W szpitalach brakuje łóżek dla chorych na COVID-19: "Mamy miejsce w Grodzisku, ale Wielkopolskim"

Załogi karetek coraz częściej słyszą w szpitalach, że brakuje miejsc. Są odsyłani od jednego miejsca do drugiego. W Warszawie pacjenci czekają na miejsce w szpitalu nawet kilkanaście godzin. "Czas oczekiwania nieznany. Mamy minus pięć miejsc" - słyszą od dyspozytorów ratownicy medyczni. Problem dotyczy całego kraju.

Do nagrań warszawskich dyspozytorów z kierowcami karetek dotarł dziennikarz "Wydarzeń" Polsatu, Artur Molęda. Nagrania są zapisem codzienności ratowników, którzy codziennie walczą o zdrowie i życie pacjentów.

Zobacz wideo Ponad pół tysiąca ofiar pandemii dziennie. Ekspertka komentuje

"Czas oczekiwania nieznany. Mają minus pięć miejsc"

Nagrania opublikowane przez Polsat dowodzą, że w stolicy trudno znaleźć wolne miejsce w szpitalu dla pacjentów covidowych. W materiale słychać ratownika, który mówi: 

Przyjechaliśmy na Szaserów i dostaliśmy informację od lekarza tutaj z SOR-u na kontenerach, że czas oczekiwania nieznany. Mają minus pięć miejsc.

To codzienność w większości placówek medycznych, nie tylko w Warszawie. Ratownicy medyczni nie odpuszczają łatwo, z jednego szpitala pędzą na sygnale do kolejnego oddziału, skąd także są odsyłani. - Niestety na Solcu pani doktor odpisuje mi pacjenta. Mówi, że nie ma miejsc. W wózkowni trzymają pacjentów - mówi ratownik.

- Ja jestem świadoma, że nigdzie nie ma wolnych miejsc. Nigdzie - odpowiada dyspozytorka.

"Są miejsca w Grodzisku, ale Wielkopolskim". "Jedziemy na ślepo"

Na Szaserów i Solcu miejsca dla pacjenta z karetki zabrakło. Dyspozytor wydaje więc polecenie, by ratownicy jechali do szpitala na ul. Banacha. - No dobra. Na pewno mi odmówią. Jestem tego więcej, niż pewna - odpowiada ratowniczka medyczna po drugiej stronie słuchawki. 

- Stoimy pod izbą przyjęć na Orłowskiego. Bez szans na przyjęcie. Przed nami 178 odpisane, my nawet nie idziemy, nie próbujemy. Co robić dalej? - pyta ratownik medyczny z karetki. - 102, w takim razie dla ciebie Otwock, Reymonta - odpowiada dyspozytor.

Przejeżdżanie dziesiątek kilometrów to dziś dla ratowników codzienność. Normą stało się także odsyłanie jednostek do innych miast, często oddalonych od stolicy o kilkadziesiąt kilometrów. Pandemia koronawirusa powoduje, że ratownicy nie wiedzą, czy po przyjechaniu na nowe, ustalone miejsce, wciąż będzie wolne łóżko dla ich pacjenta. 

- Mam dobrą i złą wiadomość. Miejsca w Grodzisku są, ale Wielkopolskim - mówi jednej z ekip dyspozytor. - Jedziemy na ślepo, nie wiedząc, czy to miejsce będzie nas czekało, czy zostaniemy odbici i pojedziemy jeszcze dalej i jeszcze dalej - opowiada Maciej Koperski, ratownik medyczny. 

- Podaj mi, proszę, namiary na Kozienice - mówi na nagraniu ratownik kolejnej stołecznej karetki. - W raporcie trzy miejsca, więc lepiej, żebyś tam szybko dotarł, zanim ktoś cię ubiegnie. Wiesz, że kierowca potrafi - rzuca dyspozytor. - Już się zapinam w pasy. No… zobaczymy czy będziemy mieli farta. Mam nadzieję - odpowiada ratownik. 

Ratownicy medyczni: "My działamy, jak w stanie wojny"

- My działamy, jak w stanie wojny. Jeszcze rok temu to było niewyobrażalne, żeby czekać z pacjentem na przykład w ciężkim stanie po kilka godzin - mówi "Wiadomościom" Polsatu Magdalena Kompińska, ratowniczka medyczna.

Sprawne przyjmowanie zespołów karetek ułatwiłoby pracę medyków. Niestety, brak miejsc powoduje, że zespół jest unieruchomiony często nie tylko na kilka minut, ale również czasem i godzin. - Jest ten lęk cały czas. Słyszymy, że szukają wolnego zespołu, bo jest wypadek. A czasami może nas tam zabraknąć, gdzie jest większa potrzeba pomocy - ratowniczka medyczna Klaudia Grażyńska.

Szczyrk. Nie było karetki, pojechali strażacy. Za późno

O trudnej sytuacji ratowników medycznych mówiła Marta Solnica, dyrektorka Centrum Ratownictwa Medycznego i Transportu Sanitarnego w woj. świętokrzyskim. - Praca załogi pogotowia ratunkowego obecnie jest naprawdę bardzo ciężka, dlatego, że zgłoszeń, szczególnie do pacjentów covidowych, jest bardzo dużo. Zespoły jeżdżą cały czas, a w międzyczasie trzeba zdezynfekować karetkę, co jest czasochłonne i dosyć trudne - mówi Solnica.

W zeszłym tygodniu w Szczyrku (woj. śląskie) zabrakło wolnej karetki dla 87-letniej mieszkanki, która miała problemy z oddychaniem. Ambulans nie mógł dojechać, więc na miejsce wezwano Ochotniczą Straż Pożarną. Pomoc przybyła jednak za późno - mimo reanimacji kobieta zmarła. 

Anonimowy czytelnik opowiedział portalowi Onet.pl historię znajomego z Gdańska, który zachorował na COVID-19. - Ratownicy nie wiedzieli, gdzie go zawiozą. Mówili, że może to być Elbląg, Olsztyn, Ostróda, a w skrajnej sytuacji nie jest wykluczone, że będzie to Warszawa. - opowiadał czytelnik. Ostatecznie mężczyzna trafił do szpitala w Chojnicach, oddalonych od Gdańska o 140 km.

Kolejne przykłady można mnożyć. Pacjentka z Ostrołęki trafiła do szpitala oddalonego o 170 km, a w najbliższej okolicy funkcjonowała tylko jedna karetka. Decyzję o odesłaniu pacjentki do Łosic, miejscowości znajdującej się na skraju Mazowsza podjęto, ponieważ w miejscowym szpitalu zabrakło miejsc. 

Coraz częściej na pomoc muszą ruszać śmigłowce LPR, ponieważ problemem nie jest wyłącznie brak miejsc w szpitalach, ale też wolnych karetek. - Karetki mają teraz bardzo dużo roboty i akurat nie było wolnej. Widzimy, że coraz częściej do zatrzymania akcji serca przylatuje LPR. My zresztą też coraz częściej jedziemy jako pierwsi, zamiast karetki - powiedział w rozmowie z tvnwarszawa.pl Łukasz Szulborski z legionowskiej straży pożarnej.

Więcej o: