Upały w Kanadzie "niemal niemożliwe" bez zmian klimatu. "Nie jesteśmy gotowi na to, co się stało"

Nawet naukowcy zajmujący się klimatem są zszokowani siłą ostatniej fali upałów w Ameryce Północnej. Podkreślają też, że bez wywołanych przez człowieka zmian klimatu prawdopodobieństwo wystąpienia takiej temperatury w tej części świata byłoby znikome. To zdarzenie może być swego rodzaju alarmem - pokazuje dobitnie, że kryzys klimatyczny nie jest odległy ani w czasie, ani w przestrzeni dla naszych szerokości geograficznych. A wszystko, co dzieje się obecnie, to wciąż "umiarkowanie bezpieczny" poziom ocieplenia.

Nic nie krzyczy "kryzys klimatyczny" jak niemal 50-stopniowy upał w Kanadzie. Tak, nauka mówi nam, że zmiany klimatu to silniejsze ulewy i huragany, zmiany w oceanach, pustynnienie, czy nawet wyjątkowo wielka plaga szarańczy. Tak, słyszymy wielkich pożarach (ale pożary "zawsze były"), o topniejących lodowcach i rosnącym poziomie morza (ale "co to jest kilkadziesiąt centymetrów").

Ale nie słyszeliśmy o takich upałach w Kanadzie. Z prostej przyczyny, że od kiedy nauczyliśmy się mierzyć temperaturę nigdy nie była w tym miejscu tak wysoka. Zmiany klimatu są skomplikowane, ale ten aspekty łatwo zrozumieć: robi się coraz bardziej gorąco.

To gorąco jest groźnej. Dla setek ludzi, nieznający takich upałów w swoim domu, to śmiertelne zagrożenie. Dla reszty z nas tragiczną fala upałów może czarownym alarmem: kryzys klimatyczny już to jest i rozpędza się. Najgorętsze lato, jakiego do teraz doświadczyliśmy może być jednocześnie najchłodniejszym latem reszty naszego życia, o ile nie przestaniemy podgrzewać Ziemi. Jak pisał Bill McKibben z "New Yorkera":

"Mogłoby się wydawać, że zmiany klimatu naszej planety będą powolne, a zmiany w opinii i postępowaniu ludzi mogą zadziać się szybko. Ale wydaje się, że to my jesteśmy powolni, a natura - przeładowana naszym dwutlenkiem węgla - jest szybka jak diabli. I ponieważ kryzys klimatyczny nie spowolni, jedyną opcją jest to, że my przyspieszymy".

Katastrofa upału w Kanadzie

"Nie sądziłem, że to możliwe, przynajmniej nie za mojego życia" - napisał meteorolog Scott Duncan komentując rekord gorąca, który padł w tym tygodniu we wsi Lytton w Kanadzie, 260 km of Vancouver: 49,6 stopni Celsjusza. To upał bez precedensu w tej raczej chłodnej, deszczowej i zielonej części świata. Wieś leży na tej samej szerokości geograficznej co Kielce i średnia dobowa temperatura w czerwcu wynosi tam 18,4 stopnia Celsjusza.

Fala upałów i zjawisko "kopuły cieplnej" (gorącego powietrza uwięzionego przez układ wysokiego ciśnienia) sprawiły, że na zachodzie Kanady i USA pobito jeden rekord temperatury za drugim: w niedzielę temperatura sięgnęła 46,6 stopni, bijąc rekord z 1937 roku o aż 1,6 stopnia. Dobę później zanotowano już 47,9 stopni, a kolejnego dnia - 49,6. Rekordy temperatury często przekraczane są o ułamki stopnia, tu zaś widzimy wzrost o wiele ponad cały stopień w kolejnych dniach. Na koniec tygodnia upał wciąż nie odpuszcza. W ciągu kilku dni pobito 43 rekordy temperatury. "Słowa nie mogą opisać tego historycznego zdarzenia", napisała regionalna służba meteorologiczna. Rekordowe upały dotykają także zachodniego wybrzeża USA.

Temperatura dochodząca do 50 stopni jest groźna nawet w miejscach, gdzie takie upały zdarzały się już wcześniej. Dla mieszkańców chłodniejszej części świata - zarówno ludzi, jak i innych zwierząt oraz roślin - są szczególnie groźne. 

"Vancouver Sun" podał w środę, że w ciągu pięciu dni w prowincji Kolumbia Brytyjska odnotowano setki zgonów powiązanych z upałami. Ofiary to w większości życzący samotnie seniorzy, którzy znajdowani są w "przypominających piekarniki" domach bez dobrej izolacji i wentylacji. Służby w tym okresie odnotowały 486 nagłych zgonów - dwukrotnie więcej, niż wynosi średnia liczba zgonów w 5-dniowym okresie. Setki nadmiarowych zgonów spowodowały, że służby pracują z opóźnieniem i dane dot. liczby ofiar są wstępne. Pod pewnymi względami przypomina to epidemię COVID-19 - dopiero porównanie kompletnych danych nadmiarowych zgonów pozwoli ocenić, jak śmiertelne były skutku upałów. 

Fala upałów to także poważne skutki dla przyrody. Tak, jak z gorąca umierają ludzie, tak może ono być zabójcze dla zwierząt i roślin. Topnieją lodowce, co może powodować osuwiska. We wsi Lytton, gdzie padły rekordy temperatury, wybuchły pożary. Lokalne władze zarządziło całkowitą ewakuację. Jak mówił burmistrz Jan Polderman:

- Sytuacja jest ekstremalna. Całe miasto stoi w ogniu. Minęło może 15 minut od tego, że zobaczyliśmy pierwszy dym do momentu, w którym ogień był już wszędzie. 

Nad pożarami utworzył się się chmury typu pyrocumulonimbus. Powstają one nad wielkimi źródłami ciepła - jak pożary czy wulkany - i są dodatkowo zanieczyszczone pyłem. W takich chmurach powstaje mało deszczu, za to bardzo silne wyładowania elektryczne. Pioruny uderzające w wyschnięte lasy mogą zaś powodować kolejne pożary. Klimatolog Daniel Swain napisał, że obserwował wiele takich zdarzeń na obrazach z satelity i ten może być "najbardziej ekstremalnym, jaki zobaczył". "To dosłownie burza ognia, która wytwarza tysiące piorunów, a te niemal na pewno wywołają niezliczone nowe pożary" - napisał. W mediach społecznościowych mieszkańcy publikują nagrania z ucieczki z płonącej wsi. Pożar całkowicie strawił miejscowość, niszcząc 90 proc. zabudowań.

Upały napędzane przez zmiany klimatu

Naukowcy podkreślają bezpośrednio związek fali upałów i zmian klimatu. Oczywiście pogoda i klimat nie są tym samym i krótkotrwałe warunki - upał czy ochłodzenie, deszcz czy suchy okres - są zjawiskami pogodowymi i zależą od wielu czynników. Jednak zmiany klimatu sprawiają, że ekstremalne zjawiska pogodowe, w tym fale upałów, są bardziej intensywne i częstsze. Zaś wyjątkowo silne zjawiska byłyby niemożliwe lub praktycznie niemożliwe (np. ich prawdopodobieństwo to jedno zdarzenie na kilka tysięcy lat), gdyby klimat się nie ocieplił.

Dobrze widać to na poniższym wykresie: bazowa średnia temperatury, wyliczona na podstawie "normalnego" klimatu wraz z ociepleniem zostaje przesunięta w stronę wyższych temperatur. To nie znaczy, że nigdy nie będzie już zimniej - chłodne okresy nadal się zdarzają, ale jest ich mnie, więcej jest za to gorących. Ponadto to, co uznawaliśmy za ekstremalne gorąco jest teraz regularnym zjawiskiem, a nowe ekstrema są wyższe do tego, co kiedykolwiek widzieliśmy. Nie możemy mówić jednak o "nowej normalności", bo klimat wciąż się zmienia i obecne rekordy za jakiś czas znów zostaną pobite.

Światowa Organizacja Meteorologiczna (WMO) w komunikacie stwierdziła, że te fale upałów we wczesnym lecie dzieją się "na fundamentach spowodowanego przez ludzi globalnego ocieplenia o 1,2 stopnia Celsjusza". Omar Baddour z WMO wyjaśnił: 

- Fale upałów stają się coraz częstsze i bardziej intensywne, ponieważ wzrost stężenia gazów cieplarnianych prowadzi do wzrostu globalnej temperatury. Zauważamy również, że [upały] zaczynają się wcześniej i kończą później, oraz coraz bardziej odbijają się na zdrowiu ludzi.

Nikos Christidis z brytyjskiego Met Office podkreśliła, że "bez zmian klimatu spowodowanych przez człowieka osiągnięcie takich rekordowych średnich temperatur" w czerwcu w tym regionie byłoby "prawie niemożliwe". Prawdopodobieństwo naturalnego wystąpienia ekstremalnie gorącego czerwca to wg niej "raz na dziesiątki tysięcy lat", tymczasem we współczesnym klimacie "jest to powszechne i prawdopodobnie wystąpi dwa razy w ciągu trzech dekad". Zaś pod koniec stulecia będziemy mieli do czynienia z takimi temperaturami częściej niż z chłodniejszymi - sugerują modele komputerowe.  

WMO zwróciła uwagę, że zachód Ameryki Północnej nie jest jedynym miejscem na półkuli północnej dotkniętym przez upały na początku tego lata. Temperatura dochodzi do 50 stopni w częściach Afryki Północnej, Półwyspu Arabskiego, w Iranie i na subkontynencie Indyjskim. 

W Libii w czerwcu odnotowano temperaturę 10 stopni powyżej normy. Z falą gorąca mierzy się także Rosja: w Moskwie upały przekraczają 30 stopni, z tropikalnymi nocami (czyli temperatura nie spada w nocy poniżej 20 stopni). 

Najchłodniejsze lato reszty naszego życia

Naukowcy na różne sposoby i w najróżniejszych aspektach przewidują wpływ zmian klimatu na planetę i jej mieszkańców, w tym ludzi. Skutki, jakie obserwujemy, są zgodne z przewidywaniami: więcej upałów, więcej ekstremalnych zjawisk, susze, pożary, powodzie i ich daleko idące skutki. Tym, co szokuje najbardziej w tych ekstremach (a Kanada to tylko jeden przykład; rekordy pogodowe padają także w Polsce, a i tak najbardziej skutki odczuwają mieszkańcy globalnego Południa) jest to, jak szybko obserwujemy postęp kryzysu klimatycznego.

Klimat ocieplił się od okresu przed epoką industrialną (gdy zaczęliśmy spalać węgiel i zmieniać atmosferę) o ok. 1,2 stopnia Celsjusza. To, co dziś obserwujemy, to skutki dopiero początku kryzysu klimatycznego. Posługując się przykładem z memów: może i jest to nasze najgorętsze lato dotychczas, ale jednocześnie jest to najchłodniejsze lato reszty naszego życia. Chłodniej już było. 

Najbardziej ambitnym celem jest zatrzymanie ocieplenia na poziomie 1,5 stopnia Celsjusza. Jest on uznawany za "umiarkowanie bezpieczny". Nie znaczy to - jak widzimy już po obecnych zmianach -  brak groźnych skutków, ale też nie oznacza katastrofy i przekroczenia punktów krytycznych. Jednak ten poziom zdaje się nie do obronienia i możemy przekroczyć go już w kolejnej dekadzie (w optymistycznych scenariuszach możliwe jest obniżanie poziomu gazów cieplarnianych i obniżanie temperatury, by wrócić poniżej 1,5 stopnia, ale to na razie teoria). 

Kolejnym progiem w raportach klimatycznych i Porozumieniu paryskim jest poziom 2 stopni Celsjusza. Trzeba jednak pamiętać, że klimat nie ociepla się skokowo. Po przekroczeniu 1,5 stopnia kolejnym progiem nie jest poziom 2 stopni, tylko 1,51, 1,52, 1,53 stopnia - i tak dalej. Każdy ułamek się liczy. Według IPCC (Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) różnica między 1,5 a 2 stopnie to 420 milionów ludzi więcej narażonych na ekstremalne upały. Przełożenie jest boleśnie proste - każdy ułamek stopnia więcej to cierpienie i śmierć milionów ludzi. 

Być może fala upałów w Kanadzie, wraz z zapowiadającym się rekordowo sezonem pożarów na Zachodzie USA i innymi ekstremami, które możemy zobaczyć w tym roku, będzie dla świata Zachodu czerwonym alarmem ws. klimatu (i celowo wskazuję na Zachód, bo wiele państw globalnego południa już od dawna zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji). Taki alarm zdecydowanie jest potrzebny. Może się zdawać, że robimy postępy w walce ze zmianami klimatu, patrząc na plany Unii Europejskiej czy Joe Bidena w USA. Jednak - argumentuje piszący m.in. o klimacie futurolog Alex Steffen - te zmiany odbywają się nie tyle zbyt wolno, co opierając się na w ogóle nieprzystającym do rzeczywistości poglądzie na to, co dzieje się z planetą. Steffen pisze, że nie tyle nie jesteśmy gotowi na to, co nas czeka, co "nie jesteśmy gotowi na to, co już się stało". I przekonuje, że aby zmierzyć się z planetarnym kryzysem i mieć szanse na jego zatrzymanie i adaptację, potrzeba postawić go w centrum naszego myślenia i od tego zacząć systemowe zmiany. 

Nauka jasno przewidziała skutki zmian klimatu i równie jasno mówi nam, jakie będą one dalej. Tak samo jasno mówi, że jest jeszcze czas na uniknięcie najgorszych i nieodwracalnych skutków, przez błyskawiczne ograniczenie emisji gazów cieplarnianych i niszczenia przyrody. Ale to okno się zamyka. 

Więcej o: