Covidowy tupolewizm. "Zjawisk zdrowotnych, w tym obecnej epidemii, nie da się przekładać jedynie na język ekonomii" [WYWIAD]

Łukasz Rogojsz
- Rząd jest nastawiony na gaszenie pożarów, a nie podejmuje działań, żeby las nie zapłonął - mówi w rozmowie z Gazeta.pl prof. Maria Gańczak z Katedry Chorób Zakaźnych Collegium Medicum Uniwersytetu Zielonogórskiego, wiceprezydentka Europejskiej Sekcji Kontroli Zakażeń. - Wydaje się, że stosujemy model szwedzki, tyle że po cichu. Pudrujemy rzeczywistość z listą powiatów żółtych i czerwonych - podkreśla.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Zaprzysiężenie rządu przegrało z koronawirusem, trzeba było je przełożyć. To otrzeźwi ostatnich koronasceptyków i covidowych negacjonistów w polskiej polityce?

PROF. MARIA GAŃCZAK: Nie wiem, co siedzi w głowach naszych polityków i czy ta sytuacja rzeczywiście podziała na nich jak zimny prysznic. Ale mam taką nadzieję, bo dotychczasowy przebieg epidemii w Polsce pokazuje, że politycy często nie biorą odpowiedzialności ani za swoje słowa, ani za swoje czyny. I to już od początku epidemii.

To znaczy?

26 lutego, czyli ponad tydzień przed stwierdzeniem pierwszego przypadku koronawirusa w Polsce, minister Łukasz Szumowski w RMF FM przekonywał, że maska nie chroni przed wirusem. Ironicznie pytał, czy należy ją nosić na ręku, czy stosować doustnie. Parę dni później Główny Inspektor Sanitarny prof. Jarosław Pinkas dodał, że maskę można zrobić z przeciętego na pół biustonosza. Trudno się dziwić, że od początku epidemii Polacy odbierają maski jako niepotrzebne i nieskuteczne w walce z epidemią.

Ma pani nadzieję, że politycy - zwłaszcza ci z rządu - teraz zaczną się stosować do rygorów sanitarnych, które sami ustanowili dla reszty społeczeństwa?

Jeśli chodzi o epidemię, to w Polsce obowiązują podwójne standardy. Jednym było i jest noszenie maseczek, zachowywanie dystansu fizycznego, mycie rąk czy ograniczenie zgromadzeń obywateli, co było przekazywane w formie kolejnych rozporządzeń ministerialnych. Drugi standard dotyczył i nadal dotyczy polityków, którzy wielokrotnie nie poczuwali się do respektowania stanowionego przez siebie prawa. Co więcej, dawali się uwieczniać albo sami uwieczniali sytuacje, na których łamali ustanowione przez samych siebie przepisy.

Zobacz wideo Poseł Porozumienia i były szef NFZ uważa, że powinien zostać powołany pełnomocnik rzadu ds. walki z epidemią koronawirusa

Sytuacji, o których pani mówi było sporo: obchody 10. rocznicy katastrofy smoleńskiej na Placu Piłsudskiego, premier przyłapany ze współpracownikami w jednej z gliwickich restauracji na początku czerwca czy prezydent robiący sobie selfie z leśnikami bez zachowania jakichkolwiek rygorów sanitarnych.

Tak, było takich sytuacji wiele i moglibyśmy podawać kolejne przykłady. To smutne, że niektórzy politycy nie biorą odpowiedzialności nie tylko za swoje słowa, ale także za czyny. Każdy z nas ma i może mieć swoje prywatne zdanie w sprawie epidemii i obostrzeń. Natomiast rola, którą odgrywają politycy wymaga od nich tego, żeby dawali innym przykład zachowań prozdrowotnych i ograniczających transmisję wirusa. Różne badania socjologiczne pokazują, że niektórzy politycy są obdarzeni sporym zaufaniem społecznym. Premierowi czy prezydentowi ufa ponad 50 proc. Polaków. Ci ludzie często utożsamiają się ze słowami czy zachowaniami czołowych polityków w państwie. To powinno zobowiązywać.

Dlaczego nie zobowiązuje?

Nie zaskoczę, mówiąc, że znaczenie mogły mieć wybory prezydenckie i towarzysząca im kalkulacja polityczna. Sytuację pogorsza fakt, że w Polsce mamy problem z komunikacją zdrowotną, czyli przekazywaniem odpowiednich informacji tak, by poprawić wiedzę na temat zdrowia. Dlatego nie jesteśmy wyedukowani w kwestiach zdrowotnych tak jak chociażby Szwedzi. Szwedom można powiedzieć ustami głównego epidemiologa kraju, że powinni nosić maski, zachowywać dystans fizyczny czy unikać zgromadzeń. Ludzie to zwykle rozumieją i szanują, duża część społeczeństwa się do tego stosuje mimo braku oficjalnych ustaw czy rozporządzeń. Natomiast u nas panuje przekonanie, że maski są niewygodne, niepotrzebne, a nawet szkodliwe.

Może to dlatego nasi politycy często beztrosko podchodzą do zagrożenia epidemicznego oraz towarzyszących mu obostrzeń? Wystarczy wspomnieć słowa premiera Morawieckiego, że "wirus jest w odwrocie, już teraz nie trzeba się go bać".

Premier Czech potrafił przeprosić za swoje zachowanie w kontekście przyzwolenia na poluzowanie obostrzeń i niestosowanie się do tych, które jeszcze pozostały. Przyznał, że był to jego osobisty błąd. U nas przez siedem miesięcy epidemii nie słyszałam żadnych słów przeprosin od polityków za ich wszystkie przekazy, które mogły przyczynić się do wzmożonej transmisji zakażeń. Organizacja Freedom House opublikowała raport na temat tego, jak obostrzenia wpłynęły na państwa demokratyczne. Mowa jest m.in. o Polsce jako państwie, w którym "politycy głoszą bezpodstawne stwierdzenia nieoparte na rzeczywistych danych". Przykładem może być nie mające uzasadnienia w ówczesnej sytuacji epidemiologicznej twierdzenie, że wirus jest w odwrocie, że nie ma się czego bać, że trzeba tłumnie iść do wyborów. Szczególnie dotyczyło to osób starszych, a przecież te osoby są w grupie największego ryzyka zgonu na COVID-19! Niestety, z drugiej strony, Polacy chcą takie zapewnienia, taki przekaz usłyszeć, bo mało jest u nas społecznego zrozumienia chociażby dla utrzymania społecznego dystansu czy noszenia masek. Sam prezydent na jednym z przedwyborczych wieców stwierdził, że maski są niewygodne i on też ich nie lubi.

Podejście naszych polityków do kwestii epidemii wyglada jak covidowy tupolewizm?

To myślenie, że jakoś to będzie, że jeszcze tym razem się uda, a potem się zastanowimy. Krótka kołdra, której wiecznie gdzieś brakuje. Zdarza się, że interwencja ma miejsce dopiero wówczas, gdy media nagłośnią jakiś poważny problem w walce z epidemią. Wtedy następuje chwilowe wzmożenie uwagi i przerzucanie sił na newralgiczny odcinek.

Na przykład w stacjach sanitarno-epidemiologicznych sporo osób pracuje po godzinach, w niesamowitym stresie, bez żadnego wsparcia. Już na początku epidemii zgłaszali zapotrzebowanie na dodatkowe etaty, ale do tej pory mało w tym zakresie zrobiono. A przecież było wiadomo, że czeka nas kolejny szczyt zachorowań jesienią, że nadejdzie moment prawdy. Patrząc na obecną sytuację epidemiczną, odnosi się wrażenie, że niewiele zrobiono, żeby Polska była na to gotowa. W sąsiednich Niemczech od początku epidemii planowanie odbywa się na co najmniej kilka miesięcy do przodu, działania mają charakter strategiczny i długofalowy, a nie doraźny. Dzisiaj mają tego efekty, bo przez jesienną falę zachorowań przechodzą - przynajmniej dotychczas - stosunkowo dobrze.

Przykład przechodzącego COVID-19 Donalda Trumpa niczego nie nauczył polskich polityków? Wszyscy covidowi negacjoniści z politycznych szczytów - poza Trumpem także premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, prezydent Brazylii Jair Bolsonaro czy prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka - zarazili się koronawirusem.

Prezydent Trump nagrał krótkie wideo, w którym mówi, że choroba była dla niego srogą lekcją, ale patrząc na jego zachowanie trudno dostrzec szczerość tych słów. Mimo przebywania na izolacji - oznacza ona zakaz opuszczania szpitalnego łóżka, a w przypadku izolacji domowej pokoju, w którym jest się izolowanym - nic sobie nie robił z tej kluczowej zasady kontroli zakażeń stosowanej w epidemiologii. Wsiadł do swojego SUV-a i pojechał pokazać się ludziom. W samochodzie były z nim dwie inne osoby. Co prawda w maseczkach, ale przecież w tak bliskim, bezpośrednim i długim kontakcie te chirurgiczne maseczki nie chronią w stu procentach. Na tym zresztą nie koniec, bo ze swojego szpitalnego pokoju do tego SUV-a musiał się jakoś dostać - przejść korytarzem, zjechać windą, przejść hallem szpitala w asyście innych osób. Amerykańscy i brytyjscy specjaliści od kontroli zakażeń określili to zachowanie jednym słowem: szaleństwo. Bo nie sposób ocenić tego inaczej.

Przy okazji przesunięcia zaprzysiężenia rządu wiele osób zaskoczyło, jak sprawnie zadziałał aparat państwa. Dochodzenie epidemiologiczne, komunikacja z Sanepidem, skierowanie na testy, przeprowadzenie testów, wyniki testów - wszystko w ciągu jednego dnia. Tymczasem historii Polaków, którzy mimo objawów nie mogli doprosić się testu na koronwirusa są tysiące.

Tu znów można dostrzec podwójne standardy. Tym razem standardy diagnostyki w przypadku przeciętnego Kowalskiego i prominentnego polityka. Specjaliści chorób zakaźnych i lekarze rodzinni mogą opisać wiele przypadków, gdy samo skierowanie pacjenta na test było trudne. Już na początku epidemii w niektórych regionach stacje sanitarno-epidemiologiczne były przeciążone, nie można było choćby dodzwonić się na infolinię i uzyskać fachowej porady, co do tego, jak postępować w razie podejrzenia zakażenia koronawirusem. Obecnie, nawet jeśli pacjent otrzyma skierowanie na test, to w większości przypadków czeka na niego kilka dni. I to nawet w obecnych realiach zupełnie nowego systemu kierowania na testy.

Jedna ze znanych mi pacjentek z klinicznymi objawami zakażenia została skierowana na test w zeszły piątek, a ma go wykonać dopiero we wtorek, po czterech dniach. Wyniki testu otrzyma być może w kolejnym dniu, ale może to być też po kilku dniach. Czeka najpierw na test, potem na wynik, a w tymczasem transmituje wirusa, bo nie mając potwierdzonego zakażenia nie ma prawnych podstaw, żeby umieścić ją w izolacji. Przeciętny Kowalski diagnostykę w kierunku COVID-19 ma rozłożoną na kilka dni, tymczasem w ciągu tego samego dnia poseł skarżący się na ból głowy otrzymał poradę medyczną, skierowanie na test i jego wynik.

Nie jest prawdą to, co mówi rzecznik resortu zdrowia, że nasz system ochrony zdrowia działa zawsze tak, że wynik testu otrzymuje się w dniu jego przeprowadzenia. Praktyka pokazuje, że przeciętny pacjent w Polsce w październiku 2020 roku ścieżkę diagnostyczną ma bardzo rozciągniętą w czasie.

Mimo tego rzecznik resortu zdrowia Wojciech Andrusiewicz pytany o kolejne rekordy zachorowań, stwierdził: "Nic się nadal nie zmienia w przebiegu epidemii. Cały czas mamy w większości przypadki rozproszone. Nie ma dużych ognisk. Musimy niestety w najbliższych dniach i tygodniach przyzwyczaić się do tych wyników".

To może wskazywać, że rząd jest nastawiony na gaszenie pożarów, a nie podejmuje działań, żeby las nie zapłonął. Wydaje się, że stosujemy model szwedzki, tyle że po cichu. Pudrujemy rzeczywistość z listą powiatów żółtych i czerwonych, chociaż kryteria selekcji są tutaj i tak zdecydowanie zbyt łagodne, a obostrzenia zbyt zachowawcze. W naszej obecnej walce z epidemią wszystko robimy za wolno i za późno, jednocześnie ograniczając testowanie do minimum. Gdybyśmy testowali jak Niemcy, Brytyjczycy, Włosi czy choćby Czesi, to mielibyśmy zdecydowanie więcej wykrywanych dobowych przypadków zakażeń. Tyle że to mogłoby spowodować panikę i być może również naciski na rząd, żeby wprowadzić stan nadzwyczajny. To z kolei musiałoby się wiązać z drastycznymi obostrzeniami, niektóre z nich znamy z wiosny tego roku. Widać, że rząd ma w tej kwestii inne zdanie i inne plany. Być może wynika to z faktu, że kierowany jest przez ekonomistę i ekonomistą jest nowy minister zdrowia.

Co to ma do rzeczy?

Obaj panowie rozumieją wagę liczb i twarde dane ekonomiczne. To ważne, ale może nie wystarczyć do zarządzania epidemią. Zjawisk zdrowotnych, w tym obecnej epidemii, nie da się przekładać jedynie na język ekonomii. W odczuciu większości ekspertów grozi nam paraliż w ochronie zdrowia. Jeśli w najbliższych dniach i tygodniach nie zmieni się polityka rządu wobec epidemii, służba zdrowia przestanie być wydolna. Pesymistyczne prognozy, opracowane przez naszych naukowców, przewidują, że zakażonych SARS-CoV-2 będzie lawinowo przybywać, zabraknie łóżek covidowych, respiratorów, personelu do ich obsługiwania. Jeszcze bardziej niż obecnie cenę za epidemię będą płacić też chorzy na inne choroby, bo nie będzie miał kto i gdzie ich leczyć.

Jak daleko jesteśmy od tego momentu?

Niestety niedaleko. Już dzisiaj mamy regiony z brakami łóżek covidowych w szpitalach, respiratorów i personelu do opieki nad chorymi. Przez siedem miesięcy od początku epidemii nie zdołaliśmy stworzyć sprawnego systemu zarządzania dystrybucją pacjentów z rozpoznanym COVID-19. Efekt jest taki, że karetka z takim chorym potrafi jeździć po całym województwie odbijając się od kolejnych placówek. Co gorsza, nie mamy też dostatecznej liczby personelu na niektórych oddziałach intensywnej terapii. Należy dodać, że pielęgniarki anestezjologiczne to personel wyszkolony w procedurach wysoce specjalistycznych i nie sposób ad hoc zastąpić ich pielęgniarkami z innych oddziałów, które nie wiedzą jak obsługiwać skomplikowaną aparaturę i jak opiekować się pacjentami na OIOM-ie.

Jak poważne są to braki?

To pokaże najbliższa przyszłość.

Więcej o: