Fantomowa Rada Medyczna. Covidowy listek figowy, który ma zakryć to, że dla rządu polityka jest ważniejsza od skutecznej walki z pandemią

Łukasz Rogojsz
Rada Medyczna przy premierze miała sprofesjonalizować działania rządu w sprawie pandemii COVID-19 i zwiększyć szanse państwa na pokonanie koronawirusa. Rzecz w tym, że rządzący zaleceń Rady nie słuchają. Zwłaszcza tych, które zostałyby źle odebrane przez wyborców. Priorytetem rządu są sondaże poparcia. W Radzie nikt nie robi już z tego tajemnicy.
Oczywiście, że nasze decyzje i rekomendacje nie są brane pod uwagę

- irytuje się jeden z członków Rady Medycznej przy premierze, kiedy pytam go, jaki wpływ na walkę rządu z czwartą fali pandemii ma Rada.

Powtarzałem od samego początku, że Rada będzie pełnić rolę listka figowego i tak, niestety, jest

- dodaje nasz rozmówca.

Zobacz wideo Kiedy czeka nas szczyt czwartej fali pandemii i jak dotkliwy będzie?

Mówi inny z członków Rady Medycznej przy premierze:

To od początku tak wyglądało, od początku Rada była tak traktowana. Tutaj nic się nie zmieniło. Ani na gorsze, ani - niestety - na lepsze. Od kilku miesięcy apelujemy o rozwiązania, które mają miejsce we Francji czy Włoszech, ale jak dotąd nigdy nie spotkały się z akceptacją premiera i rządu. Jak rozumiem, decydujące są czynniki - nazwijmy to - pozamerytoryczne i pozamedyczne

Impotencja decyzyjna

Pytania o rolę Rady Medycznej i jej zalecenia w związku z drastycznie pogarszającą się z tygodnia na tydzień sytuacją epidemiologiczną padają coraz częściej. Padają dlatego, że zarówno rząd, jak i Ministerstwo Zdrowia odwlekają w czasie wszelkie konkretne i zdecydowane działania. Już niedawna decyzja o pozostawieniu w całej Polsce otwartych cmentarzy na Wszystkich Świętych wzbudziła zdziwienie oraz krytykę środowiska medycznego.

Uważam, że w tej sytuacji, którą dziś mamy, już powinny być wprowadzone regionalne lockdowny w gminach i powiatach. Małe lockdowny na małym terenie. Przecież mamy bardzo dokładne raporty z powiatów i poszczególnych gmin o zachorowaniach

- apelowała 26 października w "Porannej Rozmowie Gazeta.pl" dr Grażyna Cholewińska-Szymańska.

Te lockdowny powinny być już wprowadzone, w związku z tym tam, gdzie restrykcje byłyby zaostrzone, tam cmentarze nie powinny być dostępne, powinny być zamknięte. Po to, żeby nie stwarzać sytuacji możliwych nowych zachorowań

- zaznaczyła specjalistka ds. chorób zakaźnych i ordynatorka w Wojewódzkim Szpitalu Zakaźnym w Warszawie.

Więcej o czwartej fali pandemii koronawirusa i działaniach rządu w tej sprawie przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl

Mniej więcej w tym samym czasie minister zdrowia Adam Niedzielski na jednej z konferencji prasowych zapewniał, że "to już ten czas, że trzeba podejmować coraz bardziej drastyczne kroki. Będziemy musieli je podjąć, jeśli trendy się utrzymają". Dodał jednak, że "nie ma w tej chwili dyskusji o lockdownie", z kolei w kontekście Wszystkich Świętych dodał, że cmentarze "na pewno będą otwarte, nie będzie żadnego zaskakiwania".

Trendy, o których wspomniał szef resortu zdrowia, są niezmienne od wielu tygodni. Pokazują czarno na białym, że dynamiczna średnia siedmiodniowa nowych zakażeń koronawirusem rośnie z tygodnia na tydzień o kilkadziesiąt procent. Pisaliśmy o tym niejednokrotnie na Gazeta.pl. Jeśli ten trend się utrzyma - wobec braku działań władz nic nie wskazuje, żeby miało być inaczej - w drugiej połowie listopada będziemy mieć nawet po 25-30 tys. nowych przypadków COVID-19 dziennie.

Mimo tego, politycy z resortu zdrowia i z rządu wciąż jedynie mówią o analizowanych danych i dyskutowanych rozwiązaniach. Żadne znaczące rozwiązanie nie zostało jeszcze wprowadzone.

Decyzje będą zapadać na początku listopada

- zapewniał 26 października podczas spotkania z mediami minister Niedzielski. Tymczasem jest 5 listopada, właśnie odnotowaliśmy kolejny najwyższy wynik nowych dobowych zakażeń COVID-19 od czasu wiosennej fali pandemii, a reakcji władz jak nie było, tak nie ma.

Byle do wiosny

To jest strategia „byle do wiosny". Tyle że wtedy będzie kolejna fala i powtórka z rozrywki

- irytuje się nasz rozmówca z Rady Medycznej. I dodaje:

Podejmowane decyzje mają charakter polityczny, a Rada jest radą medyczną, więc daje rekomendacje medyczne. Na końcu wygrywa jednak polityka. Poza tym, to jest rada przy premierze, więc siłą rzeczy doradza wtedy, kiedy premier o radę pyta albo prosi. Tyle że nie pyta i nie prosi

Protesty podczas COP26COP26. Politycy debatują, aktywiści protestują. "Zakończcie zdradę"

O tym, że rządzący, spodziewając się rekomendacji surowszych obostrzeń i bardziej zdecydowanych działań, przestali prosić przedstawicieli Rady Medycznej o wytyczne mówią także inni nasi rozmówcy z Rady. Podkreślają, że Rada najczęściej była i jest konsultowana wtedy, gdy przedstawiane rozwiązania miały szansę zyskać przychylny odbiór społeczny.

Przy okazji czwartej fali rozwiązania, za którymi optujemy, nie spotykają się ze zrozumieniem rządu, premiera. My sobie dyskutujemy wewnętrznie, wypracowujemy najlepsze naszym zdaniem rozwiązania, a gdy pojawia się szansa interakcji z rządem, to te pomysły odbijają się od ściany

- mówi w rozmowie z Gazeta.pl jeden z ekspertów zasiadających w Radzie.

Inaczej było wiosną tego roku, gdy eksperckie decyzje były zgodne z linią polityczną rządzących. Wtedy były szybko implementowane

- wspomina.

Ale czy można się temu dziwić? 5 listopada resort zdrowia poinformował o 15 904 nowych przypadków COVID-19. To najwięcej od 16 kwietnia, gdy nowych zachorowań było 17 870. Tymczasem premier Mateusz Morawiecki na briefingu prasowym w Ząbkach sytuację epidemiczną i bierność rządzących w działaniu diagnozuje tak:

Widzimy też jak mało skuteczne na zachodzie Europy są różne restrykcje, różne kary, obostrzenia, które tam są wdrażane. Widzimy gigantyczne demonstracje na zachodzie, które są rozpędzane w bardzo brutalny sposób. Chcemy uniknąć tego, dlatego próbujemy znaleźć ten złoty środek w tych niezwykle skomplikowanych okolicznościach

Prawdę mówiąc, trudno nawet stwierdzić, od czego należałoby zacząć prostować tę wypowiedź. Najzasadniej i najkrócej byłoby napisać, że jest jednym, wielkim kłamstwem. Ale spróbujmy. Po pierwsze, surowsze restrykcje wobec niezaszczepionych spowodowały na zachodzie Europy wzrost popularności tamtejszych programów szczepień. Sztandarowym przykładem jest tutaj Francja, która już w ciągu pierwszej doby po ogłoszeniu przez prezydenta Emmanuela Macrona nowych obostrzeń zanotowała rekordowo wysoką liczbę rejestracji na szczepienia przeciwko COVID-19.

Prof. Krzysztof SimonProf. Simon: Zalecenia Rady Medycznej trafiają w próżnię

To dzięki temu takie kraje jak Francja, Włochy czy Hiszpania wyprzedzają Polskę pod względem odsetka wyszczepionej populacji o kilka długości. Podczas gdy w Polsce przynajmniej jedną dawką szczepionki przyjęło dotąd zaledwie 53,67 proc. społeczeństwa, we Francji zrobiło to 75,92, we Włoszech 77,34, a w Hiszpanii 81,44. Dodając do tego ludzi, którzy przechorowali COVID-19, te kraje mogą już mówić o uzyskaniu tzw. odporności populacyjnej, która dla wariantu Delta wynosi 85-90 proc.

Po drugie, restrykcje wprowadzone na zachodzie Europy, dzięki temu, że przełożyły się na liczbę szczepień przeciwko COVID-19, drastycznie zmniejszyły liczbę ciężkich przypadków COVID-19, hospitalizacji i zgonów. I to mimo często bardzo wysokich liczb nowych dziennych przypadków koronawirusa. Dlatego epidemiolodzy i wirusolodzy mówią wprost: czwarta fala pandemii stała się falą osób niezaszczepionych.

Wreszcie po trzecie - może to przemówi do premiera Morawieckiego, który jest wszak byłym prezesem banku, więc pieniądze liczyć potrafi – obostrzenia i skłonienie populacji do szczepień przeciwko COVID-19 umożliwiło normalne funkcjonowanie gospodarki. W Wielkiej Brytanii, gdy dobowo notowano po 40-50 tys. nowych przypadków COVID-19, obiekty sportowe mogły być zapełniane w 100 proc., a życie społeczne i gospodarcze toczyło się normalnie, chociaż z należytym poszanowaniem procedur antycovidowych.

Wzmianka o "gigantycznych demonstracjach na zachodzie, które są rozpędzane w bardzo brutalny sposób" to z kolei czysta demagogia. Po pierwsze, demonstracje antyszczepionkowców i przeciwników restrykcji miały miejsce przede wszystkim we Francji i Niemczech, a nie "na zachodzie". Po drugie, nie były "gigantyczne", bo liczyły po kilka, maksymalnie kilkanaście tysięcy osób. Kiedy tyle osób zgromadzi w Polsce na demonstracji opozycja, premier Morawiecki, dziwnym trafem, nie mówi o gigantycznych protestach antyrządowych. Po trzecie, protesty radykalnych grup, których interesy czy wartości stoją w jawnej sprzeczności z racją stanu państwa i dobrem ogółu społeczeństwa, nie są powodem do tego, żeby politycy chowali głowę w piasek i ustępowali ekstremistom. Przynajmniej na Zachodzie. W Polsce wciąż rządzący patrzą bardziej na sondaże poparcia, a nie na to, co po prostu należy zrobić.

Polityka przed zdrowiem

Takiego podejścia najwyraźniej mają już dosyć nawet doradcy premiera z Rady Medycznej. W ostatnim czasie coraz częściej publicznie i oficjalnie wspominają bowiem o rozbieżnościach między rekomendacjami Rady a działaniami rządu.

Wszyscy członkowie Rady Medycznej optowali za tym, żeby jak najwcześniej wprowadzić wykorzystanie certyfikatów szczepieniowych, wzorem innych państw. Dają one olbrzymie pole manewru i są olbrzymim bodźcem do pobudzenia szczepień

- mówił przed paroma dniami w Radiu ZET należący do Rady Medycznej prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa. Dodał, że zostało to zarekomendowane premierowi. Bez efektu.

Premier Mateusz Morawiecki (zdjęcie ilustracyjne)Obostrzeń nie będzie. Mateusz Morawiecki: Uruchamiamy szpitale tymczasowe

Prof. Magdalena Marczyńska z Kliniki Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (również członkini Rady Medycznej) w rozmowie z Polską Agencją Prasową odniosła się z kolei do możliwości wprowadzenia limitów miejsc w obiektach użyteczności publicznej i punktach usługowych. Mieliby do niej dostęp tylko klienci zaszczepieni albo ci, którzy przechorowali już COVID-19. Celem byłaby ochrona osób niezaszczepionych.

Nie mamy jednak informacji zwrotnej z rządu w tej sprawie. Do tej pory nie było woli wprowadzania przepisów, które warunkowałyby wejście do jakiegoś miejsca tylko osób zaszczepionych

- przyznała uczona.

"Kolejna fala się rozkręca. Nie zrobiliśmy nic w sierpniu, kiedy stosunkowo prosto mogliśmy spowolnić transmisję. Nie robimy nic teraz. Nawet jeżeli postawimy więcej łóżek i służba zdrowia nie upadnie, umrze bardzo wiele osób" - to już twitterowy wpis prof. Krzysztofa Pyrcia, specjalisty w zakresie mikrobiologii i wirusologii z Małopolskiego Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Uczony w ten sposób skomentował mapę, pokazującą skalę zakażeń COVID-19 w Europie w ramach czwartej fali pandemii.

Nawet prof. Andrzej Horban, główny doradca premiera ds. COVID-19, na antenie TVN24 powiedział, że między rekomendacjami Rady Medycznej a działaniami rządu coraz częściej są istotne rozbieżności.

Myślę, że istnieje pewnego rodzaju różnica pomiędzy tym, co sobie wyobrażają lekarze i epidemiolodzy, a pomiędzy tym, co robi rząd. To są jednak inne kalkulacje

- ocenił.

"Kalkulacje" to zresztą w całej sprawie słowo-klucz. Rządzący doskonale wiedzą, że wszystko to, co powinni jeszcze przed nadejściem czwartej fali pandemii zrobić jest albo niepopularne społecznie (obowiązkowe szczepienia przeciwko COVID-19, ostrzejsze restrykcje wobec niezaszczepionych), albo uderza w ich elektorat (regionalne lockdowny na tzw. ścianie wschodniej, na której sytuacja epidemiczna jest obecnie najtrudniejsza, a poziom wyszczepienia populacji najniższy).

Decyzje są polityczne. Po prostu. I tyle

- wzrusza ramionami jeden z naszych rozmówców z Rady Medycznej przy premierze.

Członkowie Rady są zgodni co do tego, że jeśli Rada miałaby pełnić swoją rolę należycie i realnie przysłużyć się walce z pandemią koronawirusa, musiałaby być autonomiczna wobec rządu i sama decydować o tym, jakie zalecenia przedstawiać społeczeństwu.

W momencie, gdy komunikuje się wiedzę wyłącznie do władz, zawsze dochodzi do zjawiska tzw. cherry picking, a więc wybierania z tej wiedzy tego, co się podoba, a ignorowania tego, co się nie podoba i jest niewygodne

- konkluduje jeden z naukowców, zasiadających w Radzie.

Na autonomię Rady Medycznej od władz nie ma w Polsce szans. Podobnie jak na to, żeby naukowcy decydowali o tym, jak walczyć z pandemią koronawirusa. Zostaje więc gra pozorów i obserwowanie, co podoba się wyborcom. Z nadzieją - a jakże - że uda się dotrwać do wiosny.

Więcej o: