"Po zrobieniu 200 testów w 13 godzin, nie słyszymy nawet echa 'dziękuję'". Diagnostka o swojej pracy

"Kiedy podołamy zrobieniu np. 200 testów w około 13 godzin, nie słyszymy nawet echa słowa dziękuję" - pisze diagnostka laboratoryjna, która w wiadomości do naszej redakcji opowiada, jak każdego dnia wygląda jej praca. "Wiele osób twierdzi, że w laboratorium to tylko piją kawkę i przyciskają przyciski. Dalej tak Państwo sądzą?" - kończy swój list.

Lekarzu, pielęgniarko, ratowniku medyczny, diagnosto, pracowniku sanepidu, pracowniku ochrony zdrowia - napisz do nas na adres: redakcjagazetapl@agora.pl. Pokaż nam, jak wygląda Wasza codzienna praca, podziel się z nami swoją perspektywą. Oddajemy Wam nasze łamy, bo to jest dziś nasza misja. Nie jesteśmy w stanie pojechać na front wojny z wirusem i relacjonować, jak wygląda walka z pandemią. Byłoby to nieodpowiedzialne i niebezpieczne. Wysyłajcie do nas nagrania, zdjęcia, informacje, raporty z codziennej walki z COVID-19. Tylko Wy możecie pokazać, jak podstępny jest koronawirus. Tylko Wy możecie nam wskazać, jak możemy Was teraz wesprzeć.

Do redakcji Gazeta.pl wciąż przychodzą wiadomości od lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych, diagnostów laboratoryjnych i farmaceutów. To reakcja na zainagurowaną przez nas akcję wspierającą pracowników ochrony zdrowia - zaapelowaliśmy do nich, by opisali swoje doświadczenia z pracy na pierwszej linii walki z koronawirusem. 

Czytaj więcej: "Czas powiedzieć stop". Oddajemy nasze łamy pracownikom medycznym. To nie ich trzeba rozliczać!

Diagnostka laboratoryjna o swojej pracy. "Nie słyszymy nawet echa słowa dziękuję"

Autorką jednej z wiadomości przesłanych na naszą skrzynkę mailową jest diagnostka laboratoryjna, która na co dzień pracuje w szpitalu w jednym z dużych polskich miast i bierze udział w badaniu setek próbek na koronawirusa dziennie. Jej praca zajmuje średnio kilkanaście godzin dziennie - zaczyna się bladym świtem od pobierania wymazów od pacjentów w szpitalu, a kończy - na wielogodzinnym badaniu próbek w specjalnych kombinezonach ochronnych, bez niemal chwili przerwy. W międzyczasie polega też na odbieraniu telefonów i informowaniu lekarzy ws. wyników. Jej wiadomość publikujemy w całości poniżej.

"Nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym".

Jestem diagnostą laboratoryjnym i w zawodzie pracuję dwa lata. Od kwietnia zajmuję się diagnostyką molekularną SARS-CoV-2. Zawsze, kiedy ktoś pytał mnie, co robię zawodowo i odpowiadałam, że jestem diagnostą laboratoryjnym, napotykałam pytający wzrok, więc wyjaśniam zaraz, że badam krew, mocz i inne takie. Teraz, kiedy kogoś poznaję, od razu dodaję, że "badam covida". Zainteresowanie momentalnie rośnie, ale tylko na chwilę. Mam też znajomych, którzy kiedy dowiedzieli się, że pracuję w tzw. covidowni, przestali się ze mną widywać.

W szpitalu, w którym pracuję (duży szpital w dużym mieście), laboratorium, mimo ogólnego wysokiego poziomu i szerokiego panelu badań oraz wielu specjalistów diagnostyki laboratoryjnej, nie było przygotowane nawet w najmniejszym stopniu do wykonywania badań de facto naukowych, które nagle zostały na gwałt wciśnięte do diagnostyki klinicznej. Badania naukowe często cechuje duża zmienność - ich wyniki zależą od mnóstwa czynników, nie tylko tych związanych stricte z aparaturą, ale też z przygotowaniem pacjenta do badania oraz pobraniem i warunkami transportu materiału. Badania mające na celu diagnostykę kliniczną pacjenta powinny być zaś zerojedynkowe i w miarę możliwości pozbawione "szarej strefy". Wiadomo, nie ma badań idealnych, jednak badania naukowe a kliniczne to dwie dość różne rzeczy.

Zostałyśmy z koleżanką rzucone na bardzo głęboką wodę, dostając misję stworzenia laboratorium covidowego od zera. Udało nam się "ustawić" metodę w kilka tygodni, co, z perspektywy czasu i mając na uwagę szereg niesprzyjających okoliczności, uważam za duży sukces. Oczywiście przez nikogo niezauważony. W miarę upływającego czasu nasze umiejętności manualne rosły, a badań przybywało. Zdecydowana większość wyników była ujemna. Szpital zaczął planować przyjęcia na zabiegi. Całkiem płynnie, w myśl powiedzenia "dasz palec, wezmą całą rękę", zostawaliśmy obciążani coraz większą liczbą badań. Nie zabrano nam ręki, zabrano nam też obojczyki, kręgosłupy, i resztę kończyn. Chociaż ta moralna część kręgosłupa jest chyba jeszcze na nasze nieszczęście zbyt sztywna... Do wykonywania coraz większej liczby badań, doszło składanie coraz większej liczby raportów. Nikt z personelu medycznego nie chciał się podjąć pobierania wymazów od pacjentów przed przyjęciem do szpitala, więc musimy robić to my - diagności laboratoryjni oraz technicy analityki medycznej. Kiedy zaczęły się zakażenia personelu oraz pacjentów leżących już na oddziałach, i w toku postępowania epidemiologicznego trzeba było nagle prawie codziennie robić po 70-100 badań dziennie więcej, nikogo nie interesował fakt, że nie wyrobimy się w standardowych godzinach pracy, a kiedy nie było wyników ok. godz. 14, zaczynały się pretensje i wielkie nerwy personelu. Wcześniej badania były wykonywane przez sanepid i na wynik czekało się 2-3 dni. Teraz, gdy wyniku brak po 8h, jest obraza majestatu i wielu lekarzy dobitnie daje nam znać, że oni są już przez nas na skraju wytrzymałości nerwowej.

A my wstajemy o 4.30, żeby przed 6 być w szpitalu i pobierać wymazy. Jesteśmy ubrani w środki ochronne, wtedy też jesteśmy bardzo narażeni na kontakt z patogenem, który może mieć potencjalnie każdy pacjent. Prosto stamtąd pędzimy przyjmować materiał, który spłynął przez noc, pisząc wprost "pałujemy się" z błędnie wystawionymi skierowaniami, źle opakowanym materiałem zakaźnym i miliardem telefonów pt. "czy jest już wynik COVID?" (jak gdyby lekarze nie mieli systemu, w którym widać wszystkie wyniki badań laboratoryjnych). Potem idziemy do tzw. strefy brudnej, gdzie następuje najbardziej niebezpieczna część naszej pracy. Spędzamy 4-7h w specjalnych kombinezonach, maskach typu FFP3, w 2 albo 3 parach rękawiczek na rękach, bez możliwości podrapania się po twarzy, napicia się czegokolwiek czy skorzystania z toalety. Potencjalnie każda z próbek może mieć COVID (a statystyki ostatnich tygodni mówią, że jest ich coraz więcej). Pracujemy w dużym szumie specjalnych komór laminarnych, wiedząc, że każdy nasz ruch jest na wagę złota - jedna drobna pomyłka może rzutować na wynik więcej niż jednego pacjenta. To z kolei może pociągnąć za sobą szereg decyzji, przez które "uziemione" zostaną niewłaściwe osoby a np. te zakażone będą żyły w świadomości, że są ujemne. Po zakończeniu tej części pracy i zdjęciu odzieży ochronnej, przechodzimy do etapu wykrywania materiału genetycznego wirusa. Tutaj materiał od pacjenta przestaje być zakaźny, ale my musimy wciąż uważać, żeby nie zanieczyścić próbek nawzajem podczas ich nakładania do malutkich probóweczek o pojemności np. 0,2 ml. W każdym z wymienionych etapów musimy być uważni, sprawni manualnie, skupieni maksymalnie na tym, co robimy. Po zakończeniu procesu PCR musimy zinterpretować wyniki. Nie zawsze wszystko jest zero-jedynkowe, niektóre wyniki są niejednoznaczne i musimy je wyjaśnić lekarzowi. Zdarza się, że całą serię kilkudziesięciu badań trzeba z jakiegoś powodu powtórzyć, więc jesteśmy do tyłu z badaniami około 3h. A zdarza się, że po tej serii badań czeka kolejna.

W tzw. międzyczasie odbieramy tysiące telefonów związanych z wynikami, wymazami, etc. Dodatkowo, wyniki raportujemy: 1. Po całym dniu musimy wygenerować plik z wynikami i zahasłowany wysłać w dwa miejsca do sanepidu mailem. 2. Dla każdego nowego pacjenta dodatniego musimy wypełnić formularz ZLB-1 i wysłać zahasłowany do sanepidu (tam jest trochę danych do wypełnienia, pacjenta, lekarza i naszych). 3. Raz dziennie musimy zalogować się na wsse.mz.gov.pl i wpisać, ile mamy testów, ile testów zrobiliśmy i ilu pacjentów tymi testami przebadaliśmy. 4. Od niedawna dwa razy na dobę dzwoni do nas pani z sanepidu i również pyta o to samo, plus o liczbę testów oczekujących w lodówce na zrobienie. 5. Raz w tygodniu wysyłamy raport do jeszcze innej osoby z sanepidu, znowu wymieniając ile testów i ilu pacjentów przebadaliśmy, sumarycznie i w podziale na dni w cyklu czwartek-środa. 6. Zlecenia na wykonywane przez nas wymazy z całego szpitala są przekazywane do rejestru covidowego, a stamtąd do EWP, gdzie my musimy wpisać wynik dla każdego badania pacjenta (data pobrania, data przyjęcia do lab, data wyniku, wynik i status realizacji zlecenia).

Wiele osób twierdzi, że w laboratorium to tylko piją kawkę i przyciskają przyciski. Dalej tak Państwo sądzą?

Krążą plotki, że "za covida" jest duża kasa w szpitalach. Prawdopodobnie dla szpitala jako instytucji - tak. Dla nas jako diagnostów laboratoryjnych? Niekoniecznie. Dostajemy dodatek za pracę w tzw. covidowni. Jednak bez względu na to, ile mamy badań miesięczne, to wysokość dodatku jest taka sama. Nasze prośby o zwiększenie dodatku w związku z tym, że jest coraz więcej badań, coraz więcej wyników dodatnich, a co za tym idzie - nasze ryzyko zawodowe rośnie - zostały wyśmiane przez kierownictwo. Nie ma dnia, żeby zakończyć pracę o tej magicznej godzinie 14.35 (etat diagnosty w moim szpitalu to praca w godz. 7-14.35). W okresie pracy kwiecień-lipiec każda z osób pracujących przy diagnostyce molekularnej SARS-CoV-2 miała ok. 15 dni nadgodzin. Czy nam za nie zapłacono? Otóż nie, pozwolono z łaską odebrać to jako wolne- sytuacja epidemiologiczna w kraju jeszcze na to pozwalała. Teraz? Nie ma szans ani na wolne, ani za zapłatę za 4-6h więcej pracy dziennie (prawie codziennie). Nasze nieśmiałe sugestie, żeby zatrudnić kogoś tak, żeby nas odciążyć, pozostały bez odpowiedzi.

Kiedy patrzę na to, co przekazują media na temat decyzji władz w związku ze stanem epidemii, nóż w kieszeni mi się otwiera. Widzę i słyszę informacje tylko o lekarzach i pielęgniarkach. Należy im się bezsprzecznie ogromny szacunek i podziw, a przede wszystkim gratyfikacja finansowa. Nikt wciąż nie wie, KTO tak naprawdę wykonuje badania, które tak wiele teraz znaczą.

Tutaj uwaga być może nieco kąśliwa, lojalnie uprzedzam. Nie mam siły nawet się śmiać z tych wszystkich zdjęć wrzucanych z pracy przez lekarzy i pielęgniarki. Dziwnym trafem nie napotkałam na ani jednego selfiaka diagnosty w pracy w laboratorium covidowym. Przypadek? Nie sądzę. Jesteśmy tak zapracowani, że nie mamy czasu iść do toalety czy zrobić po pracy podstawowych zakupów spożywczych.

Dygresja - ukłony w stronę wielu organizacji, które wiosną charytatywnie rozwoziły posiłki dla medyków- bardzo dziękuję. Nie zawsze nam się one dostawały (były kierowane na oddziały i jeśli coś zostało, to dostawała je część laboratorium), jednak bardzo cenię inicjatywę. Kiedy podołamy zrobieniu np. 200 testów w około 13 godzin, nie słyszymy nawet echa słowa dziękuję. Nasz zespół jest dość młody (<40 lat), więc i tak radzimy sobie z tym względnie lepiej niż nasi starsi czy bardziej schorowani koledzy i koleżanki po fachu.

Diagności laboratoryjni jako grupa zawodowa od zawsze byli pomijani w społeczeństwie. Warto nadmienić, że w erze przed-covidowej był to zawód tak samo potrzebny i tak samo niedostrzegany jak teraz. Zawód technika analityki medycznej, teraz na wymarciu, też jest bardzo potrzebny i jeszcze bardziej chyba niedoceniony. Wcale nie dziwię się wielu osobom z mojego roku, które tuż po obronie zaczęły pracę w zawodach niemedycznych. "Powołaniem się nie najem" dotyczy też nas, diagnostów, może nawet bardziej niż wcześniej. Niektóre laboratoria w czasach epidemii w związku z wiosennym lockdownem, obniżyły wynagrodzenia diagnostów....

Patrzę na te słowa od kwietnia i ostatnio coraz mocniej zastanawiam się: w imię czego tak się poświęcać? Sądziłam, że wypalenie zawodowe szybko mnie nie dosięgnie. Wiele wskazuje na to, że się myliłam.

***

Wspieramy Was - raport z pierwszej linii. Zobacz inne teksty, które ukazały się w ramach naszego cyklu wspierającego pracowników ochrony zdrowia:

>>> Natychmiastowa odpowiedź na akcję Gazeta.pl. "Pracownice laboratorium oddają całe serce"

>>> Diagności o fatalnych warunkach pracy. "Zerowe poważanie zawodu", "praca za najniższą krajową"

>>> Ewa wykonuje testy na koronawirusa. "Jesteśmy zmęczeni, wyeksploatowani, obciążeni fizycznie"

>>> Karczewski o 50 tys. zł dla anestezjologa. Jeden z nich pokazał nam przelew. 2600 zł za pół etatu