Pielęgniarka z OIOM-u: Po reanimacji i zgonie pacjenta nie mam chwili, żeby zebrać myśli

"Gdy ubrana w kombinezon jak z filmów s-f wchodzę do pacjenta, pot ścieka mi po plecach, zalewa oczy, a przez ochraniacze na obuwie o mało się nie poślizgnę, to nikt tego nie widzi. Społeczeństwo dostrzega nas tylko, gdy upoceni i zmęczeni złapiemy tego łyka zimnej kawy lub gdy śmiemy się odezwać o podwyżki" - pisze w wiadomości do redakcji Gazeta.pl pielęgniarka pracująca na oddziale intensywnej terapii. Podkreśla też, że po zakończeniu dnia pracy w tak ekstremalnie trudnych warunkach, personel medyczny nie ma zapewnionej opieki psychologicznej. "2/3 z nas ma zespół stresu pourazowego oraz przewlekłe stany lękowe, depresje" - wskazuje.

Lekarzu, pielęgniarko, ratowniku medyczny, diagnosto, pracowniku sanepidu, pracowniku ochrony zdrowia, farmaceuto - napisz do nas na adres: redakcjagazetapl@agora.pl. Pokaż nam, jak wygląda Wasza codzienna praca, podziel się z nami swoją perspektywą. Oddajemy Wam nasze łamy, bo to jest dziś nasza misja. Nie jesteśmy w stanie pojechać na front wojny z wirusem i relacjonować, jak wygląda walka z pandemią. Byłoby to nieodpowiedzialne i niebezpieczne. Wysyłajcie do nas nagrania, zdjęcia, informacje, raporty z codziennej walki z COVID-19. Tylko Wy możecie pokazać, jak podstępny jest koronawirus. Tylko Wy możecie nam wskazać, jak możemy Was teraz wesprzeć.

Do redakcji Gazeta.pl wciąż przychodzą wiadomości od lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych, diagnostów laboratoryjnych i farmaceutów. To reakcja na zainaugurowaną przez nas akcję wspierającą pracowników ochrony zdrowia - zaapelowaliśmy do nich, by opisali swoje doświadczenia z pracy na pierwszej linii walki z koronawirusem. 

Czytaj więcej: "Czas powiedzieć stop". Oddajemy nasze łamy pracownikom medycznych. To nie ich trzeba rozliczać

Pielęgniarka: By załatać dziury, ten sam personel zatrudnia się na umowę zlecenie

Autorka jednej z wiadomości przesłanych na naszą skrzynkę mailową opisuje, że jest pielęgniarką z 10-letnim stażem, która pracuje na oddziale intensywnej terapii i anestezjologii dużego specjalistycznego szpitala. Jej wiadomość publikujemy poniżej.

W mojej pracy w większości przypadków oglądam ludzi w ich najgorszym momencie życia - urazy wielonarządowe, ciężkie stany septyczne, powikłania spowodowane zaniedbaniem i/lub nadużyciem alkoholu. Intubacja i respiratoterapia są dla mnie chlebem powszednim. Z chęcią przybliżę, jak wygląda rzeczywistość polskiego szpitala, która swoimi absurdami zaskakuje niejeden raz.

Zacznijmy od tego, że ilość personelu pracująca w szpitalu jest regulowana przez Ministra Zdrowia oraz dyrektywy Unii Europejskiej, które niejako zmuszają dyrektorów szpitali do zatrudnienia konkretnej liczby lekarzy i pielęgniarek na dany oddział. Jednak najczęściej jest to po prostu niewykonalne, ponieważ mało która placówka może sobie pozwolić na tyle etatów, gdyż zwyczajnie jej nie stać. Żeby zatkać te dziury, zatrudnia się osoby na umowę zlecenie lub dodatkowo płatne dyżury medyczne. Oczywiście zatrudnia w większości te same, które pracują jednocześnie na etacie, czyli ktoś w swoim wolnym czasie po prostu pracuje. Jest to dla nas dodatek finansowy, a więc wilk syty i owca cała, ale tak naprawdę jest to czysta fikcja, gdyż zamiast pozwolić wszystkim godnie zarobić na jednym etacie oraz zatrudnić odpowiednią ilość personelu, niejako zmusza się go do podjęcia dodatkowej pracy. Nie ma osoby, która by się nie zgodziła przyjść na dodatkowy dyżur, bo pracując w zawodzie medycznym na samym początku myśli się o kolegach i koleżankach ze zmiany.

Na dyżurze oraz w święta zmusza się do tego, oddelegowując pielęgniarki zatrudnione w innych oddziałach, bez przeszkolenia, co jest nagminnym łamaniem prawa.

Zobacz wideo „W naszym szpitalu leczymy COVID na oddziale geriatrii”

"Nie mam dostępu do psychologa. 2/3 z nas ma zespół stresu pourazowego oraz przewlekłe stany lękowe, depresje"

Bolą mnie słowa społeczeństwa o naszym lenistwie. Boli, gdy stoję czterdzieści minut w wymuszonej pozycji przy pacjencie, trzymając ciężki fałd brzucha lub nogę, podczas gdy lekarz zakłada mu wkłucie niezbędne do podłączenia sztucznej nerki, a słyszę potem, że i tak tylko piję kawę cały dzień. Boli, gdy pozwalam matce usiąść obok łóżka i wziąć na ręce swoje umierające dziecko, pomagam podtrzymać rury od respiratora, cewnik, żeby się nie rozłączył, jednocześnie połykając łzy.

Boli, gdy wracam po reanimacji i zgonie pacjenta, lecz nawet nie mam chwili, żeby zebrać myśli, tylko muszę uzupełnić oraz naszykować sprzęt, wypełnić dokumentację, a słyszę, że jestem leniwą prukwą. Nie mam dostępu do psychologa, nie mogę się zregenerować po ludzkich nieszczęściach, które oglądam każdego dnia, więc pozostaje mi alkohol albo papieros. 2/3 z nas ma zespół stresu pourazowego oraz przewlekłe stany lękowe, depresje. Mnóstwo młodych pielęgniarek i lekarek ma problemy z zajściem w ciąże, kilka poronień po drodze. Naszym mechanizmem obronnym jest wyhodowanie sobie grubej skóry, obojętność, która przechodzi w cynizm i brak empatii. Terapeutą zaś jest koleżanka ze zmiany, bo nawet rodzinie nie mogę opowiedzieć, jak straszne rzeczy mi zostają w pamięci. 

"Społeczeństwo jest naprawdę przekonane, że ja zarabiam krocie, a ja się pytam, gdzie są te pieniądze? Gdzie te premie covidowe?

Boli mnie rozpowiadanie przez domorosłych specjalistów wykształconych przez filmy w internecie, że koronawirus nie istnieje, że respirator zabija, że dostaję ogromne pieniądze za wpisanie rozpoznania COVID do aktu zgonu, a w ogóle jest to wszystko jednym wielkim spiskiem, żeby doprowadzić do upadku gospodarczego. Przez takie durne myślenie społeczeństwo jest naprawdę przekonane, że ja zarabiam krocie, a ja się pytam, gdzie są te pieniądze? Gdzie te premie "covidowe", podczas gdy ja mam problem, żeby mi zakład pracy wypłacił dodatek za wypoczynek, znany jako wczasy pod gruszą?

Nikt z nas nie jest nieśmiertelny, a pełne jadu teksty "niech jadą" albo "przecież można zmienić zawód" tylko utwierdzają nas w przekonaniu, że po prostu już nie warto. Bałam się, że pandemia sparaliżuje nasz kraj pod względem opieki zdrowotnej, bo od lat biliśmy na alarm, że jest naprawdę źle - bez skutku. Żadna opcja polityczna nie wzięła się tak naprawdę za poprawę jakości tej opieki, tylko pudrowała trupa, zaś efekty zbieramy dzisiaj w postaci dramatycznego paraliżu.

Gdy ubrana w kombinezon jak z filmów s-f wchodzę do pacjenta, pot ścieka mi po plecach, zalewa oczy, a przez ochraniacze na obuwie o mało się nie poślizgnę, to nikt tego nie widzi. Społeczeństwo dostrzega nas tylko, gdy upoceni i zmęczeni złapiemy tego łyka zimnej kawy lub gdy śmiemy się odezwać o podwyżki. Gdy w czterech parach rękawic zakładam pacjentowi wkłucie za pierwszym razem, bo akurat odparowały mi gogle, a czuję się, jakbym grała w bierki w rękawicach bokserskich, jadąc na rowerze na jednym kole i pod wiatr, to i tak nikt tego nie doceni, bo ktoś dostrzeże mnie, gdy zjadam w biegu kanapkę.

***

Wspieramy Was - raport z pierwszej linii. Zobacz inne teksty, które ukazały się w ramach naszego cyklu wspierającego pracowników ochrony zdrowia: