Trzecia fala pandemii. W marcu chorowaliśmy na potęgę, w kwietniu będziemy na potęgę umierać [WYKRES DNIA]

Łukasz Rogojsz
Marzec był dla Polski najtrudniejszym miesiącem od początku pandemii koronawirusa. Łącznie na COVID-19 zachorowało grubo ponad 600 tys. ludzi. Chociaż szczyt trzeciej fali zdaje się być już za nami, to z wywołanym nim szczytem zgonów na COVID-19 dopiero przyjdzie nam się zmierzyć.

954 - dokładnie tyle osób ostatniej doby przegrało swoją walkę o życie z COVID-19. Tak wynika z danych przedstawionych 8 kwietnia przez Ministerstwo Zdrowia. To zdecydowanie najwyższa liczba dziennych zgonów spowodowanych koronawirusem od początku pandemii. Poprzedni najgorszy wynik był niższy od obecnego o niemal 50 proc.

Zobacz wideo Nie powinniśmy jeszcze przesądzać, że szczyt trzeciej fali pandemii jest już za nami

Śmiertelne żniwo

Niestety zatrważająca liczba zgonów nie dziwi. Jest naturalnym następstwem arcyciężkiego marca, który był dla polskiej ochrony zdrowia najtrudniejszym miesiącem od początku pandemii. Obecnie wchodzimy w szczyt fali zgonów, wynikającej bezpośrednio ze szczytu zachorowań w drugiej połowie marca. W ubiegłym tygodniu przestrzegał przed tym w "Porannej Rozmowie Gazeta.pl" dr Artur Zaczyński.

Do tego się przygotowujemy i cały czas staramy się być przygotowani z jak największym potencjałem łóżek, ale i jak największym potencjałem kadr

- zapewniał dyrektor szpitala tymczasowego na Stadionie Narodowym.

embed

Rzecznik resortu zdrowia Wojciech Andrusiewicz tak wysoką liczbę ofiar śmiertelnych tłumaczył zaległościami w raportowaniu zgonów przez placówki ochrony zdrowia.

Na te 954 dzisiejsze ogłoszone zgony mamy w granicach 100 zgonów z Wielkiego Piątku, mamy w granicach 130 zgonów z Wielkiej Soboty i 130 zgonów z Wielkiej Niedzieli

- wyliczył. Przyznał jednak to samo, co mówił pod koniec marca dr Zaczyński - powinniśmy przygotować się na śmiertelne żniwo marcowej fali zakażeń.

Musimy się liczyć z trendem wzrostowym w zakresie zgonów; jeżeli w ubiegłym tygodniu były zakażenia na poziomie 35 tys. dziennie, to teraz właśnie tę falę widzimy w szpitalach, w obłożeniu respiratorów i w liczbie zgonów

- analizował rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia. Należy tu jednak doprecyzować bardzo istotną kwestię - obecnie raportowane zgony nie są wynikiem zakażeń z ubiegłego tygodnia, tylko sprzed dwóch czy trzech tygodni. To wówczas obserwowaliśmy kilkudniowy szczyt zachorowań na poziomie 30-35 tys. zakażeń dziennie. Teraz zaczynamy płacić za to rachunek.

embed

Czarny marzec

Ten rachunek będzie bardzo wysoki - nie powinno nas dziwić, jeśli dobowe liczby zgonów przekroczą nawet barierę tysiąca - ponieważ marzec był niezwykle ciężkim miesiącem dla naszego systemu ochrony zdrowia. Spośród dziesięciu najwyższych dobowych wyników zakażeń od początku pandemii aż siedem jest z marca (w tym sześć pierwszych!). Przez 31 dni marca odnotowaliśmy łącznie przeszło 614 tys. nowych zakażeń. To jedna czwarta (sic!) wszystkich przypadków od początku pandemii w Polsce.

To także minimalnie więcej niż podczas jesiennego szczytu zachorowań. Co prawda oficjalnie w listopadzie mieliśmy ponad 628 tys. zakażeń, ale 20 tys. z nich zostało dopisanych do listopadowych statystyk, kiedy odkryto błędy w raportowaniu z poprzednich miesięcy (te 20 tys. przypadków "zgubiło się" w statystykach Sanepidu i kiedy odkryto błąd, przypisano je do danych za 23 listopada). Chociaż liczba zakażeń w listopadzie i marcu jest zbliżona, to ta z 2021 roku powinna oddziaływać na naszą wyobraźnię zdecydowanie mocniej. Z dwóch powodów. Po pierwsze, w listopadzie nie działał jeszcze Narodowy Program Szczepień, wiec mniejszy odsetek populacji był "zabezpieczony" przed zakażeniem metodami farmakologicznymi. Po drugie, po wysokiej fali jesiennych zachorowań setki tysięcy Polaków nabyły naturalną odporność na koronawirusa, a mimo to w marcu doszło do powtórki. I to z pewną nawiązką.

embed

W marcu odnotowaliśmy też relatywnie dużo zgonów na COVID-19, jeśli przyjąć, że efekty marcowego szczytu zachorowań będziemy obserwować w kwietniu. Tymczasem już w ubiegłym miesiącu życie straciło prawie 9,3 tys. osób. Dla porównania - w grudniu, gdy obserwowaliśmy efekty szczytu jesiennej fali zachorowań, było to 11,4 tys. W kwietniu ta liczba zapewne będzie jeszcze wyższa. Po pierwsze dlatego, że w marcu zakażeń było więcej niż w listopadzie. Po drugie liczba hospitalizacji i ciężkich przypadków COVID-19 w trzeciej fali zachorowań była najwyższa od początku pandemii.

Kluczowa połowa kwietnia

Na ciężkie czasy szykują się również rząd i resort zdrowia. Już wiemy, że obowiązujący tzw. twardy lockdown potrwa co najmniej do 18 kwietnia. Chodzi m.in. o dodatkowe obostrzenia w handlu (mniejsze limity osób w sklepach i zamknięcie niektórych większości placówek handlowych), zamknięcie salonów fryzjerskich i kosmetycznych, a także szkół i przedszkoli. Zamknięta od dłuższego czasu pozostaje gastronomia i hotele. Ograniczone są zgromadzenia publiczne oraz liczba osób mogących w tym samym czasie korzystać z transportu zbiorowego.

W przyszłym tygodniu będziemy podejmowali kolejną decyzję, co robić dalej

- oznajmił na konferencji prasowej 7 kwietnia minister zdrowia Adam Niedzielski. Jak podkreślił, głównymi wyznacznikami dla dalszych decyzji rządu będzie tygodniowa dynamika przyrostu bądź spadku dobowej liczby nowych przypadków, a także obłożenie infrastruktury szpitalnej.

Mamy w perspektywie przyspieszenie szczepień, mamy coraz więcej ozdrowieńców, zatem te naturalne bariery są coraz bardziej wyraziste

- z ostrożnym optymizmem zauważył polityk.

embed

Ten ostrożny optymizm można opierać na tym, że porównując dynamikę nowych zakażeń w ujęciu tygodniowym już od drugiej połowy marca widać wyhamowanie niezwykle wysokiego wcześniej trendu wzrostowego. Pierwszy tydzień kwietnia potwierdza tę prawidłowość, ale tutaj należy brać poprawkę na okres świąteczny, który z oczywistych względów wypacza prawdziwy obraz epidemii.

O tym, czy w święta zachowywaliśmy się odpowiedzialnie i nie doprowadzimy do odwrócenia trendu mówiła 6 kwietnia w "Porannej Rozmowie Gazeta.pl" epidemiolożka i wirusolożka prof. Maria Gańczak.

Byłabym ostrożna w ferowaniu wyroków, że szczyt trzeciej fali jest za nami

- podkreśliła. I dodała, że dopiero w okolicach 15-16 kwietnia przekonamy się, czy najgorsze w trzeciej fali mamy już faktycznie za sobą.