"Nie można rządzić za pomocą rozporządzeń". "Niezgodne z prawem". Prawnicy oceniają strategię rządu

W tym tygodniu premier Mateusz Morawiecki wspomniał o możliwości ogłoszenia narodowej kwarantanny, jeśli przyrost zachorowań osiągnie kolejny, krytyczny już poziom. Nic nie wskazuje na to, by drugi po wiosennym całkowity lockdown miał zostać wprowdzony inaczej niż za pomocą rozporządzeń. A to, jak wskazują w rozmowie z Gazeta.pl prawnicy, nie jest najlepszą możliwą ścieżką ograniczania swobód obywatelskich czy czasowego zamykania kolejnych biznesów.

Podczas środowej konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki zapowiedział wprowadzenie kolejnych restrykcji. Wśród najważniejszych wymienił wprowadzenie nauki stacjonarnej również dla najmłodszych uczniów, zamknięcie placówek kultury i sklepów w galeriach handlowych (otwarte pozostaną sklepy spożywcze, apteki i drogerie), a także ograniczenie działalności hoteli

Premier Mateusz Morawiecki: dalszym krokiem może być narodowa kwarantanna

Zobacz wideo Morawiecki: Krok za tą granicą jest tylko narodowa kwarantanna, czyli całkowity lockdown

Morawiecki poinformował też, że w przypadku dalszych wzrostów zakażeń możliwe będzie wprowadzenie "narodowej kwarantanny z zakazem przemieszczania się", czyli de facto całkowitego lockdownu, z którym mieliśmy już do czynienia w pierwszym miesiącach epidemii. 

- Nie możemy czekać na to, aż tych łóżek będzie wolnych tylko 3 proc., a respiratorów - tylko 2 proc. Chcemy, żeby ten bufor bezpieczeństwa był większy. Dlatego jeden krok za tą granicą, którą dzisiaj wyznaczamy, za tym hamulcem bezpieczeństwa, który dzisiaj mocno wciskamy, jest tylko narodowa kwarantanna, czyli całkowity lockdown i całkowite zamknięcie handlu, usług, również części zakładów po to, żeby powstrzymać najgorsze, czyli pęknięcie w całości służby zdrowia - powiedział szef rządu.

Premier określił też, że wprowadzenie narodowej kwarantanny jest możliwe, jeśli poziom wskaźnik zachorowań osiągnie 75 przypadków na 100 tys. mieszkańców. - Jeśli obostrzenia nie przyniosą rezultatu, taki poziom zachorowań, może zostać osiągnięty w terminie 7-10 dni - stwierdził szef rządu.

Czym więc właściwie miałaby być wspomniana przez premiera "narodowa kwarantanna"? Eksperci zwracają uwagę na to, że takie określenie nie występuje w polskim porządku prawnym. 

- To czysta polityka. "Narodowa kwarantanna" ma zapewne jednoczyć obywateli wokół rządu, podkreślać to, że jesteśmy wspólnotą. Ale tak naprawdę nic nie oznacza. To puste hasło, za którym będą szły kolejne ograniczenia. A ponieważ wciąż nie wprowadzono któregoś ze stanów nadzwyczajnych, odszkodowania dla przedsiębiorców za straty wywołane lockdownem stoją pod dużym znakiem zapytania - ocenił w rozmowie z Gazeta.pl prof. Marek Chmaj, konstytucjonalista. 

- To marketing polityczny i próba zrobienia tego samego, co wiosną. Tyle tylko, że nie nazywamy już tego pełnym lockdownem, tylko narodową kwarantanną. Jeśli rzeczywiście się ją ogłosi, stworzy to kilka poważnych problemów - dodaje Marcin Szołajski z kancelarii Szołajski Legal Group.

Zakazy i nakazy wciąż wprowadzane są poprzez rozporządzenia. Czy podobnie będzie z narodową kwarantanną?

O jakich problemach więc mowa? Przede wszystkim należy zastanowić się, w jaki sposób narodowa kwarantanna - oznaczająca nowe restrykcje dot. poruszania się i kolejne zamykane branże - miałaby się urzeczywistnić. Jak dotąd większość obostrzeń wprowadzano za pomocą rządowych rozporządzeń, a nie ustaw. W rezultacie zaczęło pojawiać się coraz więcej głosów, że restrykcje nie mają odpowiedniego umocowania prawnego, co potwierdzały niektóre wyroki sądowe. Niech za przykład posłuży tu obowiązek zasłaniania ust i nosa - odpowiednie przepisy ustawowe Sejm uchwalił dopiero w październiku. Warto przypomnieć, że zgodnie z art. 31 konstytucji "ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie". 

W odpowiedzi na te zarzuty rządzący wskazywali, że w walce z epidemią świetnie sprawdza się ustawa z 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi i to właśnie na jej podstawie wydawane są rozporządzenia o restrykcjach. Jak jednak podkreślają prawnicy, w tym przypadku akty wykonawcze nierzadko stoją w sprzeczności z ich podstawą prawną. Dobrze obrazuje to przykład zapowiedzianego już zamknięcia sklepów w galeriach handlowych.  

- Ustawa o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi mówi o czasowym ograniczeniu określonych zakresów działalności przedsiębiorców. Ograniczeniem byłoby np. skrócenie godzin otwarcia galerii handlowych. Natomiast rozporządzenie, zgodnie z którym będą w nich czynne tylko niektóre sklepy, a inne mają się zamknąć, jest już bezprawne. Taki zakaz musi znaleźć się bowiem w ustawie. Ale to wymagałoby przeprowadzenia całej ścieżki legislacyjnej i podpisu prezydenta. Łatwiej zrobić to w zaciszu gabinetu - twierdzi Szołajski. 

- Choć już te dotychczas opublikowane rozporządzenia są niezgodne z prawem, rządzący wciąż wprowadzają kolejne bardziej zaostrzone restrykcje właśnie za pomocą tego aktu prawnego. Obawiają się bowiem, że nie zdołaliby dokonać tego w Sejmie. Spójrzmy w tym kontekście na Wielką Brytanię, gdzie - zgodnie z lege artis - ustawa o lockdownie jest procedowana przez parlament - dodaje prawnik.

Podkreśla też, że ew. zakaz opuszczania miejsca zamieszkania, podobny do tego z wiosny, najpierw powinien zostać doprecyzowany w ustawie, bowiem ta z 2008 r. nie jest w tej kwestii jednoznaczna.  

Jak przypomina prof. Chmaj, rozporządzenia są tylko aktami wykonawczymi do ustawy. - To w ustawach mają być wymienione ograniczenia, natomiast w rozporządzeniach powinny znaleźć się szczegółowe zasady ich wprowadzania bądź znoszenia. Rozporządzenie nie może kreować nowych treści normatywnych, ma służyć wyłącznie wykonaniu ustawy, która szczegółowo określa treść aktu wykonawczego. Nie można rządzić za pomocą rozporządzeń, ponieważ oznaczałoby to, że ustawa staje się zbędna, a tym samym zbędny staje się też Sejm - mówi konstytucjonalista.

Narodowa kwarantanna w ramach stanu nadzwyczajnego? Mało prawdopodobne

Wskazując na opisywane wyżej wątpliwości, przedsiębiorcy zaczęli domagać się od Skarbu Państwa zadośćuczynienia za poniesione straty. Wkrótce może się okazać, że ich nadzieje były płonne, ponieważ premier skierował wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niekonstytucyjności art. 417 [1] Kodeksu cywilnego. Przepis ten pozwala decydować sądom orzekającym w sprawie odszkodowań powstałym na skutek danego rozporządzenia, czy dany akt wykonawczy był zgodny z konstytucją.

- To, że de facto zakazuje się działalności niektórych branż na podstawie przepisu ustawy, który mówi jedynie o ograniczeniu, w mojej ocenie może być podstawą do ubiegania się o odszkodowania od Skarbu Państwa - o ile oczywiście Trybunał Konstytucyjny nie przychyli się do wniosku premiera. Taką podstawą byłoby już bezdyskusyjnie wprowadzenie stanu klęski żywiołowej. Na to rządzący jednak nie chcą się zdecydować - komentuje Szołajski w rozmowie z Gazeta.pl.

Biorąc pod uwagę ten konkretny, finansowy efekt wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, nie może dziwić, że rząd "upiera się" przy ustawie z 2008 r. oraz rozporządzeniach do niej, wyczekując jednocześnie korzystnego rozstrzygnięcia trybunału. Mało przemawia więc za tym, że pod pojęciem narodowej kwarantanny miałby się kryć któryś ze stanów nadzwyczajnych. 

Więcej o: