Już za tydzień może zabraknąć respiratorów, a za dwa tygodnie "łóżek covidowych". System ochrony zdrowia jest na krawędzi

Łukasz Rogojsz
Rosnąca liczba dobowych zakażeń i zgonów, kurczące się z każdym dniem zasoby "łóżek covidowych" i respiratorów, coraz mniej rąk do pracy przy łóżkach pacjentów. Do tego "niecovidowa" część systemu ochrony zdrowia stanęła w miejscu. Przewidziany na tę jesień czarny scenariusz dla polskiego systemu ochrony zdrowia materializuje się na naszych oczach.

21 października, środa. Liczba nowych zakażeń: 10 040 Liczba zgonów: 130. To odpowiednio najgorszy i drugi najgorszy wynik od momentu pojawienia się wirusa SARS-CoV-2 w Polsce. Widoków na rychłą poprawę nie ma. Wręcz przeciwnie. Półtora tygodnia temu, gdy sytuacja epidemiczna w Polsce była dalece mniej dramatyczna, minister zdrowia Adam Niedzielski przyznał na antenie TVN24, że "przyrost zakażeń z poziomu 3 tys. do poziomu ponad 4 tys. był zaskoczeniem".

Tak dużej eskalacji ja się nie spodziewałem

- powiedział.

Teraz kryzys jest o wiele głębszy. Na konferencji prasowej 19 października szef resortu zdrowia snuł czarne wizje najbliższych dni.

Musimy się liczyć też ze scenariuszami najgorszymi, które będą się realizowały w postaci 15 tys. czy 20 tys. nowych przypadków dziennie jeszcze w tym tygodniu

- zapowiedział następca Łukasza Szumowskiego. I dodał: - Z tego miejsca apeluję do wszystkich o bardzo poważne traktowanie wszystkich obostrzeń. Noszenie maseczek jest wymogiem podstawowym. Kto tego nie robi, jest osobą nieodpowiedzialną, która generuje ryzyko dla bezpieczeństwa innych.

Scenariusz nakreślony przez ministra Niedzielskiego, a więc skok liczby potwierdzonych nowych dziennych przypadków, do 15-20 tys. może oznaczać wyrok śmierci dla toczącego nierówną walkę z epidemią systemu ochrony zdrowia. Nawet pomimo wysiłków czynionych obecnie każdego dnia przez rządzących. Są to działania spóźnione w najlepszym razie o kilka tygodni; w najgorszym - o kilka miesięcy.

Zobacz wideo Obecny kryzys systemu ochrony zdrowia to zdaniem prof. Andrzeja Matyi, prezesa NRL, efekt 30 lat poważnych zaniedbań

Liczby nie kłamią. Jest źle

Skala problemu? Duża i ciągle rośnie. Do 1 października mieliśmy łącznie 93 481 potwierdzonych przypadków zakażenia koronawirusem. W trzy tygodnie podwoiliśmy tę liczbę. 21 października osób, u których wykryto wirusa SARS-CoV-2 było w Polsce już 202 579. To wzrost o niemal 117 proc. Nieco lepiej sytuacja wygląda, jeśli chodzi o zgony spowodowane koronawirusem. W tym samym przedziale czasowym ich liczba skoczyła z 2543 do 3851. Tu wzrost wynosi ponad 51 proc.

Jeśli chodzi o wykrywaną dobowo liczbę nowych zakażeń koronawirusem, jesteśmy w światowej czołówce. I z każdym dniem pniemy się w tej klasyfikacji coraz wyżej. 20 października zajmowaliśmy jedenaste miejsce na świecie; dzień później - już ósme. 21 października za nami znalazły się takie kraje jak Meksyk (5788; czternaste miejsce), Niemcy (8663; dwunaste miejsce), Czechy (8841, dziesiąte miejsce) czy Belgia (9679; dziewiąte miejsce). Zwłaszcza dwa ostatnie państwa wyjątkowo dotkliwe odczuły drugą falę epidemii, odnotowując rekordowe wzrosty zakażeń i zgonów. Czechy zdążyły już nawet ogłosić ponowny lockdown kraju.

Dane dotyczące epidemii koronawirusa w Polsce napawają niepokojem, ale należy brać poprawkę na to, co działoby się, gdybyśmy testowali na większą skalę. Od początku epidemii przeprowadziliśmy 4,11 mln badań (stan na 21 października), którym poddano 3,95 mln obywateli. W przeliczeniu daje to niecałe 109 tys. testów na milion mieszkańców.

Nie ma sensu porównywać się pod względem liczby testów (dane na 21 października) z Wielką Brytanią (30,19 mln; 444 tys. testów/milion mieszkańców), Niemcami (19,28 mln; 230 tys.), Hiszpanią (15,5 mln; 332 tys.), Włochami (13,96 mln; 231 tys.) czy Francją (13,93 mln; 213 tys.), bo to państwa znacznie ludniejsze i mające zdecydowanie więcej wykrytych przypadków koronawirusa. W tej statystyce wypadamy jednak zdecydowanie gorzej także od Danii (4,71 mln; 813 tys.), Belgii (4,22 mln; 363 tys.), Holandii (2,87 mln; 168 tys.), Rumunii (2,93 mln; 152 tys.) czy nawet Czech (1,89 mln; 176 tys.). Wszystkie pięć państw jest zdecydowanie mniej ludnych od Polski (niektóre wielokrotnie mniej), natomiast więcej (choć nieznacznie) przypadków koronawirusa wykryto jedynie w Holandii (253 134) i Belgii (240 159). Co ciekawe, w Danii wykonano aż 4,71 mln testów, chociaż potwierdzonych zakażeń jest tam zaledwie nieco ponad 37 tys.

Resort zdrowia w korespondencji z Gazeta.pl zapewnił, że "w sieci laboratoriów dedykowanych do prowadzenia działań w zakresie koniecznym do zwalczania epidemii wywołanej wirusem SARS-CoV-2 (laboratoria COVID) na dzień 19 października 2020 roku działało 209 podmiotów". Z informacji ministerstwa wynika, że obecne moce przerobowe tych 209 placówek to 70 tys. testów dziennie, ale "w razie potrzeby tę wydajność można zwiększyć". To o tyle ciekawe, że nawet w ciągu ostatnich tygodni, gdy liczba nowych dziennych przypadków rośnie w zatrważającym tempie, tylko raz przekroczyliśmy granicę 60 tys. testów na dobę - 15 października przeprowadzono ich 64 518.

Ministerstwo Zdrowia na swoim oficjalnym profilu na Twitterze chwali się jednak statystyką - przedstawia stan na 19 października - wedle której w Polsce na milion mieszkańców przypada zaledwie 96 zgonów spowodowanych przez COVID-19. Daleko przed nami w tej niechlubnej klasyfikacji są m.in. Czechy (141), Rumunia (309), Szwecja (585), Hiszpania (727) czy otwierająca zestawienie Belgia (897).

Jest się z czego cieszyć? Bynajmniej. Powyższa statystyka obejmuje bowiem liczbę zgonów od początku pandemii wiosną tego roku. Tymczasem, patrząc przez pryzmat czasu, Polska przez wiosenną falę zachorowań i miesiące letnie przeszła niemalże suchą stopą. Zwłaszcza porównując naszą sytuację z europejskimi państwami takimi jak Włochy, Wielka Brytania, Hiszpania czy Francja, które naprawdę boleśnie odczuły starcie z koronawirusem. Tam liczby zgonów na dobę dobijały do tysiąca, a liczby dziennych nowych przypadków nawet do 10 tys. W Polsce do 18 maja - data pierwszego luzowania rygorów sanitarnych - najwyższa dobowa liczba nowych zakażeń wynosiła 595; w przypadku zgonów - 40.

Żeby dobrze ująć to w perspektywie, porównajmy dwa przedziały czasowe. Od początku trwającej siedem i pół miesiąca epidemii, na milion mieszkańców w Polsce przypada 102 zmarłych na COVID-19 (stan na 21 października). Z kolei w pierwszych dwudziestu jeden dniach października ten wskaźnik wyniósł prawie 34,5 osoby na milion mieszkańców. Słowem: w trzy tygodnie "wyrobiliśmy" jedną trzecią wyniku z całej epidemii. To dobrze obrazuje, o jakim przyspieszeniu epidemii w Polsce obecnie mówimy.

Sprzęt na wagę złota

Czy jesteśmy do niego należycie przygotowani? Niestety nie. Papierkiem lakmusowym poziomu gotowości do walki z szalejącą na terenie naszego kraju epidemią jest sytuacja sprzętowa polskich szpitali. Nasze szanse na pokonanie wirusa SARS-CoV-2 mierzymy liczbą wykonanych testów, wolnych/zajętych "łóżek covidowych" i respiratorów oraz dostępnością personelu medycznego, który przy tych łóżkach i respiratorach musi czuwać nad chorymi. Żaden z tych parametrów nie przedstawia się zadowalająco i żaden nie gwarantuje, że w pewnym momencie nie zostaniemy pozbawieni narzędzi do stawiania oporu nacierającej epidemii.

W polskich szpitalach mamy obecnie 9439 zajęte "łóżka covidowe". To stan na 21 października. Z danych, które Gazeta.pl otrzymała od Ministerstwa Zdrowia - są aktualne na 19 października - wynika, że w skali kraju jest aktualnie 16 117 takich łóżek. Oznacza to, że zajętych jest 58,6 proc. miejsc. Gorzej wygląda sytuacja z respiratorami. Z informacji uzyskanej z resortu zdrowia dowiadujemy się, że zajętych jest 757 spośród 1179 maszyn. To 64,2 proc.

O ile same liczby są bez wątpienia ważne, o tyle jeszcze ważniejszy jest trend i jego dynamika. A trend jest wzrostowy. Mocno wzrostowy. W ciągu zaledwie tygodnia (14-21 października) liczba zajętych "łóżek covidowych" wzrosła o ponad 55 proc. (z 6084 do 9439), natomiast zajętych respiratorów o 62 proc. (z 467 do 757). Zwłaszcza ten drugi przypadek powinien niepokoić. Jeśli taki sam trend wzrostowy utrzymałby się przez kolejny tydzień, to 28 października mielibyśmy zajęte 1226 maszyn. Czyli więcej, niż wedle danych resortu zdrowia, jest obecnie dostępnych w skali kraju.

W przypadku "łóżek covidowych", utrzymując obecną dynamikę, 28 października mielibyśmy zajęte 14 630 miejsc, czyli niemal osiągnęlibyśmy obecny limit (16 117). Tydzień później - wciąż utrzymując tę samą dynamikę - zajętych łóżek byłoby już 22 692. W tym kontekście pozostaje nam tylko liczyć, że budowane naprędce szpitale polowe powstaną na czas i nie tylko znajdą się w nich dodatkowe łóżka, ale przede wszystkim personel medyczny, który przy tych łóżkach mógłby stanąć.

Niepokoi również fakt, że dane Ministerstwa Zdrowia dotyczące respiratorów zupełnie rozmijają się z tym, co podczas poniedziałkowego briefingu, zorganizowanego w składnicy Agencji Rezerw Materiałowych (AMR) w Tomaszowie Mazowieckim, przekazał mediom premier Mateusz Morawiecki.

Jeśli chodzi o respiratory, to dzisiaj w leczenie COVID-19 zaangażowanych jest około 600 respiratorów w odpowiednich miejscach w szpitalach. Prócz tego wolnych dzisiaj jest 810 respiratorów, ale tu, na magazynach w tym miejscu i w innych miejscach w Polsce jest ponad dwa tysiące respiratorów, które są dystrybuowane do szpitali

- oświadczył szef rządu.

Morawiecki zapewnił dziennikarzy, że w zeszłym tygodniu z Agencji Rezerw Materiałowych (ARM) do niemal 100 szpitali w całym kraju wyjechało 350 respiratorów i około 300 kardiomonitorów. Premier przekazał również, że rząd i agendy rządowe na bieżąco dokonują kolejnych zakupów specjalistycznego sprzętu medycznego, zwłaszcza respiratorów i kardiomonitorów.

Właśnie o te zakupy zapytaliśmy resort zdrowia. Dowiedzieliśmy się, że "jako główne źródło zabezpieczenia podmiotów leczniczych, jak również innych podmiotów - m.in. placówek opieki, służb, instytucji - są wskazane i planowane rezerwy strategiczne tworzone przez Agencję Rezerw Materiałowych na polecenie Ministra Zdrowia". "Dyspozycje Ministra Zdrowia w zakresie tworzenia kolejnych zasobów są wynikiem bieżącej analizy sytuacji epidemicznej, a w razie zidentyfikowanej potrzeby docelowy stan rezerw wybranych asortymentów jest zwiększany i niezwłocznie zakupywany przez ARM" - czytamy w odpowiedzi nadesłanej z Ministerstwa Zdrowia.

Żadnych konkretnych liczb ani resort zdrowia, ani ARM nie ujawniają. "Informacja dotycząca tworzenia rezerw strategicznych i aktualnego stanu rezerw jest objęta klauzulą niejawności i nie może być opublikowana" - tłumaczy resort.

Ręce, które leczą

Największym problemem polskiego systemu ochrony zdrowia w walce z epidemią koronawirusa nie jest jednak liczba "łóżek covidowych", respiratorów czy przeprowadzanych każdego dnia testów. Największym problemem jest niedobór kadry medycznej, zwłaszcza tej wyspecjalizowanej i wysoko wyspecjalizowanej - lekarzy zakaźników, specjalistów chorób zakaźnych, diagnostów laboratoryjnych, anestezjologów, pielęgniarek anestezjologicznych.

To jest zasadniczy problem. Łatwiej wybudować szpital, łatwiej kupić łóżko, łatwiej kupić respirator, natomiast mniej więcej od 30 lat mówimy, że kadry medycznej w Polsce jest coraz mniej, a potrzeby są coraz większe

- zwracał uwagę w "Porannej Rozmowie Gazeta.pl" prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Niestety zlekceważono sprawę kształcenia kadr medycznych. Tutaj nie chodzi nawet o brak lekarzy, bo zdecydowanie większe braki występują ze strony pań pielęgniarek. Tutaj jest już katastrofalna sytuacja

- dodał.

Przecież było wiadomo, że czeka nas kolejny szczyt zachorowań jesienią, że nadejdzie moment prawdy. Patrząc na obecną sytuację epidemiczną, odnosi się wrażenie, że niewiele zrobiono, żeby Polska była na to gotowa

- dziwiła się w rozmowie z Gazeta.pl już na początku października prof. Maria Gańczak, epidemiolożka z Katedry Chorób Zakaźnych Collegium Medicum Uniwersytetu Zielonogórskiego oraz wiceprezydentka Europejskiej Sekcji Kontroli Zakażeń.

Sytuację dodatkowo pogarsza fakt, że po wiosennej fali zachorowań na koronawirusa rząd zrezygnował z tzw. szpitali jednoimiennych, które przyjmowały do siebie pacjentów chorych na COVID-19. Wielką zaletą tego rozwiązania było ograniczenie transmisji wirusa w placówka ochrony zdrowia, a co za tym idzie zredukowanie liczby personelu medycznego, który został czasowo wyeliminowany z pracy przez konieczność odbycia kwarantanny lub, w cięższych przypadkach, konieczność hospitalizacji. Kiedy tzw. szpitale jednoimienne zniknęły, pacjenci chorzy na COVID-19 znów zaczęli być przyjmowani na wszystkich szczeblach systemu. Efekt był łatwy do przewidzenia - zamykanie kolejnych oddziałów, a nawet całych placówek medycznych i kolejni medycy na kwarantannie lub szpitalnym łóżku.

Resort zdrowia pytany o skalę problemu, jakim są zamknięte oddziały i szpitale, unika udzielenia odpowiedzi. Odsyła z tym pytaniem do wojewodów. Podaje natomiast, jak wielu przedstawicieli personelu medycznego od początku epidemii było zmuszonych do udania się na kwarantannę. Mowa o 11 689 lekarzach, 24 826 pielęgniarkach, 2323 położnych, 1297 dentystach, 1124 farmaceutach i 739 diagnostach laboratoryjnych. To najświeższe dane, jakimi dysponuje ministerstwo, a i tak są aktualne na 12 października.

W tym kontekście co najmniej dziwią słowa ministra Niedzielskiego z 8 października. Pytany o coraz poważniejsze braki kadrowe wśród personelu medycznego, zapowiedział, że "niecovidowy" personel medyczny będzie przesuwany do zadań związanych z przeciwdziałaniem epidemii.

Łóżka nie leczą, respiratory same nie działają, więc będziemy również pracowali nad tym, żeby personel medyczny w znacznie większym stopniu zaangażował się w walkę z pandemią

- powiedział szef resortu zdrowia.

Patrząc na efekty, rządzący najwyraźniej zdali sobie sprawę z pomyłki, jaką była rezygnacja ze szpitali jednoimiennych. W jesiennej strategii walki z koronawirusem wrócili do tej koncepcji, chociaż pod inną nazwą - szpitali koordynacyjnych trzeciego stopnia. To one i ich kierownictwa miały zawiadować walką z postępującą epidemią, co wzbudziło zdziwienie i protest pracujących tam lekarzy. Ci, co zrozumiałe, mieli wystarczająco dużo pracy z coraz większą liczbą pacjentów chorych na COVID-19, a nagle rządzący zaczęli oczekiwać od nich zajmowania się strategią, planowaniem i logistyką. Zdaniem lekarzy za te zadania powinny odpowiadać sztaby kryzysowe przy wojewodach, a także sztab kryzysowy przy premierze i ministrze zdrowia.

System już nie wytrzymuje

W całym epidemicznym szaleństwie wiele osób - przede wszystkim polityków obozu władzy - zapomina o tym, że część systemu ochrony zdrowia walcząca z epidemią koronawirusa, to tylko fragment wielkiej całości. Inne choroby i schorzenia na czas epidemii wcale nie zniknęły ani nawet nie stały się mniej groźne dla pacjentów. Dlatego zapowiedziane przez resort zdrowia przekierowywanie medyków "niecovidowych" do walki z epidemią budzi sprzeciw środowiska lekarskiego.

Nikt nie ma wątpliwości, że postępująca epidemia jest aktualnie najbardziej palącym problemem, ale zostawienie odłogiem całej reszty systemu ochrony zdrowia sprawi, że na inne choroby i schorzenia zacznie umierać znacznie więcej Polaków. Jak tłumaczą lekarze, dziś pacjenci z powodu epidemii boją się odwiedzać szpitale i przychodnie, często odwołują też wcześniej zaplanowane wizyty i zabiegi. Ci, którzy jednak decydują się w szpitalu pojawić i zaplanowany zabieg przejść, coraz częściej też nie mają na to szansy, bo zwyczajnie nie ma ludzi, którzy mogliby te usługi wykonać (znów: wszystkie siły rzucone na walkę z COVID-19). Skutkiem tej sytuacji będzie nie tylko większa śmiertelność z powodu innych chorób, ale też zapchanie systemu ochrony zdrowia, gdy epidemia wreszcie dobiegnie końca. Pamiętając fatalną wydolność systemu jeszcze przed epidemią, łatwo się domyślić, jak będzie to wyglądać.

Szczególni ciężka sytuacja jest w onkologii, gdzie tylko wiosną tego roku liczba wydawanych kart Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego (DiLO) spadła, wedle różnych szacunków, o 25-40 proc. Dodatkowo spadła liczba przeprowadzanych chemio- i radioterapii oraz zabiegów onkologicznych. Kryzys dotknął jednak nie tylko onkologię. W podobnym położeniu znajdują się kardiologia, neurologia, wszelkie dziedziny medycyny zajmujące się chorobami płuc. De facto istnieć przestała jakakolwiek profilaktyka zdrowotna, na którą w ogniu walki z epidemią nie ma ani czasu, ani ludzi, ani środków.

Jako przykład podajemy onkologię i kardiologię, bo to są najczęstsze przyczyny zgonów w Polsce, ale we wszystkich chorobach są braki

- mówił w rozmowie z Gazeta.pl prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Pandemia obnażyła w sposób bezwzględny wszystkie braki systemowe, które mam nadzieję będą nauczką dla polityków na przyszłość. Niewydolność systemu w normalnych warunkach była monitorowana i przekazywana, ale była też lekceważona

- dodał. Pytany o to, jak długo system ochrony zdrowia wytrzyma jeszcze obecny kryzys, nie pozostawił złudzeń: - On już nie wytrzymuje.

Wszystkie ręce na pokład

Rządzący robią, co mogą, żeby minimalizować skutki jesiennej ofensywy koronawirusa, ale to bardziej reagowanie na bieżąco na rozwój sytuacji, niż realizowanie przygotowanego wcześniej planu, który przewidział taki rozwój wypadków. Jak mówił niedawno Marcin Jędrychowski, dyrektor Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie:

Problem polega na tym, że jesteśmy cały czas tydzień-dwa za epidemią, zamiast ją wyprzedzać. Aby pewne decyzje miały sens i faktycznie nas chroniły, powinny budować system, ekstrapolując trend, a nie podążać za nim. Dzisiaj jest odwrotnie.

Na szczeblu rządowym zapadły jednak decyzje, które mają zwiększyć szanse polskiego systemu ochrony zdrowia w starciu z epidemią. Przede wszystkim, premier Morawiecki podjął decyzję o budowie szpitali tymczasowych na terenie całego kraju. Docelowo w każdym mieście wojewódzkim ma powstać taki szpital, dzięki czemu zwiększona zostanie baza "łóżek covidowych". Pierwsza taka placówka powstaje właśnie na Stadionie Narodowym w Warszawie. Docelowo ma obsłużyć nawet 500 łóżek.

Rzecz w tym, że może brakować do tego personelu, a już zwłaszcza personelu wyspecjalizowanego. Dlatego Zjednoczona Prawica złożyła w Sejmie projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID-19 (projekt szerzej znany jako "ustawa covidowa"). Ma on dać rządzącym narzędzia do działania w trwającej sytuacji kryzysowej.

Projekt zakłada m.in. skierowanie przedstawicieli zawodów medycznych do walki z epidemią koronawirusa, za co ci będą otrzymywać uposażenie w wysokości 200 proc. lub 175 proc. (jeśli skieruje ich tam wojewoda). Medycy z pierwszej linii frontu, którzy trafią na kwarantannę albo izolację, będą otrzymywać 100 proc. wynagrodzenia zasadniczego. W starciu z COVID-19 rządzący chcą również skorzystać z żołnierzy (mają obsługiwać punkty drive thru), studentów ostatnich lat zawodów medycznych oraz pracowników i placówek prywatnej opieki zdrowotnej. Kolejna zmiana to zniesienie odpowiedzialności karnej medyków walczących z epidemią za nieumyślne błędy lekarskie. Wyjątkiem jest tu sytuacja, w której "skutek, jaki spowodował, był wynikiem rażącego niezachowania ostrożności wymaganej w danych okolicznościach".

Dokument zakłada również uproszczenie procedury przyznawania prawa wykonywania zawodu lekarza cudzoziemcom spoza Unii Europejskiej. To otwarcie drzwi zwłaszcza dla medyków z Ukrainy i Białorusi, którzy mogliby wspomóc polski system opieki zdrowotnej w walce z koronawirusem. Rozwiązanie to oprotestowała Naczelna Rada Lekarska.

Gdy będziemy przyjmować lekarzy spoza Unii Europejskiej bez nostryfikacji dyplomu lub zaniżając wymagania jakościowe, narażamy się na to, że przyjadą do nas lekarze, którzy nie będą mieli odpowiednich kompetencji. To z kolei może zagrażać bezpieczeństwu pacjenta. Dlatego wymagania co do kwalifikacji powinny być dla wszystkich identyczne

- argumentował prezes NRL prof. Andrzej Matyja.

W projekcie jest dużo "marchewki" dla medyków, ale jest też "kij" dla tych, którzy rządowi się nie podporządkują. Sankcje mogą jednak dotknąć przede wszystkim dyrektorów placówek medycznych, a nie szeregowych lekarzy. W jakich sytuacjach im to grozi? Złożony przez Zjednoczoną Prawicę projekt przewiduje przede wszystkim dwie takie sytuacje. Pierwsza to odmowa przekierowania swojego personelu medycznego do innych placówek na polecenie władz publicznych. Druga dotyczy odmowy przyjęcia pacjentów ze zdiagnozowanym COVID-19. W opinii środowiska medycznego, zakłada to ubezwłasnowolnienie kierowników placówek medycznych, którzy będą musieli oddawać swoich pracowników nawet mając potężne niedobory kadrowe i przyjmować pacjentów, dla których nie ma łóżek, respiratorów albo których nie ma kto leczyć.

Rząd zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i trendów, które pokazują, że najgorsze dopiero przed nami. Przede wszystkim, zdaje sobie jednak sprawę, że przespał miesiące, w których był czas na przygotowania do jesiennej fali zachorowań i teraz każda godzina jest na wagę złota.

Tutaj realizujemy hasło "wszystkie ręce na pokład" i mam nadzieję, że ta walka będzie miała charakter walki wspólnoty, a nie przeszkadzania i formułowania ciągle haseł kontestujących i na poziomie codziennego życia społecznego, ale również na poziomie funkcjonowania czy życia politycznego

- zaapelował już w poniedziałek minister Niedzielski.

Jesteśmy na pierwszej linii. Druga fala jest gigantycznym wyzwaniem

- to już z kolei słowa premiera Morawieckiego. I nie sposób się z szefem rządu nie zgodzić.

Więcej o: