"Zapomnieliśmy już o tym, że COVID-19 zabija". Koronawirusowe "hulaj dusza, piekła nie ma" kończy się pod respiratorem [WYWIAD]

Łukasz Rogojsz
- Narażeni są jak zawsze najsłabsi. Dzisiaj najsłabsi to niezaszczepieni oraz ci, którzy zaszczepić się zdołali, ale mają problemy z odpornością, wynikające chociażby z innych schorzeń - o tym, kogo zabiera czwarta fala koronawirusa, opowiada dr n. med. Grażyna Cholewińska, ordynatorka w Wojewódzkim Szpitalu Zakaźnym w Warszawie. Jak mówi, w tej fali wielu Polaków zakażenie próbuje przechorować w domu. Efekty są dramatyczne.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: 526, 571, 502 - to liczby ofiar śmiertelnych COVID-19 z przełomu miesiąca. To dużo czy mało jak na moment czwartej fali, w którym jesteśmy?

DR N. MED. GRAŻYNA CHOLEWIŃSKA*: Proporcja zgonów do liczby ogólnie wykrytych zakażeń jest w Polsce niepokojąca. Przykładowo w Niemczech od tygodnia codziennie jest po mniej więcej 70 tys. nowych przypadków COVID-19, ale zgonów w tym samym czasie raportuje się po 300-400. U nas mamy ponad 500 zgonów przy niespełna 30 tys. zakażeń. To ogromna liczba. Wziąwszy pod uwagę zbiorcze dane od początku epidemii, możemy powiedzieć, że zmarło już prawie 85 tys. ludzi. To olbrzymia żniwo jednej tylko choroby.

Kto jest najbardziej narażony?

Jak zawsze najsłabsi. Dzisiaj najsłabsi to niezaszczepieni oraz ci, którzy zaszczepić się zdołali, ale mają problemy z odpornością, wynikające chociażby z innych schorzeń. Te inne choroby to nie tylko AIDS i wirus HIV, ale m.in. również przewlekłe choroby tarczycy, reumatoidalne zapalenie stawów, rozmaite choroby autoimmunologiczne czy wreszcie ciąża. Mało kto wie, że ciąża jest fizjologicznym stanem obniżonej odporności, ponieważ organizm kobiety, także w kontekście immunologicznym, musi zabezpieczyć dwa organizmy — matki i dziecka.

Zobacz wideo Fala osób niezaszczepionych. Kto choruje w IV fali pandemii?

Załóżmy, że mamy dwie osoby o tym samym statusie szczepiennym. Jakie są inne czynniki ryzyka?

Pierwszy wymieniliśmy — niedobór odporności. Drugim jest zbyt późne zgłaszanie się chorych do placówek medycznych. Ta fala, ale też zachowania pacjentów, jest zupełnie inna od poprzednich. Pacjenci zgłaszają się do nas po dziesiątej dobie od zakażenia. To jest dziesiąta, dwunasta, a czasem nawet czternasta doba choroby, gdy zmiany w układzie oddechowym w płucach zrobiły się dramatycznie ciężkie. Obraz płuc w tomografii komputerowej pokazuje wówczas, że procesem zapalnym objętych jest już nawet 80 proc. płuc. Proszę to sobie wyobrazić — cztery piąte tkanki płucnej nie uczestniczy w wymianie gazowej!

Oni wam to jakoś tłumaczą? Mówią, dlaczego tyle zwlekali z przyjazdem do szpitala?

Po pierwsze, myślą, że będą chorować łagodnie, więc chcą jak najwięcej czasu spędzić w domu. Po drugie, bardzo długo nie wykonują testów w obawie przed uzyskaniem dodatniego wyniku. Dodatni wynik — jak mówią — skomplikowałby im życie: plany biznesowe, turystyczne, rodzinne, towarzyskie. Uważają, że lepiej nie zrobić testu i czekać w domu, co wyniknie w kolejnych dniach. Dopiero, kiedy mają 40 stopni gorączki i 80 proc. zajętych chorobą płuc — doznają olśnienia i uświadamiają sobie zagrożenie życia. Tyle że wtedy do szpitala zwozi ich już karetka, a zmiany w organizmie często są nieodwracalne.

Więcej o walce z czwartą falą pandemii koronawirusa przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl

Kto częściej próbuje przeczekać koronawirusa — zaszczepieni czy niezaszczepieni?

Mogę odpowiedzieć jedynie na podstawie pacjentów z mojego szpitala. U mnie leżą niemal wyłącznie osoby niezaszczepione. Osoby zaszczepione stanowią 1-2 proc. obłożenia łóżek covidowych. Dzisiaj przyjęliśmy pacjenta — 40-letni, wysportowany mężczyzna, nauczyciel, oczywiście nieszczepiony. Jeszcze w zeszłym tygodniu normalnie pracował w szkole. Ma astmę, przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (POChP), tj. ciężkie obciążenia w układzie oddechowym, bierze leki wziewne, ale mimo tego nie zaszczepił się. Nie zrobił sobie ani testu, ani nie zgłosił się do lekarza, kiedy pojawiły się pierwsze objawy zakażenia koronawirusem. Gdyby to zrobił, można byłoby ocalić jego płuca. Dzisiaj jest zakwalifikowany do podłączenia pod respirator. Podobnych ludzi jest, niestety, bardzo wielu.

Dr Franciszek Rakowski, jeden z analityków przygotowujących pandemiczne modele matematyczne, powiedział ostatnio w rozmowie z Gazeta.pl, że przed czwartą falą pandemii odporność na koronawirusa — czy to wyniku szczepienia, czy przejścia zakażenia — miało 75 proc. społeczeństwa. Czy liczby, które prezentuje w ostatnich dniach Ministerstwo Zdrowia, powinny nas w tym kontekście dziwić albo niepokoić?

Nie umiem powiedzieć, czy to na pewno jest 75 proc. uodpornionych. Sam pan powiedział, że to są modele matematyczne, więc opierają się na różnego rodzaju hipotezach. Zaszczepionych mamy nieco ponad 62 proc. całego społeczeństwa - mam tutaj na myśli dorosłych, dzieci i populację zaszczepionych niekompletnie, czyli jedną dawką. Według oficjalnych statystyk na COVID-19 chorowało 3,5 mln Polaków. Możliwe, że na modelach matematycznych tak te liczby wyglądają, ale nie mogę tego stwierdzić ze 100 proc. pewnością.

Musimy też wziąć też pod uwagę specyfikę wariantu delta. Dzisiaj ukazał się świetny artykuł na łamach "The New England Journal of Medicine", który pokazuje dynamikę zachowania się wirusa w czwartej fali pandemii. Na grafice pokazano, jak ogromne jest obciążenie wirusem organizmu niezaszczepionego i jak stosunkowo małe jest ono u osoby, która się zaszczepiła. To, czy mamy uodpornione 75 proc. społeczeństwa, czy nie, to tylko jedna kwestia. Ilość tego wirusa w zakażonym organizmie i to, co on złego może w nim zrobić, to zupełnie odrębna kwestia. Dopiero one dwie ujęte razem mogą być predyktorem ciężkość zakażenia.

Protesty w AustriiFala protestów w Europie. W Holandii zamieszki na ulicach kilku miast [ZDJĘCIA]

Porozmawiajmy chwilę o zaszczepionych i niezaszczepionych. Jaki odsetek osób po szczepieniu nie wytwarza przeciwciał albo wytwarza ich zbyt mało, żeby skutecznie chroniły przed zakażeniem, hospitalizacją czy zwłaszcza zgonem?

Od razu na początku musimy powiedzieć, że to jest kwestia bardzo indywidualna. Każdy człowiek inaczej produkuje przeciwciała i to po wszystkich szczepionkach, a nie tylko pod wpływem tej przeciwko koronawirusowi. Żeby była jasność: to nie jest mankament szczepionek przeciwko COVID-19. Jest pewien odsetek populacji na świecie — szacuje się, że to 1-5 proc. — który w ogóle nie produkują przeciwciał po szczepionkach. My w Polsce też takich pacjentów mamy. Cała reszta ludzi po szczepieniu wytwarza przeciwciała, ale w różnej ilości. Jednak poziom wytworzonych przeciwciał w cztery tygodnie po ostatniej dawce szczepionki — to wtedy uzyskujemy pełną odporność poszczepienną — nie u wszystkich zaszczepionych wystarcza na zapewnienie ochrony immunologicznej. U niektórych poziom przeciwciał poszczepiennych jest zbyt niski, żeby mógł człowieka obronić przed następnym atakiem wirusa. Zwłaszcza, jeśli ten następny atak jest innym wariantem genetycznym wirusa.

Wiemy, jaki odsetek populacji zaszczepionych i niezaszczepionych łapie infekcję wirusem SARS-CoV-2? Chodzi mi o zjawisko skali, porównanie proporcji.

Takie dane ma tylko Ministerstwo Zdrowia i — boleję nad tym — nie podaje ich do wiadomości publicznej.

2 grudnia resort poinformował za to: 71 proc. z 502 zgonów to osoby niezaszczepione, 62 proc. zmarłych po pełnym szczepieniu dotkniętych było tzw. wielochorobowością, średni wiek zmarłych w pełni zaszczepionych to 77 lat.

To pokrywałoby się z tym, co widzimy na naszych oddziałach. Trzeba tutaj jednak podkreślić ważną rzecz — również młodzi ludzie, osoby 20-, 30- i 40-letnie, aktualnie chorują i umierają. To już nie jest choroba seniorów. Młodzi umierają najczęściej dlatego, że nie wytworzyli przeciwciał. Wytwarzanie przeciwciał, czyli sprawność układu immunologicznego, zależy od ogromnej liczby czynników — m.in. środowiska, stylu życia, odżywiania, genów. Większość ludzi nie ma nawet pojęcia, że nie wytworzyła przeciwciał. To koronny argument za doszczepieniem trzecią dawką.

Napis 'Hambre' (głód) i protestujący mieszkańcy Wenezueli."Pandemia głodu" w Ameryce Łacińskiej jako następstwo koronawirusa

Można by pomyśleć, że po przyjęciu pełnej dawki szczepionki powinniśmy odczekać kilka tygodni i dla pewności zmierzyć sobie poziom przeciwciał, żeby wiedzieć, czy mimo szczepienia jesteśmy w grupie ryzyka.

Nie istnieją rekomendacje ani Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), ani Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (CDC), aby oznaczać ilość przeciwciał po podaniu szczepionki. Chociaż mówi pan bardzo logicznie. Niestety nie można oczekiwać ani zmuszać ludzi, żeby cztery tygodnie po szczepieniu komercyjnie badali poziom przeciwciał, bo nie ma tego w pakiecie świadczeń gwarantowanych NFZ. Wielu Polaków i tak to robi prywatnie, ale to też ma zarówno plusy, jak i minusy.

Jak to?

Jeśli zobaczą, że mają bardzo wysoki poziom przeciwciał, mogą nie zdecydować się na dawkę przypominającą albo bardziej lekkomyślnie podchodzić do swojego bezpieczeństwa w kontekście pandemii. Przeciwciała mają to do siebie, że po pewnym czasie dezaktywują się lub są niszczone przez nasze własne komórki układu odpornościowego. W przypadku COVID-19 wciąż nie mamy jednoznacznej odpowiedzi, jak długo utrzymują się przeciwciała.

W różnych szczepionkach wygląda to różnie. Przykładowo szczepionka przeciwko odrze, którą zaszczepimy się w dzieciństwie, daje nam protekcję poszczepienną nawet w wieku 30 lat. Wciąż mamy wówczas przeciwciała odpornościowe, bo to taka szczepionka. Ale nie wszystkie szczepionki są identyczne. Szczepionka przeciwko grypie albo przeciwko cholerze to szczepionki, w przypadku których musimy się częściej doszczepiać.

W przypadku szczepionki przeciwko COVID-19 naukowcy na początku twierdzili, że okres ochrony wynosi od sześciu do dziewięciu miesięcy.

Przyjmujemy okres krytyczny sześciu miesięcy. Ale to teraz w dobie pandemii. Być może, gdy pandemia ustanie i znów będziemy żyć w normalnych czasach — koronawirus co prawda z nami zostanie na długie lata, ale już nie w takim nasileniu jak w ostatnich 20 miesiącach — będziemy jak przy grypie zalecać raz na rok albo raz na dwa lata przyjęcie dawki przypominającej. Tyle że tu mówimy o czasach stabilności epidemiologicznej. Dzisiaj jesteśmy w środku pandemii, więc musimy doszczepiać się częściej. Tyle udowodniła nauka. Udowodniła też, że po przyjęciu tej trzeciej dawki bardzo szybko, nawet dziesięciokrotnie u niektórych pacjentów, wzrasta poziom przeciwciał.

Szczepienia przeciwko COVID-19Obowiązek szczepień w Polsce? Niedzielski: Pewne grupy powinny mu podlegać

Odporność — czy to naturalna, czy poszczepienna - to jedno, ale w odróżnieniu od niemal wszystkich krajów Unii Europejskiej nie mamy w Polsce żadnych restrykcji w czwartej fali pandemii. Sam fakt bycia zaszczepionym albo przechorowania COVID-19 to wystarczająca ochrona?

Nie, absolutnie. Eksperci od dawna mówią, że szczepionka jest najlepszym narzędziem walki z epidemią, ale sama tej epidemii nie pokona. Trzeba zawsze pamiętać o drogach transmisji wirusa. Tutaj jest to droga aerozolowa - przez kaszel, kichanie, bliski kontakt w zamkniętym pomieszczeniu. Dlatego nadal musimy głośno i do znudzenia powtarzać o noszeniu maseczek, myciu rąk, dezynfekcji, wietrzeniu pomieszczeń, unikaniu sytuacji, w których jesteśmy narażeni na kontakt z potencjalnie chorą osobą.

Nawet dzień czy dwa przed rozwinięciem pełnej infekcji osoba zainfekowana koronawirusem już zaraża innych. Mimo tego, że objawy jeszcze się nie pojawiły, a ona sama uważa siebie za zdrową. Jak wspomniany na początku rozmowy nauczyciel z mojego szpitala - czuł się dobrze, chodził do szkoły, aż rozwinęły się objawy infekcyjne i potem przez prawie dwa tygodnie próbował przeczekać chorobę w domu. Przez ten cały czas zakażał inne osoby z otoczenia. Niestety, nie przestrzegamy pandemicznych restrykcji czy środków ochrony, zapomnieliśmy już o tym, że COVID-19 zabija.

Ma pani poczucie — z rozmów z pacjentami albo własnych obserwacji — że część zaszczepionych uwierzyła, że złapała pana boga za nogi, więc odpuściła resztę ochrony przed COVID-19?

Tak. Tu kluczowy jest czynnik generacji. To, o czym pan mówi, jest cechą charakterystyczną dla ludzi młodych i bardzo młodych — nastolatków i dwudziestoparolatków. Są bardzo pewni siebie, uważają, że restrykcje są niepotrzebne, że ograniczają ich wolność i swobody, a oni sami są nieśmiertelni. Dlatego buntują się i często zachowują tak, jakby żadnej epidemii już nie było.

A to najsłabiej wyszczepiona grupa społeczna.

Właśnie. Bo ludzie starsi czy ci, którzy są już dotknięci jakąś inną chorobą, mają respekt do koronawirusa i stanu swojego zdrowia. Oni dużo bardziej wierzą, że szczepionka pomoże im nie zachorować ciężko na COVID-19 albo, jeśli już zachorują, to najpewniej przeżyją. Jednak nie mają 100 proc. gwarancji bezpieczeństwa, więc nie robią, co im się podoba.

* dr n. med. Grażyna Cholewińska — ordynatorka w Wojewódzkim Szpitalu Zakaźnym w Warszawie; Dyrektor ds. Medycznych oraz konsultantka wojewódzka w dziedzinie chorób zakaźnych dla Mazowsza; na początku pandemii opracowała broszurę "COVID-19. zapobieganie i kontrola zakażeń wywołanych przez SARS-CoV-2", która stała się przewodnikiem nt. bezpieczeństwa epidemicznego w szpitalach i poradniach oraz wskazywała standardy postępowania z chorymi na COVID-19; autorka wielu publikacji popularno-naukowych na temat infekcji SARS-CoV-2; przedstawia zagadnienia medyczne, wakcynologiczne i epidemiologiczne w formie wykładów i dyskusji eksperckich

Więcej o: