Nawalne deszcze podtapiają miasta. Betonoza i polityczne ciosy nie pomagają. Ale deszczowe ogrody już tak

Maria Mazurek
Najpierw była susza, potem ulewy. Wydaje się, że wzajemnie się wykluczają, jednak nie dość, że potrafią występować niemal jednocześnie, to jeszcze mogą mieć jedno źródło: zmiany klimatyczne. To, co było anomalią, staje się normą, i musimy się do tego przystosować. Pocieszającym może być to, że oba te zjawiska łagodzi jedno, to samo rozwiązanie: retencja. Także ta w miastach, gdzie beton potęguje efekty gwałtownych ulew. I wcale nie chodzi o wielkie zbiorniki.

Dziś Piątek dla klimatu - jak co tydzień piszemy na temat związany z trwającym kryzysem klimatycznym.

30 czerwca 2020 roku firma Budimex zakończyła prace związane z budową największego zbiornika przeciwpowodziowego w Polsce. Racibórz Dolny, położony w górnym biegu Odry, został zaprojektowany jako suchy obiekt - będzie wypełniać się w czasie nadejścia fali powodziowej. 

Zbiornik Racibórz Dolny.Zbiornik Racibórz Dolny. Fot. Budimex, wykonawca inwestycji

Eksperci ochrony środowiska zazwyczaj nie są fanami zbiorników retencyjnych, w każdym razie nie wszystkich. Problematyczne są według nich instalacje piętrzące wodę na rzekach wraz z "jeziorami zaporowymi". Ochrona przed powodzią łączy się bowiem ściśle z zapobieganiem suszy - w czasach kryzysu klimatycznego oba zjawiska mogą występować niemal jednocześnie - a tego typu budowle nie pomagają w walce z ich skutkami. Na małej powierzchni gromadzona jest duża ilość wody, która paruje, nie odbudowywane są zasoby wód gruntowych, a do tego powstają wymierne szkody dla środowiska. Im rzeka (i jej okolice) bardziej naturalna, tym lepiej spełnia swoje naturalne funkcje, w tym te związane z zachowywaniem zasobów wody i jej retencją, także na wypadek zwiększonych opadów. 

Z Raciborzem Dolnym tego problemu nie ma - nie powstał na rzece, a jego budowę ekolodzy pilnie śledzili. 

- Przyglądaliśmy się pracom nad zbiornikiem w Raciborzu od samego początku - mówi Piotr Nieznański z Fundacji WWF Polska. - Jest on zbudowany jako suchy polder, który funkcjonuje taki sposób, by nie przechwytywał małych powodzi. Gdyby tak się działo, nie byłyby zalewane siedliska rzeczne od Raciborza po Wrocław, które tej wody potrzebują. Ten zbiornik ma zadziałać wtedy, kiedy wydarzy się powódź katastrofalna, zagrażająca budynkom. Takie funkcjonowanie przyjęto w decyzji środowiskowej, teraz wszystko będzie zależało od trzymania się wyznaczonych zasad. Niekorzystne byłoby, gdyby pojawił się realny pomysł zamiany tego retencyjnego zbiornika suchego, wybudowanego na wypadek powodzi, na zbiornik mokry, przeznaczony do żeglugi. Te funkcje się wzajemnie wykluczają - podkreśla. 

Zbiornik Racibórz Dolny, inwestycja za dwa miliardy złotych, którą obok budżetu państwa współfinansowały Bank Światowy, Bank Rozwoju Europy i Unia Europejska, ma chronić przed zalaniem teren o powierzchni około 600 km2. W tym miasta Kędzierzyn-Koźle, Brzeg, Opole, Oławę i Wrocław. Łącznie 2,5 miliona osób mieszkających w trzech województwach.

Umiarkowany klimat powoli odchodzi. Polskie miasta nie są na to gotowe

Termin przecinania wstęgi - na miejscu byli m.in. środowiska Michał Woś i minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk - zbiegł się w czasie ulewą, która spadła na Warszawę. 

Dzień wcześniej, 29 czerwca, nawalny deszcz spowodował liczne podtopienia i na kilka godzin sparaliżował ruch w części stolicy. W ciągu kilku godzin spadło ponad 30 mm wody, punktowo mogło to być nawet 100 mm - przy czym średnia miesięczna suma opadów dla czerwca w Warszawie to 68,8 mm, dla lipca - 75 mm.

Czytaj też: Skąd zalania w Warszawie? Niemal miesięczne opady spadły w kilka godzin. Tak będzie coraz częściej

Tak jak wiele kwestii w ostatnim czasie, i ta stała się okazją do politycznych ciosów czasu kampanii. Politycy lubią też przecinać wstęgi, szczególnie przy wielkich inwestycjach (sam zbiornik w Raciborzu też nie nabrał jeszcze swojego ostatecznego kształtu, by tak się stało, musi jeszcze zostać wybrane z niego kruszywo). Tymczasem problem jest bardzo poważny, będzie się nasilał i dotyczy znacznie dłuższego horyzontu czasowego niż kilka lat rządów, o które zwykle trwa przedwyborcza walka. 

Wielkie powodzie, jak ta z 1997 roku, przed którymi zbiornik w Raciborzu ma chronić, zdarzają się rzadko. Zmiana klimatu sprawia jednak, że nasilają się ekstremalne zjawiska pogodowe. My, w Polsce, w ostatnich latach obawiamy się przede wszystkim suszy - i tak naprawdę ta długotrwała susza jeszcze trwa. Ale wraz z globalnym ociepleniem zmienia się charakter opadów, rośnie ryzyko gwałtownych burz i nawalnych opadów, kiedy w krótkim czasie spada ogromna ilość wody, tak duża, że wysuszona wcześniej ziemia nie jest w stanie jej przyjąć. Do "obsłużenia" takiego deszczu miejskie systemy kanalizacji nie są też przystosowane. Pojawiają się podtopienia i powodzie błyskawiczne. Polskie miasta, nie tylko Warszawa, nie są gotowe na ekstremalne zjawiska, jakie niosą ze sobą zmiany klimatu. Budowana dawno temu kanalizacja obliczona była na inne warunki pogodowe, do tego przez lata w miastach przybywało betonu, a ubywało naturalnych terenów zielonych. To wszystko sprzyja nasilaniu skutków negatywnych zjawisk klimatycznych, zarówno ekstremalnych upałów, suszy, jak i gwałtownych ulew.

- Miasta są wybetonowane i wyasfaltowane, dużą powierzchnię zajmują dachy, do tego dochodzi często wycinanie drzew. Woda, która spada w postaci deszczu, nie zostaje na liściach drzew, nie wsiąka w glebę, błyskawicznie trafia do sytemu kanalizacji, często nie przystosowanej do przyjmowania tak wielkich ilości wód opadowych i jest odprowadzana do rzek. Nie ma w przestrzeni miejskiej elementu zasilania wód podziemnych, czego niezbędnym elementem jest powolne wsiąkanie wody w glebę - zauważa Przemysław Nawrocki z WWF Polska. 

Zobacz wideo Dlaczego intensywne opady powodują podtopienia w stolicy?

Zamiast betonozy deszczowe ogrody

To nie jest tak, że nic się zrobić nie da, wręcz przeciwnie. Tyle że polecane przez ekspertów działania są rozproszone, nieduże, należy je stosować w zestawie z innymi krokami, a na efekty poczekać - niekoniecznie nadają się do przecinania politycznych wstęg. 

- Wiele miast realizowało w ostatnich latach programy retencji, ale były to głównie zbiorniki, beczki. To jest rozwiązanie tylko jednego problemu wodnego, tak zwana szara infrastruktura, typowo techniczna, która ma za zadanie rozwiązać jeden problem z wodą - mówi dr Sebastian Szklarek, autor bloga Świat Wody. - Najlepsze są wszelkie rozwiązania błękitno-zielonej infrastruktury, czyli połączenie zieleni z przestrzenią retencyjną. Bo oprócz tego, że nam to rozwiązuje problem wodny, rozwiązuje też szereg innych problemów, jak miejskie wyspy ciepła, kwestie bioróżnorodności, jakość powietrza, hałas. Tereny błękitno-zielone mają wiele różnych zalet i wiele funkcji pełnią w mieście. Gdybym miał szukać rozwiązań, to byłyby to zielone dachy, ogrody deszczowe, zagłębienia chłonne. 

Takie rozwiązania już są wprowadzane, jako przykład Sebastian Szklarek podpowiada Gdańsk. To miasto też doświadcza problemów, jakie niosą ze sobą gwałtowne opady. 9 lipca 2001 roku nawalny deszcz spowodował zalanie przede wszystkim jednej z dzielnic miasta - Orunię. Przelał kanał Raduni, a powódź zmusiła do ewakuacji kilkaset osób i spowodowała straty w infrastrukturze szacowane na 200 mln zł. 

9 lipca 2001 roku między godz. 15 a 17 na Gdańsk spadło aż 90 mm wody na m kw. Zalane zostały znaczne obszary miasta, w tym położone wzdłuż Kanału Raduni tereny dzielnic Orunia-Św. Wojciech-Lipce i Śródmieście oraz położone nad potokiem Strzyża tereny dzielnic Wrzeszcz Górny i Wrzeszcz Dolny.
Na zdj. Trakt św. Wojciecha. Woda, która przerwała wały rzeki Radunia zniszczyła jeden z domów i spowodowała zarwanie się jezdni9 lipca 2001 roku między godz. 15 a 17 na Gdańsk spadło aż 90 mm wody na m kw. Zalane zostały znaczne obszary miasta, w tym położone wzdłuż Kanału Raduni tereny dzielnic Orunia-Św. Wojciech-Lipce i Śródmieście oraz położone nad potokiem Strzyża tereny dzielnic Wrzeszcz Górny i Wrzeszcz Dolny. Na zdj. Trakt św. Wojciecha. Woda, która przerwała wały rzeki Radunia zniszczyła jeden z domów i spowodowała zarwanie się jezdni Beata Kitowska / Agencja Gazeta

W późniejszych latach miasto postanowiło coś z tym zrobić. Stopniowo zmieniane były zapisy Miejscowych Planów Zagospodarowania przestrzennego, inwestowano w zbiorniki retencyjne - obecnie to system złożony z 53 takich zbiorników, ułożonych kaskadowo, w większości niewielkich. Największa zmiana była efektem pierwszego w Polsce panelu obywatelskiego. Zapytano w nim mieszkańców, jak ich zdaniem miasto powinno sobie radzić z zagrożeniem powodziowym. We wnioskach pojawiło się zalecenie tworzenia tak zwanej małej retencji na terenach zieleni. W spółce komunalnej Gdańskie Wody powstał specjalny dział, a w efekcie zaczęły pojawiać się między innymi deszczowe ogrody. 

Ogrody deszczowe to zielone tereny zaprojektowane tak, by zbierały wodę z pobliskich terenów. Sadzone są tam specjalnie dobrane rośliny hydrofitowe, które z jednej strony wodę lubią i pochłaniają, a jednocześnie działają jak swego rodzaju mała oczyszczalnia - oczyszczają deszczówkę z metali ciężkich. Według szacunków przytaczanych przez miasto Gdańsk, deszczowy ogród może wchłaniać nawet do 40 proc. wody więcej niż zwykły trawnik. 

Ogród deszczowy przy ul. Kaczeńce na Stogach w Gdańsku.Ogród deszczowy przy ul. Kaczeńce na Stogach w Gdańsku. Fot. Gdańskie Wody/gdansk.pl

W Gdańsku takich ogrodów, powstałych z funduszy gminy, jest dziewięć. Miasto informowało w ubiegłym roku, że już teraz realnie zapobiegają one podtopieniom w swojej bezpośredniej okolicy. 

Przy projektowaniu pierwszych ogrodów deszczowych pracowała Joanna Rayss, obecnie wspólniczka w Zieleniarium Rayss Group. - Jestem architektem krajobrazu i kiedy kilkanaście lat temu zaczynałam swoją przygodę z projektowaniem zieleni, głównie na terenach osiedlowych, trudno mi było pogodzić się z faktem, że moje projekty realizowane były bardzo pobieżnie i wybiórczo, a zieleń traktowana była jedynie w kategoriach dekoracyjnych. Zaczęłam się zastanawiać, co zrobić, aby zieleń w procesie projektowym zaczęła być traktowana poważnie. Kluczem do sukcesu stała się woda opadowa, która z jednej strony jest niezbędna zieleni do życia, z drugiej w procesie inwestycyjnym traktowana była zawsze jak problem, którego należy się jak najszybciej pozbyć. Trzeba było jedynie wypracować metodologię, jak to przełożyć na projekt techniczny i właściwie przeliczyć, żeby z jednej strony nie opierać się jedynie na intuicji, z drugiej nie komplikować tego nadmiernie - opowiada.

Taka metodologia powstała i teraz, jak twierdzi Joanna Rayss, jest w stanie osiedla projektować już tak, by za pomocą zieleni można było zagospodarować tyle wody opadowej, ile w betonowym zbiorniku. - Z mojego doświadczenia takie rozwiązania są faktycznie dużo tańsze niż układanie podziemnej infrastruktury kanalizacji deszczowej - mówi architektka. - Co więcej, w Gdańsku od zeszłego roku każda nowa inwestycja mieszkaniowa, by uzyskać zgodę na podłączenie do miejskiego systemu kanalizacji deszczowej, musi uwzględniać taki właśnie rodzaj retencji, co należy wykazać w składanej do uzgodnienia w spółce Gdańskie Wody dokumentacji - dodaje. 

Natura wie najlepiej, a oczko wodne bywa wanną

Same ogrody to oczywiście zbyt mało, i są skuteczne w przypadku opadów o średniej intensywności. Ale pomysłów na to, jak miasto może przystosować się do zmian klimatu (a często przywrócić zieleni i przyrodzie jej funkcje), jest więcej.

Bardzo prosty podpowiada Przemysław Nawrocki z WWF. - Wyobraźmy sobie chodnik wzdłuż jezdni i obok trawnik. Jeżeli powierzchnia tego chodnika jest poniżej poziomu trawnika, i jeszcze odgrodzona murkiem czy wysokim krawężnikiem, a tak zwykle bywa, to woda, która spadnie z deszczem na szosę i na chodnik, spłynie do kanalizacji. Natomiast jeśli doprowadzilibyśmy do tego, by poziom trawnika był poniżej poziomu chodnika, nie byłoby krawężnika, albo przynajmniej co jakiś czas miałby on przerwy, wtedy woda deszczowa spływałaby na trawę i tam wsiąkała. To przyczyniłoby się do łagodzenia problemów z gwałtownymi powodziami miejskimi po ulewnych deszczach, a jednocześnie działało na rzecz łagodzenia problemu suszy - zauważa ekspert. - Ogromny potencjał mają też dachy, w miastach to gigantyczne powierzchnie, które można wykorzystać do połączenia łapania wody deszczowej i zakładania tam zieleni, co obniżałoby temperaturę, a dodatkowo zakładać jeszcze panele fotowoltaiczne - dodaje.

Sebastian Szklarek podaje inny przykład. - Na osiedlowych parkingach także można stosować rozwiązania, które będą sprzyjać retencji, a jednocześnie nie będą uciążliwością dla mieszkańców. Miejsca parkingowe można wyznaczyć geokratą, a między nimi położyć rządek kostki - w geokracie rośnie trawa, a kierowcy czy pasażerowie mogą wysiadać wygodnie na utwardzoną powierzchnię. Da się to połączyć.  

Ochrona środowiska i kwestie klimatyczne zaczęły pojawiać się w przekazach politycznych - i dobrze. Politycy, szczególnie w czasie kampanii wyborczej, miewają różne pomysły. Nie jest oczywiście tak, że są one z gruntu złe, tyle że, jak to często bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Tak jak z pomysłem budowania oczek wodnych. - Generalna idea tego, by podwórka były bardziej przyjazne dla retencji wody deszczowej, jest jak najbardziej godna pochwalenia - mówi Przemysław Nawrocki. - Tylko żeby takie oczko działało tak, jak naturalne, muszą być zachowane pewne warunki. Musi być odpowiednio wysoki poziom wód gruntowych, żeby woda się utrzymywała. Natomiast takie klasyczne oczko w ogródku powstaje tak, że dół w ziemi wykłada się nieprzepuszczalnym materiałem i wlewa wodę. To trochę tak, jakby wstawić wannę do ogródka. Nic to nie daje, a jeśli przyjdzie susza, to będzie pokusa, żeby jeszcze napełniać je wodą z kranu. Jeśli tak to by wyglądało, to nie będzie to skuteczne. Powinniśmy dążyć do podwórka przyjaznego dla retencji, czyli żeby rosły tam drzewa i jak najwięcej innej naturalnej roślinności, nie wymagającej podlewania, teren był wyprofilowany tak, by woda deszczowa mogła rozlać się i wsiąknąć, zamiast błyskawicznie trafiać do kanalizacji. Podobne rozwiązania, tyle że na większą skalę, można wprowadzać do kształtowania i utrzymywania zieleni miejskiej. Zamiast często koszonych trawników warto utworzyć kwietne łąki, co już w miastach widać. 

W skrócie: trzeba robić wszystko, by wodę zatrzymywać jak najbliżej miejsce, na które spadła, w miarę możliwości w sposób jak najbardziej naturalny. Nie w wielkich zbiornikach retencyjnych, które bywają czasem bardziej miejscem rekreacji niż prawdziwej retencji, co potwierdzają naukowcy z Polskiej Akademii Nauk. "Kluczem dla łagodzenia skutków powodzi i suszy powinna być naturalna i mała retencja (na przykład retencja korytowa, mokradła, doliny zalewowe) oraz retencja krajobrazowa" - pisali niedawno eksperci z nowego zespołu doradczego ds. kryzysu klimatycznego przy PAN. Podkreślają to, co mówią też ekolodzy: w działaniach urbanistycznych priorytetem powinna być rozproszona, miejscowa retencja, obecna w wielu punktach, wykorzystująca błękitno-zieloną infrastrukturę (czyli naturalne, półnaturalne i sztuczne obszary, które łączą zieleń i wodę). 

"Nawet w jednym roku może wystąpić zarówno susza, jak i powódź. Dawna 'nienormalność' staje się nową normalnością, a przyszłe ekstrema będą jeszcze bardziej ekstremalne niż w przeszłości, negatywnie oddziaływając na mieszkańców i gospodarkę Polski" - piszą naukowcy z PAN. 

Przemysław Nawrocki podsumowuje: - Konieczne jest podejście całościowe, powinniśmy nie tylko starać się adaptować do zmian klimatu, które sami spowodowaliśmy, ale i robić wszystko, by je zminimalizować, a docelowo odwrócić.

Więcej o: