę, kawę, kakao, cukier. A ich ceny są niskie - co roku w ciągu ostatnich pięciu lat spadały średnio o 7 proc.