"Gdy nikt z sanepidu nie dzwonił, sama zaczęłam wydzwaniać. Po drugiej stronie cisza" [LIST]

"Mam nadzieję w końcu wyjść na wolność i zapomnieć o koronawirusowym koszmarze. Dla mnie będzie przykrym wspomnieniem przebijania się przez kolejne warstwy chaosu i ciągnącej się samotności" - pisze w liście do redakcji Gazeta.pl 33-letnia Maria*. U czytelniczki po lipcowym urlopie stwierdzono koronawirusa. Opisała nam to, czego doświadczyła w kontaktach ze służbami sanitarnymi.

Zarazę złapałam na wakacjach. A właściwie - złapała ją któraś z nas - bo krótki urlop spędzałam z przyjaciółką, która zachorowała pierwsza, kilka dni po powrocie. Zwykle na wakacje jeżdżę za granicę, uwielbiam eksplorować, ale w tym roku - o ironio - postanowiłam nie dokładać się do migracji wirusa i w trosce o bezpieczeństwo swoje i innych zostałam w kraju.

Nie mam pojęcia, gdzie złapałyśmy wirusa - jeździłyśmy wynajętym samochodem, unikałyśmy zgromadzeń, a seans w kinie przesiedziałyśmy w maseczkach. Nie przypominam sobie jednego wydarzenia czy osoby, którą mogłabym wskazać jako źródło zakażenia. Ale jak to na wakacjach - zwiedzałyśmy, jadałyśmy w knajpach, trochę plażowałyśmy, płynęłyśmy promem, a trasę północ-południe przejechałyśmy w PKP. Nie lekceważyłyśmy zagrożenia - stale miałyśmy ze sobą maseczki, dezynfekowałyśmy nawet szyjki butelek piwa. Ale coś poszło nie tak.

"Wątpię, by miał miejsce jakikolwiek tracking"

Załatwianie zaczyna się już na starcie. Przyjaciółka miała szczęście być w większym mieście, więc gdy źle się poczuła - musiała "jedynie" pojechać do szpitala zakaźnego i odczekać w kilkugodzinnej kolejce, żeby zostać przetestowaną. Ja miałam mniej szczęścia - wieść o jej "plusie" zaskoczyła mnie w rodzinnym domku w górach, półtorej godziny od najbliższego szpitala zakaźnego. Nieco po omacku ustaliłam strategię działania z rodziną, którą pechowo odwiedziłam po drodze. Brat zawiózł mnie do najbliższego punktu drive-through, a potem z powrotem do górskiej chatki. Wynik pozytywny przyszedł po dobie z kawałkiem.

Już od poprzedniego dnia samotnie oczekiwałam na telefon ze strony właściwego sanepidu - przyjaciółka podała mnie jako kontakt w wywiadzie, "jej" sanepid zadzwonił, a potem miał mnie przekazać lokalnej jednostce. Wieść "o mnie" miała też trafić do właściwego sanepidu z laboratorium, w którym robiłam prywatnie test.

Gdy następnego dnia po wyniku nikt nie dzwonił, sama zaczęłam wydzwaniać - po drugiej stronie cisza. Finalnie moja rodzina, zgłaszając się u swojego (trzeciego w tej historii) sanepidu, wspomniała o mnie i dopiero ów sanepid ze średniej wielkości miasta popchnął ten właściwy. Całość zajęła dwie doby. Następnego dnia zajrzeli do mnie policjanci, więc poczułam ulgę - moja izolacja jest oficjalna.

Przyjaciółka po początkowym wywiadzie straciła kontakt ze swoim sanepidem - nikt nie zainteresował się tym, gdzie jest i jak się czuje przez pierwsze dwa tygodnie. Znajoma z tego samego dużego miasta, z którą się widziałam i którą podałam jako kontakt w dwóch lub trzech wywiadach, nigdy nie doczekała się telefonu od sanepidu (zrobiła test na własną rękę).

Na szczęście ani ja, ani przyjaciółka nie zaraziłyśmy nikogo bliskiego. Ale praktycznie każda z tych osób musiała wykazać inicjatywę, żeby sprawdzić, czy jest zdrowa, mimo że uczciwie opowiadałyśmy, z kim miałyśmy kontakt. W rozmowach z sanepidami (w moim przypadku były to trzy różne jednostki) zaskoczyło mnie, o jak różne rzeczy pytano - nie zgadzało się nawet to, jak daleko "wstecz" miałyśmy "odpamiętać", z kim się widziałyśmy - co sanepid, to inne widełki czasowe.

Co straszno-śmieszne, osoby, z którymi rozmawiałam, były zainteresowane wyłącznie potencjalnymi zakażeniami ze swojego regionu. Na przykład, gdy chciałam uzupełnić trasę wakacji o jeden punkt (przyjaciółka raportowała ją wcześniej, ale coś sobie przypomniałyśmy), pani odesłała mnie do sanepidu przyjaciółki (tego samego, z którym nie było kontaktu po wstępnym wywiadzie). Szczerze mówiąc, wątpię, by jakikolwiek tracking miał miejsce.

Zobacz wideo O czym musimy pamiętać, jeśli wybieramy się w podróż publicznym środkiem transportu?

Załatwianie zwolnienia lekarskiego

Po początkowych stresach, ale i sukcesie to jest wpisaniu w rejestr chorych zaczął się etap intensywnego załatwiania - nie wyliczę już wszystkich osób (w tym rzeszy policjantów, czy ministerstwa cyfryzacji), które wydzwaniały czasem z prywatnych numerów, by pytać o moje kontakty, wynik testu czy miejsce izolacji. Telefon miałam i mam stale w pogotowiu, nie wyłączam dźwięku, odbieram od razu i odpowiadam na pytania już nieco machinalnie.

Osoby, z którymi rozmawiałam, były uprzejme, ale w jakim stopniu te wszystkie rozmowy były przepisowe - nie mam pojęcia (o RODO nie usłyszałam ani razu). Niestety, przy jednej sprawie, w której to ja potrzebowałam czegoś od systemu - zwolnienia z pracy - nie napotkałam podobnej gorliwości.

Najpierw oficjalna infolinia rządowa odesłała mnie do mojego lekarza - pechowo był weekend. W poniedziałek moja rejonowa przychodnia (z dużego miasta) stwierdziła, że nie wystawia zwolnień dla pacjentów COVID-owych, pani doktor była w tym zakresie nieugięta. Sanepid zaś nie potrafił mi pomóc - doradzali kontakt z lekarzem, bo oni żadnego zaświadczenia przed końcem kwarantanny nie wystawiają. Ostatnia instancja - księgowa z dużej firmy - nie miała wiedzy, jak mi pomóc: gdybym była na kwarantannie po powrocie z zagranicy, wystarczyłoby moje oświadczenie (miała odpowiednie druki), ale skoro faktycznie mam koronawirusa, to nie może być tak prosto. Finalnie pomogła lokalna przychodnia - tutejszy lekarz nie miał problemu z wystawieniem zwolnienia.

Po dwóch tygodniach dostałam trochę zaskakujący telefon od sanepidu i inna pani wyjaśniła mi, że niepotrzebnie się fatygowałam z załatwianiem L4, bo wystarczyłoby moje oświadczenie i doniesione po zakończeniu kwarantanny potwierdzenie jej odbycia.

"Srogi katar" i utrata węchu

Objawy tej choroby to wachlarz różnych dolegliwości, o zróżnicowanym natężeniu. Wcale nie musi pojawić się gorączka i kaszel. Ja przez tydzień byłam osłabiona; najpierw grypowo rozbolały mnie mięśnie i miałam delikatnie podniesioną temperaturę. Złapałam też srogi katar i pewnie dlatego utrata węchu nie zaalarmowała mnie od razu. Teraz węch wrócił mi w 80 proc. 

Od ponad tygodnia czuję się już całkowicie normalnie. Przyjaciółka z zupełnie innymi objawami (w tym utratą smaku, temperaturą i kaszlem) również łagodnie przeszła infekcję i od dłuższego czasu czuje się dobrze. O ile w większości chorób (lub krajów) oznaczałoby to koniec przykrej przygody, o tyle w Polsce AD 2020 bycie ozdrowieńcem to jak się okazało powód frustracji, bo wypisanie się z ‘listy chorych’ to jeszcze większy sukces, niż trafienie na nią. A przecież już trafić na nią nie było łatwo!

Wychodzenie z izolacji

Po prawie dwóch tygodniach od pierwszego testu przyszła pora na powtórkę – karetka wymazowa przyjechała w miarę wcześnie, pani w "kosmicznym" kombinezonie była miła i kolejnego dnia przyszedł wyczekiwany wynik negatywny. Wspaniale, zaczęłam sprzątać dom i przygotowywać się do grubszej akcji odkażania (które należy sobie załatwiać na własną rękę). Jeszcze tylko test potwierdzający i… już po głosie pani z sanepidu mogłam odgadnąć, że nie wyjdę z izolacji w tym tygodniu. Pani była zmieszana i nie miała pojęcia, co się stało, ale niestety z racji "plusa" muszę zostać w izolacji jeszcze tydzień (licząc od "plusa").

Po pierwszej fali smutku przyszła faza konstruktywnej złości – zaczęłam szperać w anglojęzycznym Internecie, na stronach agencji ochrony zdrowia i w oficjalnych wytycznych innych krajów oraz w serwisach naukowych. Nie jestem lekarką, ale z przyzwyczajenia zaczęłam szukać danych. Badania pokazują, że przy łagodnym przebiegu choroby, po 10 dniach od wystąpienia objawów zarażanie innych jest już mało prawdopodobne. A wiele osób niezagrażających już otoczeniu będzie miało przez jakiś czas jeszcze nieco materiału genetycznego wirusa w sobie (który przecież nie zniknie naraz, na gwizdek) i takie osoby, testowane, będą "dodatnie".

Ja za swój test PCR zapłaciłam 500 zł, a takich testów państwo zafunduje mi (w optymistycznym scenariuszu) przynajmniej cztery. Do tego należy doliczyć obsługę karetek wymazowych, godziny pracy sanepidu, koszty zasiłków itp. I pomnożyć przez kilkadziesiąt tysięcy potwierdzonych zakażeń. 

Mam nadzieję w końcu wyjść na wolność i zapomnieć o koronawirusowym koszmarze. Dla mnie będzie przykrym wspomnieniem przebijania się przez kolejne warstwy chaosu i ciągnącej się samotności.

* Imię czytelniczki zostało zmienione.

Miałeś podobne problemy ze skontaktowaniem się ze służbami sanitarnymi podczas epidemii lub masz inną historię związaną z koronawirusem, którą chcesz się podzielić? Napisz do nas na redakcjagazetapl@agora.pl

Więcej o: