40-70 proc. bardziej zakaźny, 62 proc. bardziej śmiertelny. Brytyjski wariant koronawirusa zgotuje nam piekło [WYWIAD]

Łukasz Rogojsz
- Jeśli chodzi o polski scenariusz trzeciej fali epidemii, to można podsumować go jednym zdaniem, skierowanym do rządzących: nie mówcie, że was nie ostrzegano - mówi w rozmowie z Gazeta.pl epidemiolog i specjalista chorób zakaźnych prof. Maria Gańczak.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Można było uniknąć tej trzeciej fali? Mamy szczepionki i programy szczepień, a duża część populacji i w Europie, i na świecie przechorowała już koronawirusa.

PROF. MARIA GAŃCZAK*: To bardzo dobre pytanie, ale żeby na nie odpowiedzieć musimy wrócić do samego początku trzeciej fali w Polsce, czyli okresu świąteczno-noworocznego. To wtedy - jak się szacuje - około 100 tys. Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii przyjechało do Polski na święta.

To wtedy się zaczęło?

Tak. Zresztą już wówczas przed tym ostrzegaliśmy, bo było wiadomo, że na Wyspach następuje eksploracja nowego wariantu SARS-CoV-2 i że powoduje on pogorszenie sytuacji epidemiologicznej w Wielkiej Brytanii. Z naszej strony pozwolenie na wjazd do Polski tysiącom ludzi bez ich przetestowania przed wjazdem było nieodpowiedzialne. Otwarcie się na tak dużą liczbę osób, które mogły być potencjalnie zakażone bardziej transmisyjnym wariantem, musiało pociągnąć za sobą pogorszenie sytuacji epidemiologicznej także w Polsce.

Ostatecznie zamknęliśmy granice powietrzne dla przyjezdnych z Wielkiej Brytanii.

Za późno. Zresztą wcześniej sami wysłaliśmy samoloty na Wyspy po naszych rodaków, którzy chcieliby wrócić do kraju. Poza tym zamknęliśmy granice powietrzne, ale lądowe wciąż były otwarte. Co więcej, rozporządzenie ministra zdrowia w kwestii kwarantanny dla przyjezdnych było słabo egzekwowane. Nie było dobrej ścieżki diagnostycznej stworzonej dla tych ludzi. To wszystko spowodowało, że mieliśmy gotowy przepis, żeby wariant brytyjski (B.1.1.7) zaczął rozprzestrzeniać się w naszej populacji.

Zobacz wideo Trzecia fala pandemii dotknęła w ciężki sposób przede wszystkim młodszych ludzi

W końcu zaczął.

Tak i też się nie popisaliśmy jako państwo. Kiedy zauważyliśmy, że wariant brytyjski zaczyna eksplorować populację, należało szybko uruchomić dobrą diagnostykę w tym kierunku. Powołać najpierw zespoły specjalistów, a potem punkty, które sekwencjonowałyby dodatnie próbki w kierunku nowego wariantu. Pierwsze sekwencjonowania zaczęliśmy wykonywać dopiero pod koniec stycznia na próbkach zebranych pod koniec grudnia. W lutym okazało się, że 5-7 proc. próbek dodatnich to wariant brytyjski.

Wariant brytyjski to niejedyna nowa odmiana SARS-CoV-2. Coraz częściej spotykane na świecie są też warianty brazylijski i południowoafrykański. Zresztą uczeni co chwilę informują o nowych wariantach, wywołujących inne objawy, powodujących inne powikłania, inaczej reagujących na szczepionki. Czy nie tracimy wypracowanej z tak wielkim trudem kontroli nad pandemią?

Tu sytuacja jest bardzo różna w zależności od kraju, bo każdy kraj pisze swój własny scenariusz. Przykładowo Stany Zjednoczone, gdzie sytuacja epidemiologiczna jeszcze do niedawna była dramatyczna, zabrały się w ostatnim czasie bardzo intensywnie za szczepienia. W tej chwili ponad 33 mln Amerykanów jest już zaszczepionych. To wielki kraj, więc daleko tutaj do wyszczepienia nawet połowy populacji, ale 11 marca prezydent Biden zadeklarował, że do końca maja zaszczepiony zostanie każdy Amerykanin, który zapisze się do szczepienia. Scenariusz amerykański mówi: zaszczepmy jak najwięcej osób w jak najszybszym czasie, bo jeśli zaszczepimy prawie całą populację, to uniemożliwimy wirusowi dalsze mutacje.

Co mówi polski scenariusz?

Jest inny niż amerykański, bo musi być inny. Niestety kraje, które mają własnych producentów szczepionek są w naturalny sposób uprzywilejowane. Różnymi rozporządzeniami i nieoficjalnymi naciskami wpływają na to, żeby producenci w pierwszej kolejności zaopatrzyli własny kraj i własną populację. Jeśli chodzi o polski scenariusz, to można podsumować go jednym zdaniem, skierowanym do rządzących: nie mówcie, że was nie ostrzegano.

Kto ich ostrzegał?

My - epidemiolodzy, wirusolodzy, zakaźnicy, eksperci od modelowania epidemiologicznego. Już w lutym były sporządzone modele epidemiologiczne, które mówiły, że trzecia fala będzie nieunikniona. Jeśli wiemy, jaki wariant zaczyna eksplorować populację, jakie są jego cechy ważne przy transmisji zakażenia, to możemy przeprowadzić symulację, jak będzie wyglądać sytuacja w kolejnych tygodniach. Tak zrobili Amerykanie i wiele krajów europejskich; oni również wiedzieli, że nadchodzi trzecia fala.

Co my zrobiliśmy?

Pod tym względem też byliśmy przygotowani. Nasi specjaliści od modelowania epidemiologicznego również ostrzegali, że wariant brytyjski będzie niedługo dominować w Polsce. Dzisiaj ten wariant to ponad 40 proc. wszystkich dodatnich próbek. Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że w ciągu kolejnego tygodnia ten wskaźnik może przekroczyć 50 proc.

O wariancie brytyjskim wiemy, że jest znacznie bardziej zakaźny od wariantów, które dotąd dominowały w Polsce i w Europie. Czym jeszcze się od nich różni?

Tak, wariant brytyjski jest znacznie bardziej zakaźny od swoich poprzedników. Według różnych opracowań transmisyjność wariantu B.1.1.7 jest nawet o 40-70 proc. wyższa od krążącego dotychczas D614G. Wariant ten silniej i łatwiej wiąże się z obecnym na powierzchni komórek receptorem ACE2. Z badania, którego wyniki opublikowano niedawno w prestiżowym czasopiśmie "BMJ", dowiadujemy się też, że w przypadku zakażenia tym wariantem znacznie wyższe jest ryzyko zgonu.

Znacznie, czyli o ile?

Średnio o 62 proc. względem wariantu, który dominował do tej pory. To odbija się na liczbie zgonów, które raportujemy obecnie w Polsce i na świecie. Mamy więc dwa niepokojące zjawiska - wariant wirusa, który lepiej się transmituje, czyli więcej ludzi ulega zakażeniu, a wśród zakażonych śmiertelność jest wyższa niż w przypadku poprzedniego wariantu.

Przecież od roku powtarza się nam, że "w interesie wirusa nie jest bycie bardziej śmiertelnym, tylko bardziej zaraźliwym".

To nieprawda, nie ma żelaznej zasady ewolucji patogenów, która by mówiła, że zawsze zachodzi odwrotnie proporcjonalny związek między zjadliwością a transmisyjnością. Wszystko zależy od tego, co jest dla wirusa korzystniejsze.

Dzisiaj wiemy, że wariant brytyjski jest bardziej transmisyjny i bardziej śmiertelny, ale z punktu widzenia zdrowia publicznego jeszcze groźniejszy może być wariant południowoafrykański (B.1.3.5.1). Powoduje bowiem "ucieczkę immunologiczną", czyli uciekanie skomplikowanym mechanizmom naszego systemu odpornościowego. Mechanizm "ucieczki immunologicznej" jest prawdopodobnie złożony. Badania wykazują, że neutralizacja B.1.3.5.1 przez surowice naturalnie zakażonych lub zaszczepionych osób jest znacznie zmniejszona, co prowadzi w niektórych przypadkach do całkowitej niezdolności do neutralizacji tego wariantu. Wspomniane "uciekanie" przekłada się z kolei chociażby na brak odporności na ponowne zakażenie czy zmniejszoną skuteczność szczepionek.

Zmniejszoną o ile?

To zależy od preparatu. Zdecydowanie mniejszą skuteczność w stosunku do tego wariantu (57 proc.) wykazała wchodząca właśnie na rynek europejski szczepionka firmy Janssen i stojąca w kolejce do rejestracji w Unii Europejskiej szczepionka firmy Novavax (49-60 proc.). Szczepionki firmy Pfizer/BioNTech i Moderny wypadły lepiej - wyjściowa, wysoka skuteczność spadła w odniesieniu do B.1.3.5.1 średnio o 10 pkt proc. Co do szczepionki firmy AstraZeneca, to wstępny raport z badania przeprowadzonego w RPA na małej wielkości próbie sugeruje znaczną utratę skuteczności tej szczepionki przeciwko zakażeniu B.1.3.5.1 - 10,6 proc. skuteczności przeciwko chorobie o łagodnym i umiarkowanym przebiegu. Konieczne są poszerzone badania, które pozwolą określić, w jakim stopniu po zakażeniu wariantem południowoafrykańskim szczepionka chroni przed ciężkimi przypadkami COVID-19, hospitalizacją i zgonem.

Wariant brytyjski też obniża skuteczność szczepionek?

Szczepionki opracowane przez firmy Pfizer/BioNTech, Moderna i AstraZeneca na razie skutecznie chronią przed wariantem brytyjskim.

Lekarze raportują, że tym razem to młodzi ludzie, 20- i 30-latkowie, ciężko przechodzą COVID-19. Do tej pory byli najmniej zagrożoną grupą wiekową. Co się zmieniło?

Jesteśmy w fazie epidemii, w której nadal ścigamy się z wirusem. Sytuacja jest lepsza niż na przełomie października i listopada, bo mamy do dyspozycji szczepionki - 7,5 proc. populacji przyjęło choć jedną dawkę. Widać wyraźnie w tej trzeciej fali, że szczepienia na szczeblu populacji działają. Jeśli większość 80-latków i medyków jest zaszczepiona, to mamy dzięki temu mniej zakażeń wewnątrzszpitalnych SARS-CoV-2 oraz mniej zakażeń w grupie ryzyka ciężkiego przebiegu COVID-19. Widać to w statystykach - obecnie średnia wieku osób hospitalizowanych to około 62 lata. Starsi zostali uodpornieni, więc na oddziały szpitalne trafiają młodsi.

Do tej pory byli znacznie odporniejsi na wirusa. Zmiana jest olbrzymia.

Tak jak w poprzednich miesiącach trwania epidemii, nadal wielu młodych ludzi przechodzi zakażenie objawowo lub doświadcza jedynie łagodnych objawów choroby. Jednak należy uwzględnić fakt, że obecnie bardziej transmisyjny wariant SARS-CoV-2 eksploruje populację. Gdy weźmiemy pod uwagę styl życia młodych ludzi - rozbudowaną sieć kontaktów społecznych i niechęć do przestrzegania obowiązujących obostrzeń - możemy powiedzieć, że są na celowniku wirusa.

Zakażenie wariantem B.1.1.7. wiąże się ze zwiększonym ryzykiem zgonu. Skoro wzrasta liczba zakażonych w populacji, w tym także młodych osób, to statystycznie będziemy notować więcej ciężkich przypadków i zgonów. Jeśli dodamy do tego czynnik ryzyka jakim jest - wcale nie tak rzadka wśród młodych dorosłych - otyłość, to nie powinno dziwić, że wśród hospitalizowanych obecnie pacjentów są również 30. czy 40. latkowie.

Nie zapominajmy też o czynnikach genetycznych, które są bardzo ważne. We prestiżowym czasopiśmie naukowym "Nature" ukazał się ostatnio ciekawy artykuł. Zidentyfikowano w nim nowe rejony genomu ludzkiego, których zmienność może być przyczyną ciężkiego przebiegu COVID-19.

Sytuację dodatkowo pogarsza fakt, że wiele młodszych osób nigdy nie chorowało na poważne choroby. Nie są chętni, żeby zgłaszać się do lekarza, gdy stwierdzą u siebie objawy sugerujące COVID-19. Zazwyczaj bagatelizują te objawy i decydują się na pozostanie w domu do ostatniej chwili, bo myślą, że wirus jest dla nich mniej niebezpieczny.

Druga fala pandemii na przełomie października i listopada wywołała w Polsce gigantyczne spustoszenie. Jak będzie teraz?

Trudno stawiać miarodajne prognozy, ponieważ mamy wiele niewiadomych. Problemem są opóźnienia w dostawach szczepionek, którymi mieliśmy wyszczepić znaczną część populacji. Jeśli układamy model epidemiologiczny, w którym zakładamy, że kolejne grupy wiekowe i społeczne będą sukcesywnie szczepione, a nagle proces szczepień się opóźnia, to zaburza cały model.

Drugą niewiadomą jest to, na ile rząd będzie konsekwentny we wprowadzaniu obostrzeń. Medialnie już nazwano to lokalnymi czy regionalnymi lockdownami, ale to są raczej zwiększone obostrzenia, a nie lockdown, jaki znamy z początku epidemii. Obecnie mamy do czynienia z zamykaniem galerii handlowych, basenów, kin, teatrów czy muzeów, nauczaniem hybrydowym w klasach I-III, a nie z drastycznym ograniczeniem przemieszczania się ludności. Jak rodacy podejdą do obostrzeń? Czy będą konsekwentnie stosowali znane od początku epidemii zasady kontroli zakażeń? Rzeczywistość pokazuje, że z tym jest różnie.

Regionalizacja obostrzeń nie jest lepszą strategią niż lockdown całego kraju?

Z ekonomicznego punktu widzenia na pewno jest lepszą strategią i w tym zakresie odrobiliśmy lekcję. W czasie jesiennej fali zachorowań nie było aż tak dokładnej analizy tego, co dzieje się na poziomie gmin i powiatów, a nawet jeśli była, to nie przywiązywano do niej należytej uwagi. Teraz jest lepiej. Jeśli nie możemy sobie pozwolić, żeby trzymać cały kraj w obostrzeniach, to dobrze, żeby trzymać w nich chociaż powiaty i województwa. Widać to po województwie warmińsko-mazurskim, gdzie sytuacja lekko się poprawiła po wprowadzeniu regionalnych obostrzeń. Jednak to jest długi proces i jest za wcześnie, żeby powiedzieć, że regionalizacja daje spektakularne efekty. To mały kroczek, lekkie zwiększenie naszych szans na opanowanie sytuacji.

Profesjonalizujemy się w walce z epidemią?

Nie do końca. Cofnijmy się o krok i postawmy pytanie retoryczne: czy właściwym było luzowanie obostrzeń w momencie, gdy wiedzieliśmy, że wariant brytyjski jest już w Polsce i eksploruje populację, a w innych krajach, które już wcześniej miały z nim problem, ta eksploracja następuje w sposób bardzo dynamiczny?

Dobowych zakażeń i zgonów było mało, a gospodarka ledwo dyszy, więc to nie takie oczywiste.

Przykro mi, ale nie umiem wytłumaczyć luzowania obostrzeń w takich okolicznościach. Zasada powinna być następująca: jeśli do drzwi puka wariant bardziej transmisyjny, to można spowolnić jego rozprzestrzenianie jedynie przy użyciu środków bardziej rygorystycznych, niż dotychczas stosowane. Przykład - kiedy u nas luzowano obostrzenia, w sąsiednich krajach robiono coś zgoła odmiennego, z wprowadzaniem godziny policyjnej włącznie. Reagowano wcześniej, żeby później nie mieć tak ostro i tak szybko narastającej trzeciej fali. To był błąd ze strony rządzących, niewytłumaczalny bieżącą sytuacją epidemiologiczną.

Mam rozumieć, że nie odrobiliśmy lekcji po jesiennym szczycie zachorowań?

To dwie zupełnie inne sytuacje, nie można ich porównywać. Trudno powiedzieć, że nie odrobiliśmy lekcji, bo warunki są zupełnie inne. W Polsce program szczepień, mimo okresowych utrudnień, przebiega dość sprawnie. Mamy sytuację, w której część populacji, konkretnie nieco ponad 4 mln osób, jest wyszczepiona. Do tego jesteśmy prawie pół roku później na osi czasu tej epidemii, co oznacza, że więcej osób nabyło odporność po naturalnym zakażeniu SARS-CoV-2. Mamy też jednak zupełnie inną sytuację, jeśli chodzi o możliwości transmisji wirusa, bo ten wariant jest znacznie bardziej zakaźny.

Nie przecenia pani nabytej odporności u tych, którzy przechorowali już COVID-19? Przypadki reinfekcji nie są niczym nadzwyczajnym.

To prawda, ale nie są też czymś częstym. Wariant brytyjski na szczęście nie jest wariantem, który "ucieka" naszej odporności. Znacznie groźniejszy pod tym względem jest na przykład wariant południowoafrykański.

Na koniec chcę zapytać o kwestię, która wywołała ostatnio mnóstwo kontrowersji i obaw, także w Polsce. Chodzi o powikłania, również te śmiertelne, po podaniu szczepionki koncernu AstraZeneca. Wycofało ją z obiegu już dziewięć państw, chcąc sprawdzić możliwe powikłania, które wywołuje. Polska zamówiła 16 mln dawek tego preparatu i ludzie są nim właśnie szczepieni. Jest się czego obawiać?

Dotychczasowe doniesienia nie pozwalają jednoznacznie stwierdzić, że szczepienie tą szczepionką zwiększa predyspozycję do powstawania zakrzepów, bo o takich powikłaniach mówimy. Można przyjąć w tej sytuacji dwa podejścia. Pierwsze - są jakieś wątpliwości, więc do czasu ich wyjaśnienia nie zalecamy szczepień tym preparatem. Drugi - ponieważ nie udowodniono związku przyczynowo-skutkowego między podaniem szczepionki, a wystąpieniem powikłań, więc szczepimy dalej. Zwłaszcza, że to nie są powikłania występujące np. u co dziesiątego pacjenta, na razie mówimy o jednostkowych przypadkach.

Dobrze, ale to które podejście należałoby przyjąć?

Przede wszystkim trzeba poczekać na wyniki badań. Musimy zobaczyć, czy występowanie niepożądanego odczynu u zaszczepionych jest istotnie wyższe niż w populacji nieszczepionych o podobnym profilu wiekowym, zdrowotnym i genetycznym. Warto byłoby porównać duże próby, po kilka tysięcy osób, żeby nie było najmniejszych wątpliwości. W tym celu trzeba jednak uruchomić odpowiednie badania i zrekrutować do nich ludzi. To nie kwestia dni, a raczej tygodni, żeby koncern dał nam odpowiedź na pytanie, które pan postawił.

Nie mamy tyle czasu. Szczepienia odbywają się tu i teraz, powikłania mogą wystąpić również tu i teraz.

To prawda, ale musimy być bardzo uważni, żeby nie straszyć ludzi bez potrzeby i nie podkopywać ich zaufania do szczepionek i samej procedury szczepień w sytuacji, gdy od tego zaufania zależy zdrowie i życie setek milionów ludzi na całym świecie. Łatwo jest to zaufanie zniszczyć, a bardzo trudno odbudować. Na razie nie ma jednoznacznych dowodów na to, że szczepionkę należałoby wycofać z obiegu, więc poczekajmy, aż koncern dostarczy nam odpowiedzi na wszelkie wątpliwości.

* Maria Gańczak - epidemiolog, specjalista chorób zakaźnych; profesor nauk medycznych; nauczyciel akademicki; kierownik Katedry Chorób Zakaźnych Collegium Medicum Uniwersytetu Zielonogórskiego; wiceprezydent Sekcji Kontroli Zakażeń Europejskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego; autorka i współautorka podręczników akademickich oraz ponad 160 publikacji naukowych w prestiżowych czasopismach medycznych; recenzent WHO i ECDC; stażystka w Karolinska Institutet w Sztokholmie, United Arab Emirates University w Al Ain oraz University of British Columbia w Vancouver; współpracuje m. in. z London School of Hygiene and Tropical Medicine w Londynie i Academisch Ziekenhuis w Groningen

Więcej o: