Milion ofiar koronawirusa. Mikrobiolog: Jeszcze kilka miesięcy temu się tego nie spodziewałem

Według oficjalnych danych pandemia koronawirusa pochłonęła już na świecie milion ofiar. Eksperci podkreślają, że choroby COVID-19 nie można lekceważyć i wciąż konieczne jest noszenie maseczek oraz zachowywanie dystansu. - Bardzo protestuję przeciwko upraszczaniu, że chorują i umierają tylko osoby z chorobami współistniejącymi. To nie jest prawda. Zakażenie może mieć ciężki przebieg również u pacjenta, który nie ma żadnych chorób współistniejących - mówi w rozmowie z Gazeta.pl mikrobiolog i wirusolog dr hab. Tomasz Dzieciątkowski.

Marcin Kozłowski, Gazeta.pl: Milion ofiar śmiertelnych koronawirusa - jaki można wysnuć wniosek z takiego bilansu?

Dr hab. Tomasz Dzieciątkowski, mikrobiolog i wirusolog, Katedra i Zakład Mikrobiologii Lekarskiej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego: Jest to "tylko" liczbowy Rubikon, który właśnie przekroczyliśmy. Zmarło milion osób przy 32 milionach osób zakażonych, czyli ok. 3 procent. Oznacza to, że pandemia COVID-19 cały czas nie ustępuje, mamy wzrost zachorowań i ofiar pandemii. Niestety, SARS-CoV-2 jest ciągle wśród nas.

Spodziewał się pan miliona zgonów jeszcze kilka miesięcy temu?

Przyznaję, że się nie spodziewałem. Przyznam również, że nie spodziewałem się takiej liczby zakażeń w Polsce, z jaką mamy obecnie do czynienia. Jeżeli ktoś pytał mnie o to w marcu lub kwietniu, mówiłem, że najprawdopodobniej będzie to 10-15 tys. Dziś jest już ponad 80 tys. 

To nie jest oczywiście żadne wytłumaczenie dla mnie, ale żadna z prognoz epidemiologicznych, które były ogłaszane pół roku temu, nie sprawdziła się. Sprawdza się za to stare powiedzenie, że analizować pandemię można dopiero po jej zakończeniu.

Czy w rzeczywistości liczba ofiar może być większa?

Nie podejmowałbym się oceny, ile osób zmarło naprawdę, ale tak, pańska hipoteza jest najprawdopodobniej słuszna. W niektórych krajach afrykańskich, azjatyckich, czy nawet południowoamerykańskich diagnostyka COVID-19 praktycznie nie istnieje.

Jednym z krajów, który ma w tej chwili największą zapadalność na SARS-CoV-2, jest RPA, bo działa tam bardzo rozwinięty system opieki zdrowotnej - biorą i diagnozują każdego. Za to w mniej rozwiniętych krajach Afryki zakażeń nie ma, a hipotezy są dwie. Pierwsza ma związek z izolacją. Jeżeli w środku dżungli znajduje się wioska, która nie ma kontaktu z nikim z zewnątrz, to najprawdopodobniej wirus do niej nie dotrze. Wariant drugi jest taki, że jeśli pojawi się tam jedna zakażona osoba i "sprzeda" koronawirusa SARS-CoV-2 innym mieszkańcom, to ludzie będą umierać, ale nikt się o tym nie dowie.

Mam wrażenie, że dane dotyczące zgonów są przez niektórych bagatelizowane. Wśród koronawirusowych sceptyków zwraca się uwagę na fakt, że umierają osoby, których rzeczywistą przyczyną śmierci mogą być tzw. choroby współistniejące. 

Trudno powiedzieć, żeby osoba, która ma np. cukrzycę, nadciśnienie albo astmę oskrzelową musiała być ciężko chora. Ona jest chora przewlekle. Są ludzie, którzy z takimi chorobami żyją po kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Można powiedzieć, że tych kilkanaście lub kilkadziesiąt lat ten koronawirus im zabrał.

Nie jest też tak, że jeśli nie zabiłby ich koronawirus, to zrobiłaby to np. grypa. Owszem, takie osoby są bardziej narażone na powikłania, ale na grypę przecież mogą się zaszczepić. A na koronawirusa szczepionki nie ma. Można jedynie zakładać maseczki i stosować dystans społeczny.

Bardzo protestuję przeciwko takiemu upraszczaniu, że na SARS-CoV-2 chorują i umierają tylko osoby z chorobami współistniejącymi. To nie jest prawda. Zakażenie może mieć ciężki przebieg również u pacjenta, który nie ma żadnych chorób współistniejących. To oczywiście dowód anegdotyczny, ale znam co najmniej dwóch lekarzy, którzy byli zakażeni. Jeden z nich to 36-latek, który nie miał żadnych chorób współistniejących, a otarł się prawie o respirator. Drugi, bardzo wysportowany kardiolog po pięćdziesiątce, też lekko tego nie przeszedł. 

Moje zdanie, jako mikrobiologa, jest następujące - nie istnieje choroba, którą warto przechorować. Jeżeli możemy się w jakikolwiek sposób zabezpieczyć, powinniśmy to zrobić.

Czy jesteśmy w stanie oszacować, ile osób do końca pandemii może umrzeć z powodu zakażenia koronawirusem?

Tego nie wiem, natomiast bardzo ostrożne prognozy epidemiczne mówią, że szczepionka pojawi się na początku 2021 r., a pandemia zacznie wygasać, w najlepszym przypadku, w drugiej połowie 2021 r. To wariant optymistyczny.

Wariant pesymistyczny mówi, że skutecznej szczepionki nie będzie, a za dwa-trzy lata wirus stanie się wirusem powszechnym o dużej zakaźności i małej śmiertelności. W Europie i w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje już taki wariant genetyczny wirusa. To zrozumiałe z punktu widzenia biologii, bo jeżeli uznamy wirusa za organizm żywy, to zależy mu na wydaniu jak największej liczby wirusów potomnych i zakażeniu jak największej liczby ludzi. Jeżeli będzie zbyt śmiertelny, to przecież nie zakazi innych.

Tego wariantu jednak sobie i państwu nie życzę, mam nadzieję, że jak najszybciej powstanie skuteczna szczepionka, a następnie powstaną skuteczne leki. Pragnę jednocześnie podkreślić, że zmiany w budowie genetycznej SARS-CoV-2 nie wypłynęły na jego budowę antygenową, a więc jego "opakowanie" jest nadal bez zmian. Może to dobrze wróżyć opracowywanym szczepionkom.

Według danych przytaczanych przez serwis Worldometers.info liczba osób zmarłych na całym świecie, u których wykryto koronawirusa SARS-CoV-2, właśnie przekroczyła milion; według Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa liczba ofiar wynosi 999 202 (stan na godz. 20:45)

Zobacz wideo Co dalej z „ustawą o bezkarności urzędników”?