G7 musi zapłacić rachunek za klimatyczny apartheid. Bez tego nie będzie sukcesu negocjacji klimatycznych

Patryk Strzałkowski
Na agendzie spotkania liderów państw G7 jest w tym roku sprawiedliwość klimatyczna - sprawiedliwość, którą bogate kraje są winne tym uboższym i jednocześnie najbardziej cierpiącym przez katastrofę klimatyczną. Deklaracja spełnienia zobowiązań finansowych wobec nich to minimum na drodze do sukcesu negocjacji klimatycznych. Jednak wszystko dzieje się wciąż w cieniu epidemii i walka z nią - przez masowe szczepienia - jest ściśle powiązana z dyplomacją klimatyczną.

Pandemia zatrzymała (przynajmniej na chwilę) świat w miejscu, stanęły też globalne negocjacje klimatyczne. Ubiegłoroczny szczyt klimatyczny COP26 ma odbyć się w tym roku, choć jeszcze nie wiadomo, jaka dokładnie będzie formuła spotkania w Glasgow. Wiadomo, że Wielka Brytania i premier Boris Johnson chcą wykorzystać rolę gospodarza, by pokazać się jako lider globalnej polityki klimatycznej.

Szczyt G7, której gospodarzem jest właśnie Wielka Brytania (poza tym go grupy należą USA, Kanada, Japonia, Niemcy, Francja i Włochy, plus UE), to ważny przystanek na tej drodze, a walka ze zmianami klimatu i niszczeniem przyrody jest w priorytetach spotkania. Jeśli liderzy nie spełnią oczekiwań, będzie to - zdaniem ekspertów - prosta ścieżka do porażki negocjacji w Glasgow jesienią. To z kolei byłoby poważnym ciosem w cały międzynarodowy proces klimatyczny w momencie, gdy czas na działania topnieje niczym arktyczne lodowce.

Sprawa jest jednak delikatna, bo dotyczy najmniej chętnie poruszanego tematu w polityce klimatycznej - pieniędzy. I to pieniędzy, które kraje rozwinięte z państwami G7 na czele powinny, zgodnie z własnymi zobowiązaniami, przekazywać na zatrzymanie i przystosowanie się do zmian klimatu państwom rozwijającym się. Ta kwota powinna wynosić 100 miliardów dolarów każdego roku - ale na razie daleko do jej realizacji. Zdaniem ekspertów i aktywistów obietnica przekazania tych środków to absolutne minimum, na które muszą zdobyć się liderzy G7. Jednak to niejedyny kluczowy temat związany z klimatem na spotkaniu w Kornwalii - kolejnym są... szczepienia przeciwko COVID-19.

Rachunek za klimatyczny apartheid 

Pierwszym i najważniejszym celem Porozumienia paryskiego z 2015 jest ograniczenie globalnego ocieplenia do poziomu znacznie poniżej 2 stopni Celsjusza do końca wieku, z dążeniem do poziomu 1,5 stopnia. Zgodnie z aktualną wiedzą naukową, w tym celu musimy ograniczyć globalne emisje o około 50 proc. do 2030 roku i dojść do poziomu zero netto - czy też neutralności klimatycznej - do połowy stulecia.

Są jednak dwa inne cele. Drugi dotyczy przystosowania się do skutków zmian klimatu, zaś trzeci - dokonania "przepływów finansowych" zgodnych ze ścieżkami obniżenia emisji gazów cieplarnianych i budowania  gospodarek odpornych na zmiany klimatu. W dalszej części porozumienia sprecyzowano, że kraje rozwinięte powinny zapewnić państwom rozwijającym się środki finansowe, które wesprą zarówno mitigację (czyli zapobieganie postępowi zmian klimatu, a więc przede wszystkim obniżanie emisji), jak i adaptację (przystosowanie się do stuków zmian klimatu).

Począwszy od 2020 roku, kraje rozwinięte powinny zapewnić rozwijającym się 100 miliardów dolarów rocznie. W latach poprzedzających (ostatnie pełne dane mamy za rok 2018) nawet według oficjalnych informacji brakowało do tego dużo - kwota ta wyniosła niespełna 60 mld. Co więcej, według ekspertów i tak jest ona nawet kilkukrotnie zawyżona - m.in. dlatego, że w zdecydowanej większości (ponad 70 proc.) nie są to granty, tylko pożyczki. Według Oxfam realna kwota po odliczeniu kredytów, spłaty odsetek i innych form "kreatywnej księgowości", to tylko ok. 20 mld, a więc jedynie jedna piąta zobowiązania.

Według krajów rozwijających się, szczególnie tych najbardziej narażonych na skutki zmian klimatu, ta kwota to minimum tego, co bogate narody powinny dla nich zrobić. Wskazują na fakt, że to one najbardziej cierpią z powodu kryzysu klimatycznego już teraz, podczas gdy w najmniejszym stopniu się do niego przyczyniły. Philip Alston, profesor prawa międzynarodowego z doświadczeniem na wysokich stanowiskach w ONZ, określa to jako "klimatyczny apartheid".

Kraje grupy G7 odpowiadają za 40 proc. (!) całkowitych emisji dwutlenku węgla. Rozpatrywanie emisji właśnie pod kątem tego, ile wyemitowano od końca epoki przedprzemysłowej - a nie tylko np. w ostatnim roku - jest szczególnie ważne z punktu widzenia rozwijających się gospodarek. Taka kalkulacja jest najbardziej dokładania z punktu widzenia fizyki, ponieważ klimatu "nie obchodzi" ile wyemitowano np. od 1 stycznia do 31 grudnia 2020 roku, ale ile wynosi całkowite stężenie CO2 w atmosferze. Pokazuje ona też przeważającą odpowiedzialność gospodarek rozwiniętych za kryzys klimatyczny. Bo o ile Chiny odpowiadają za największą część emisji w ostatnich latach (27 proc., dla porównania USA to 15 proc.), to kiedy spojrzymy na całkowite emisje - te proporcje się odwracają. To Stany Zjednoczone odpowiadają (do 2018 roku) za najwięcej, bo ponad 25 proc. pochodzących z działalności człowieka emisji CO2. Na kolejnym miejscu jest unijna 27. - 18 proc. Reszta Europy to 15 proc, a dopiero dalej są Chiny, którym przypisano 13 proc. całkowitych emisji. 

Obietnica może paść, pytanie o jej spełnienie

Nadrobienie luki w finansowaniu to dla krajów globalnego południa podstawa. Jednak nawet gdy pojawią się takie obietnice, problemem będzie brak wiarygodności - mówił na spotkaniu dla dziennikarzy Saleemul Huq, dyrektor Międzynarodowe Centrum Zmian Klimatu i Rozwoju w Bangladeszu, zajmujący się dyplomacją klimatyczną. 

Jego zdaniem kwota i tak jest "trywialna" wobec potrzeb świata, ale jeśli nie będzie chociaż tego, przełoży się to na porażkę jesiennych negocjacji klimatycznych w Glasgow. Jak pokreślił, będą tam i tak jeszcze trudniejsze tematy - jak kwestia Mechanizmu Strat i Szkód. Chodzi o to, by - odpowiedzialne za większość emisji kraje rozwinięte - nie tylko przekazywały środki na walkę ze zmianami klimatu, ale także wynagradzały ich skutki, np. zniszczenia związane z podniesieniem się poziomu morza. Obietnica wywiązania się ze zobowiązania 100 mld jego zdaniem kwestia podstawowa, "wóz albo przewóz" dla tegorocznych negocjacji. - Ale jestem optymistyczny, że ta obietnica padnie. Oni są dobrzy w obietnicach, za to gorsi w ich spełnianiu - powiedział. 

Rachel Kyte, dziekan amerykańskiej The Fletcher School oraz była reprezentantka Banku Światowego w negocjacjach prowadzących do podpisania Porozumienia paryskiego, zwróciła uwagę, że 100 mld to "nie jest oszałamiająca kwota" wobec wyzwania kryzysu klimatycznego, która byłaby "poza możliwościami" państw rozwiniętych. Według serwisu unclimatesummit.org kraje G7 powinny mniej więcej podwoić w najbliższych latach środki przeznaczone na wsparcie walki ze zmianami klimatu w państwach rozwijających się (pozytywnym wyjątkiem jest Wielka Brytania, która już obiecała podwojenie swoich nakładów w do 2026 roku).

"To nie 'Igrzyska Śmierci', mamy jedną planetę"

Odpowiadając na wątpliwości co do tego, czy decyzje państw Zachodu pociągną resztę świata - w tym wielkich emitentów jak Chiny czy Indie - Saleemul Huq wskazał na szczególną moc sprawczą G7 oraz G20 (za miesiąc odbędzie się spotkanie ministrów finansów grupy). - Jeśli G7 i G20 zdecyduje coś zrobić, to to się stanie, a inni dołączą - powiedział. Jednak jego zdaniem problemem jest to, że ci politycy widzą się tylko jako liderzy swoich krajów, a nie przedstawiciele świata. - To widać w czasie pandemii, bo szczepią tylko swoich obywateli. Ale to wcale ich nie uratuje przed pandemią - powiedział, zwracając uwagę na to, że zbyt wolne szczepienia reszty świata spowodują przedłużanie się pandemii.

Huq podkreślił też, że inne gospodarki nie potrzebują zmuszania do walki ze zmianami klimatu: po pierwsze widzą ich skutki, po drugie dostrzegają możliwości wynikające z transformacji. - W Chinach i Indiach toczy się poważna dyskusja i wielu jest za tym, żeby mocno iść drogą odnawialnych źródeł energii, zostać paliwa kopalne na za sobą. Uważam, że ich argumenty wygrają. I te kraje będą to robić, nie tylko dla świata, ale też dla samych siebie - stwierdził.

To nie są "Igrzyska Śmierci", mamy jedną planetę i ta transformacja będzie dobra dla wszystkich. Powstaną dobre miejsca pracy w nowym systemie energetycznym, w przemyśle wodorowym, w ocieplaniu budynków, w ochronie gleb i lasów. To całkowita transformacja gospodarki i da ona lepsze, lepiej płatne miejsca pracy niż stara gospodarka i branża paliwach kopalnych. To tam będą powstawać miejsca pracy w ciągu tych 20-30 lat. Czemu inne gospodarki miałyby nie chcieć uczestniczyć w tym wyścigu i go wygrać

- argumentowała z kolei Rachel Kyte.

Zwróciła jednak uwagę, że 100 mld finansowania to nie jedyna obietnica, z którą powinni wyjechać przywódcy po spotkaniu, dotyczy wsparcia szczepień na świecie: wysyłania szczepionek do innych państw, pomocy w produkcji szczepień. Dotychczas 80 proc. szczepionek podano w krajach o średnich i wysokich dochodach. - Pandemia pokazała, że nie możesz uchronić siebie, o ile nie chronisz wszystkich - podkreśliła. Jednak chodzi nie tylko o pokazanie solidarności w kryzysie, ale też aspekt praktyczny. Dotychczasowe szczyty międzynarodowe w formie online pokazały, że jest to problematyczne. Jednak negocjacje na żywo wymagałyby zaszczepionych uczestników - podczas gdy większość krajów rozwijających boryka się z niezwykle ograniczonym dostępem do szczepionek, o ile ma go w ogóle. - Jak mogą być prowadzone negocjacja klimatyczna bez zaszczepienia krajów globalnego południa? - pytała Kyte.

Już po oddaniu tego artykuły, w przededniu szczytu padła obietnica zapewniania przez kraje G7 miliarda szczepionek dla krajów rozwijających się.

Więcej o: