Morawiecki twierdzi, że promienie UV "ograniczyły koronawirusa". Ale brakuje na to dowodów

- Promienie ultrafioletowe mocno ograniczyły koronawirusa i uspokoiły sytuację - powiedział Mateusz Morawiecki, broniąc swoich słów o tym, że COVID-19 "nie trzeba się obawiać". Jednak taka teza nie jest poparta faktami. Latem w Polsce epidemia nie odpuściła w znaczący sposób, a np. w gorącej Kalifornii - szybko się pogłębiała. Słońce może dezaktywować wirusa, ale to nie zastępuje maseczek, dystansu i innych metod walki z koronawirusem.
Zobacz wideo Dziennikarz pyta premiera, czy nie powinien przeprosić Polaków. Ten w odpowiedzi pokazuje wykres
  • Premier Mateusz Morawiecki stwierdził, że latem "promienie ultrafioletowe mocno ograniczyły koronawirusa"
  • Rzeczywiście badania pokazują, że światło słoneczne może dezaktywować wirusa
  • Jednak nie ma badań wiążących opanowanie pierwszej fali epidemii z nadejściem lata, zaś w wielu miejscach - w tym w Polsce - liczba nowych zakażeń wcale nie spadła wraz z bardziej słoneczną pogodą

Dzień po dniu padają rekordy potwierdzonych zakażeń koronawirusem, a także zajętych łóżek, respiratorów i zmarłych pacjentów z COVID-19. Na czwartkowej konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki informował m.in. o nowych obostrzeniach z związku z rozwojem epidemii

W czasie konferencji padło pytanie, czy premier przeprosi za swoje słowa sprzed kilku miesięcy o tym, że "cieszy się, że coraz mniej obawiamy się wirusa (...), bo on jest w odwrocie". Morawiecki bronił się mówią, że gdy w lipcu padły te słowa, to liczba zakażeń nie był tak duża, a aktywnych przypadków (czyli chorych w danym momencie) ubywało. Premier powiedział: 

- Latem zgodnie z przewidywaniami epidemiologów wirus osłabł, mówiąc delikatnie, a nawet niektórzy wnioskowali, że problem drugiej fali nie nadejdzie (...). Pierwsza fala była wiosną, później promienie ultrafioletowe mocno ograniczyły tego koronawirusa i uspokoiły sytuację.

Tej wypowiedzi nie da się jednoznacznie sklasyfikować jako prawdziwą lub fałszywą, ale nie jest ona oparta na faktach i dowodach. Nie ma jednoznacznych badań pokazujących, jakie czynniki i w jakim stopniu wpływały na przebieg dotychczasowy epidemii w Polsce. Istnieją badania naukowe pokazujące, że w warunkach testowych promienie słoneczne mogą dezaktywować wirusa. Jednak przebieg epidemii latem w wielu krajach - także w Polsce - pokazuje, że nie ma jednoznacznego związku między bardziej słonecznym okresem roku, a spowolnieniem rozwoju epidemii COVID-19. Nie wiadomo, czy i w jakim stopniu na rozwój epidemii w Polsce wpłynęła pogoda, a w jakim inne czynniki. Tym bardziej, że latem także padały rekordy zakażeń. 

Teoretycznie promienie UV dezaktywują wirusa...

Niektóre choroby - np. grypa - mają charakter sezonowe. Jest to związane m.in. ze zmieniającymi się warunkami pogodowymi, które sprzyjają lub wyhamowują zakażenia, w tym większa ilość promieni ultrafioletowych ze światła słonecznego.

Na początku epidemii eksperci zastanawiali się, czy podobnie będzie z nowym koronawirusem. Jedno z badań wykazało, że więcej światła słonecznego relatywnie szybko dezaktywuje koronawirusa SARS-CoV-2 unoszącego się w powietrzu lub znajdującego się na powierzchniach, podobnie jak wirusa grypy. Zaś w zimowych warunkach z mniejszą ilością światła (a więc i promieniowania UV) wirus może pozostawać na dłużej w powietrzu i na powierzchniach.

Jednak jeden z autorów badania ostrzegał, że samo działanie światła słonecznego nie wystarczy i np. gdy dużo ludzi znajduje się obok siebie, nie ma maseczek i kicha, to promienie UV nie pomogą. Inne badanie z Massachusetts Institute of Technology prognozowało na początku epidemii, że jest "wysoce nieprawdopodobne", by epidemia zwolniła latem w Europie i USA ze względu na czynniki atmosferyczne. 

...ale w praktyce epidemia nie wszędzie zwolniła latem

Wiosną w ramach walki z pierwszą falą epidemii wiele krajów świata, w tym państwa Unii Europejskiej i USA wprowadziły tzw. lockdowny, czyli daleko idące ograniczenia poruszania się i działalności gospodarczej, by walczyć z wirusem. W niektórych miejscach obowiązywał nawet zakaz wychodzenia z domu z wyjątkiem niezbędnych zakupów i priorytetowej pracy. W krajach europejskich przed latem udało się w dużym stopniu opanować epidemię. Nowe informacje o chorobie (w tym roli maseczek czy śledzenia zakażeń) także pozwoliły na większą kontrolę. 

Jednak nie wszędzie opanowanie epidemii zbiegło się z letnimi miesiącami. W Kalifornii, znanej jako słoneczny stan, szczyt epidemii przypadł na najgorętsze i najbardziej słonecznie miesiące - najwięcej dziennych zakażeń było tam w czerwcu i sierpniu. W Teksasie szczyt epidemii także miał miejsce w środku lata, w lipcu i sierpniu. Tak samo było np. a Katarze. Cały rok panuje tam słoneczna pogoda, a latem światła słonecznego jest najwięcej. Pomimo tego to maj i czerwiec były okresem szczytu epidemii. Z kolei w Nowej Zelandii epidemia rozwijała się szybko w czasie lata na półkuli południowej (luty-marzec), zaś w czasie tamtejszej wiosny i zimy udało się niemal całkowicie zdusić epidemię - pomimo mniej słonecznej pogody. 

Jeśli chodzi o Polskę, to trudno w ogóle mówić o poważnym spadku liczby zakażeń, także latem. Po początkowym wzroście liczby nowych przypadków i lockdownie liczba zakażeń nie zaczęła spadać, tylko pozostała na takim samym poziomie przez większość lata. Przed rekordami z ostatnich dni szczyt liczby aktywnych przypadków przypadł właśnie w letnich miesiącach - w czerwcu, a po czasowym spadku - w sierpniu. Ponadto ostatni wzrost liczby zachorowań zaczął się we wrześniu, kiedy dni są już co prawda krótsze, jednak pogoda była wciąż ciepła i słoneczna. Zatem teza premiera, że "promienie ultrafioletowe mocno ograniczyły tego koronawirusa" nie zdaje się być poparta faktami. 

Więcej o: