"2035 to nie jest magiczna data, po której wszyscy przesiądziemy się na elektryki"

Wbrew temu, czym straszy rząd, samochody spalinowe nie będą musiały zniknąć z polskich ulic z dnia na dzień w 2035 roku. Jak mówi nam Hubert Różyk, zmiana ma odbyć się stopniowo i jest czas, by się do niej przygotować. - W Londynie wtyczki do ładowania aut instaluje się w latarniach. Skala wyzwania jest duża, ale mamy rozwiązania i technologie, żeby sobie z tym poradzić - mówi.

Po ostatnich negocjacjach instutucje i kraje Unii Eurpejskiej zgodziły się na przepisy, które w praktyce doprowadzą do zakazu sprzedaży nowych aut z silnikiem spalinowym od 2035 roku. Jedynym państwem, które głosowało przeciwko, była Polska. A politycy rządu zaczęli kampanię krytyki wobec decyzji pozostałych członków UE, strasząc, że przejście na elektryki będzie za szybie, przyniesie biedę i wykluczenie transportowe. Czy jest się czego obawiać? Zapytaliśmy Huberta Różyka z zajmującej się zrównoważonym transportem  Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.

Patryk Strzałkowski: Od 2035 roku w UE nie będzie można rejestrować samochodów na benzynę i diesli. Czy taka zmiana w takim czasie jest w ogóle możliwa?

Hubert Różyk, Fundacja Promocji Pojazdów Elektrycznych: - Z polskiej i europejskiej perspektywy 12 lat to jest całkiem dużo. Producenci już od dawna przestawiają się na samochody elektryczne i to nie tylko pojazdy osobowe, ale także ciężarowe, które pojawiły się już na rynku. Z punktu widzenia producentów to nie jest zaskoczenie ani rzecz, na którą oni nie będą gotowi.

A czy my będziemy gotowi na samochody, które trzeba ładować, zamiast tankować?

Dla krajów europejskich, w szczególności dla Polski, wyzwaniem będzie budowa odpowiedniej infrastruktury ładowania. Ale ta zmiana nie wydarzy  się w ciągu jednego dnia. Pojazdy elektryczne będą się pojawiały na drogach stopniowo. Na koniec marca instytucje UE zgodziły się co do przepisów, które nakładają obowiązek budowy pewnej minimalnej infrastruktury dla pojazdów elektrycznych - chodzi o rozporządzenie AFIR. Mamy 12 lat i nie startujemy od zera. To jest absolutnie do zrobienia.

Jak będzie to wyglądać w praktyce?

Wszystko wskazuje na to, że technologia ładowania będzie się rozwijać. Ciągle zmienia się moc ładowarek i czas ładowania. Różnica między tym, co było pięć lat temu, a co jest dziś, to kosmos. Mając nowy samochód i szybką ładowarkę w 20-30 minut można naładować auto. Myślę, że ten czas w ciągu dekady spadnie do około 10-15 minut i to będzie akceptowalny czas do naładowania np. w trasie.

Oprócz tego konieczny jest rozwój infrastruktury ładowania, zwłaszcza w miastach, gdzie ludzie nie mają swojego podjazdu czy garażu do ładowania domowego. To już się dzieje. Są miasta, w których już dzisiaj jest sieć ogólnodostępnych punktów ładowania. Gdynia czy Wrocław to dobre przykłady. 

Możemy też korzystać z doświadczeń innych miast europejskich. Np. w Londynie wtyczki instaluje się w latarniach. Już dziś deweloper musi przystosować miejsca parkingowe w nowej inwestycji do możliwości ładowania samochodów. Skala wyzwania jest duża, ale mamy rozwiązania i technologie, żeby sobie z tym poradzić. Najtrudniejsze to teraz wprowadzać w życie plany budowy odpowiedniej infrastruktury. 

Ale wielu ludzi, w tym polityków, sprzeciwia się końcu aut spalinowych.

Jest dużo nieuzasadnionego sentymentu dla samochodów spalinowych. Chcemy, "żeby było tak, jak było kiedyś". To mityczne "kiedyś" jest idyllą przeszłości. I rzeczywiście, miejsce pojazdów spalinowych jest w przeszłości. Dekarbonizacja transportu to oszczędność, uniezależnienie się od importu paliw kopalnych od takich "demokracji" jak Rosja czy Arabia Saudyjska, czy wreszcie poprawa jakości powietrza. Każdy elektryk na ulicach to jedna rura wydechowa mniej trująca nasze powietrze. 

Samochody elektryczne są pod wieloma względami wygodniejsze, lepsze dla klimatu. W perspektywie 2035 będą zdecydowanie tańsze. Poza tym w 2035 nie skończy się era samochodów spalinowych.

Trzeba pamiętać, że 2035 to nie jest magiczna data, po której  wszyscy przesiądziemy się na elektryki. Samochodów spalinowych w Polsce będą nadal miliony, pozostaną z nami kolejne kilkanaście lat. Jeśli chcemy osiągnąć transport bez emisji CO2 do 2050 roku, to ten cel 2035 stawia to na granicy osiągalności. Samochody często jeżdżą po 20 lat. Samochody spalinowe będą legalne, będzie można nadal kupić używany pojazd tego typu czy wymienić zepsutą część. 

A czy trzeba w ogóle ustalać sztywną datę? Rządzący mówią, że oni popierają samochody elektryczne, ale ludziom trzeba dać wybór. 

To służy m.in. temu, żeby regulować rynek, żeby producenci mieli jasne wytyczne co do kierunku rozwoju. Poza tym Europa zobowiązała się do 2050 roku osiągnąć neutralność w zakresie emisji CO2. I w związku z tym przyjęła pakiet rozwiązań, na które zgodził się też polski rząd. Na forum UE rząd mówi: zgoda, idziemy w stronę zeroemisyjności. A na potrzeby wewnętrzne mówi zupełnie inne rzeczy. To nie jest fair.

Jako społeczeństwo wyznaczamy dalekosiężne cele i podejmujemy decyzje. Takie regulacje to nic nowego. Czy mamy wybór w sprawie kupowania lodówek z freonem szkodliwym dla warstwy ozonowej planety? A może każda i każdy z nas decyduje czy zapłaci podatek VAT? Zostawmy populizm polityczkom i politykom. 

A wracając do pytania, gdybyśmy zostawili sprawę rynkowi, to zmiana by się nie dokonała tak szybko, może nigdy. Strategie działań dyktowałyby zyski koncernów w krótkiej perspektywie, samochody spalinowe są prostsze i tańsze do produkcji dzisiaj, bo producenci już mają tę technologię. Nie muszą zmieniać linii produkcyjnej, wystarczy nadal robić to samo. Więc takie podejście by sprawiło, że i po 2050 mielibyśmy dużo samochodów spalinowych. Nie mówimy o zmianie dla samej zmiany. To jest element wielkiego wysiłku nas wszystkich, aby powstrzymać przegrzanie klimatu. 

Krytycy mówią też, że takie prawo oznacza wykluczenie transportowe, bo auta elektryczne są droższe i ludzi nie będzie na nie stać. 

Od kilku lat widzimy krzywą cen, która się spłaszcza. Cena auta elektrycznego spada i powoli zrównuje się z ceną spalinowego odpowiednika. To powinno nastąpić przed rokiem 2030 dla wszystkich kategorii. I już teraz nie są to bardzo duże różnice. Nowy VW Golf kosztuje od 115 tys. zł. Nowy VW ID.2 - elektryczny odpowiednik Golfa - ma kosztować w ok. 125 tysięcy PLN. Średnia cena nowego kupowanego auta w Polsce to ok. 160 tys. PLN. Te super drogie elektryki to mit. Równie dobrze możemy wziąć cennik Porshe i twierdzić, że pojazdy spalinowe są super drogie. 

Elektryki tanieją dzięki rozwojowi technologii, większej produkcji, spadkowi cen baterii. To można porównać do ceny paneli fotowoltaicznych. 20 lat temu były super drogie, a im bardziej się upowszechniają, tym bardziej tanieją. Ale ważne jest coś jeszcze.

Co takiego?

W Polsce 75 proc. nowych samochodów kupują firmy. Osoby prywatne w zdecydowanej większości kupują auta używane. Kiedy firmy przejdą na elektryki, to za parę lat będziemy mieli coraz większy rynek używanych aut elektrycznych. Cena będzie spadała. Więc mówienie, że wzrośnie wykluczenie komunikacyjne, bo Kowalskiego nie będzie stać na nowy samochód elektryczny, jest oderwane od rzeczywistości. Dzisiaj Kowalska czy Kowalski też nie kupuje nowego auta, tylko pięcioletnie, jak jest dobrze. Niestety dużo częściej to 15-letni diesel sprowadzony z Niemiec czy Holandii. .

A czy ludzie nie będą mniej ufać używanym elektrykom? To jednak coś nowego, do tego baterie się zużywają. 

Boimy się tych aut elektrycznych, a jednocześnie do Polski przyjeżdża kilkaset tysięcy samochodów używanych rocznie. Nikt dzisiaj nie wie, ile spośród nich to auta, które w krajach zachodnich zostały uznane za niezdatne do użycia - złom po poważnym wypadku czy zalaniu Z punktu widzenia bezpieczeństwa na drogach przejście na elektryki to też rewolucja. Bo nie będzie już wciskania samochodów wyklepanych po wypadku kupującym, którzy nie wiedzą, że ich nowy samochód nie spełnia norm bezpieczeństwa i podczas małego wypadku może się złożyć jak harmonijka. Do tego elektryki są prostsze w obsłudze. Nie ma silnika spalinowego, więc odpadają smary, przekładnie itd. Łatwiej będzie kupić auto elektryczne, bo odpadnie dużo rzeczy do oceny. Kluczowe będzie sprawdzenie baterii. 

Jak bardzo pewne są te przepisy? Ministra Moskwa mówiła też, że - mimo zgody krajów Unii - data 2035 może się jeszcze zmienić, bo za kilka lat UE zrobi rewizję.

Takie okresowe przeglądy prawa europejskiego to nie jest nic nadzwyczajnego, tylko powszechnie stosowany instrument. Myślę, że najlepszym komentarzem będzie samo głosowanie w sprawie rozporządzenia. Tylko Polska głosowała przeciw. Moim zdaniem cofnięcie tej decyzji za trzy lata jest bardzo mało realne. Wtedy będzie więcej elektryków, więcej infrastruktury. Do tego to prawo jest tylko elementem, powiązanym z innymi przepisami - dotyczącymi infrastruktury, przemysłu, jakości powietrza. Zmiana planów byłaby wyrwaniem kawałka z dużej układanki i nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żeby to zrobiono. Szczególnie, jak spojrzymy na to, co robią inni na świecie.

Nie tylko Europa stawia na elektryki?

USA, odkąd przyjęto wielką ustawę wspierającą m.in. zielone technologie - IRA - jednoznacznie postawiło na produkcję samochodów elektrycznych. Chiny są dużo bardziej zaawansowane od Europy, jeśli chodzi o elektryfikację transportu. Japonia, Korea - nikt z dużych krajów produkujących samochody nie stawia na silniki spalinowe.

Czyli bez szybkiej transformacji zostaniemy skansenem starych diesli? 

Pewnie i tak do jakiegoś stopnia będziemy. Bo do Polski można sprowadzić absolutnie wszystko. Ale 2035 gwarantuje, że w końcu też przejdziemy na elektromobilność. Tym bardziej, że samochody elektryczne będą coraz bardziej opłacalne. Więc na pewnym etapie nawet ci, którzy kochają diesla, będą musieli zajrzeć do portfela. A nie są oni większością - badania pokazują, że większość Polek i Polaków chciałoby samochodu elektrycznego. Kwestią jest raczej cena i dostępność, a nie sceptyczne nastawienie. 

A co z tym, co wywalczyli Niemcy? Widziałem opinie, że dopuszczenie silników na tzw. e-paliwa rozmywa unijne przepisy. 

To, co wynegocjowano, to zapowiedź, że Komisja Europejska zajmie się inicjatywą dotyczącą e-paliw. Ale może być tak, że taka inicjatywa nie zakończy się propozycją nowego prawa i nic z tego nie wyniknie. 

Z pozoru tzw. e-paliwa to niezłe rozwiązanie. To nie ropa czy gaz, więc ich spalanie nie oznacza emisji gazów cieplarnianych. A działają na tej samej zasadzie, co benzyna. Tankujesz i jedziesz. 

Po pierwsze nie mamy systemu, który pozwala łatwo sprawdzić, czy samochód jeździ na e-paliwie, czy zwykłej benzynie.

Czyli w samochodzie "gotowym na e-paliwo" ktoś mógłby dalej jeździć na benzynę i emitować CO2.

Njaprawdopodobniej tak. Do tego takie e-paliwo byłoby strasznie drogie. Średni koszt litra paliwa syntetycznego wynosiłby 3 euro, 14 zł. Byłby to poziom nie do zaakceptowania dla większości osób kierujących samochodem w Unii.

Więc po co w ogóle o nich mówimy?

To wynik tego, że Niemcy źle inwestowały. Jest dużo inwestycji w niemieckim przemyśle, zwłaszcza chemicznym, które w perspektywie 2035 przestaną mieć rację bytu. Stąd ich lobbowanie na rzecz syntetycznych paliw. Nawet gdyby udało się produkować je w odpowiedniej ilości i w niskiej cenie, to nadal zostanie kwestia zanieczyszczeń powietrza. A to problem równie ważny co klimat, co roku w Europie w związku ze złą jakością powietrza znika miasto wielkości Białegostoku - umiera ok 300 tysięcy osób. 

Na koniec, warto pamiętać, że jeśli powstanie jakaś inna technologia, która będzie zeroemisyjna - czyli pojazdy, które nie będą emitowały CO2 podczas poruszania się - to zgodnie z unijnym prawem mogą być rejestrowane po 2035 roku. Zakaz dotyczy sprzedaży samochodów z silnikiem, który emituje CO2. Mamy technologie bateryjne i wodorowe. Ale jeśli w ciągu tej dekady pojawi się coś nowego, to będzie można z tego korzystać. 

Więcej o: