Lekarz o powrocie do szkół: Rodzice często wysyłali na lekcje chore dziecko. To się musi zmienić

Od 1 września szkoły wznawiają pracę, nauczanie zdalne będzie wykorzystywane tylko w wyjątkowych wypadkach. - Jeżeli nauczyciel będzie zachowywał od innych odstęp dwóch metrów i mył ręce, a dzieci nie będą śpiewać na zajęciach, to o jakim ryzyku mówimy? Malutkim. Większe ryzyko to pokój nauczycielski, bo tam gromadzą się dorosłe osoby. Pozamykajmy więc pokoje nauczycielskie - mówi w rozmowie z Gazeta.pl dr hab. n. med. Ernest Kuchar, lekarz specjalista pediatrii, medycyny sportowej i chorób zakaźnych.

Pandemia koronawirusa wywróciła polski system edukacji do góry nogami. Uczniowie na kilka miesięcy zostali w domach, a nauczyciele z dnia na dzień musieli nauczyć się, jak pracować w nowej, "zdalnej" rzeczywistości.

1 września szkoły znów będą pełne. W nowej odsłonie cyklu "Jak będzie" weźmiemy pod lupę to, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach i co czeka teraz uczniów, nauczycieli i rodziców.

Teksty znajdziecie codziennie od 24 do 28 sierpnia na Gazeta.pl oraz pod tym linkiem.

Z kolei w poniedziałek 31 września już od godz.7.15 rano czekamy na Was w Poranku "Szkoła w czasie pandemii" na Gazeta.pl. Wraz z dziennikarzami radia TOK FM i redakcji Wyborcza.pl będziemy rozmawiać m.in. z ekspertami i dyrektorami szkół o tym, czy Polska jest odpowiednio przygotowana na powrót uczniów do placówek od 1 września.

***

Marcin Kozłowski, Gazeta.pl: Czy posłanie dzieci do szkoły 1 września powinno budzić u rodziców niepokój?

Dr hab. n. med. Ernest Kuchar*: Dotychczasowe doświadczenia wskazują, że dzieci zarażają się koronawirusem zdecydowanie rzadziej niż dorośli, a do tego przechodzą COVID-19 znacznie łagodniej. Z polskich danych wynika, że dzieci stanowią jedynie 2,2 proc. zakażonych pacjentów, we Włoszech 1 proc., a w Chinach - 2 proc. Z wyjątkiem wieloukładowego zespołu zapalnego, który jest rzadkością i występuje raczej trzy-cztery tygodnie po zakażeniu, u dzieci nie obserwuje się w zasadzie powikłań. 

Muszę podkreślić ważną informację - być może powyższe dane są obarczone błędem selekcji - bada się głównie chorych, a dzieci mogą przechodzić zakażenie bardzo łagodnie i umykają statystykom. Ponadto szkoły zamknięto wcześnie i po prostu nie wiemy, jak wyglądałaby sytuacja epidemiczna, gdyby były otwarte.

Dzieci to niejednorodna grupa. Starsze dzieci - nastolatki - przenoszą koronawirusa podobnie jak dorośli. W Izraelu, gdy w maju otwarto szkoły wyższe, doszło do wybuchu ogromnego ogniska zachorowań w Jerozolimie. Wstępne dane wskazują, że małe dzieci rzadko się zarażają i rzadko przenoszą chorobę.

Jak to możliwe?

Różnie się to tłumaczy, jedną z najbardziej prawdopodobnych hipotez jest to, że dzieci mają na powierzchni komórek znacznie mniej białka konwertazy angiotensyny II, pełniącego funkcję receptora, do którego wirus może się przyczepić, by wniknąć do komórki. Najcięższy przebieg obserwowany jest u osób starszych lub schorowanych, a ponadto układ immunologiczny dzieci jest po prostu młodszy. 

Mało tego, doniesienia o tym, że ktoś się zaraził od małego dziecka, są bardzo rzadkie. Mieliśmy na oddziale kilkoro dzieci, które przechodziły zakażenie łagodnie, a musiały być hospitalizowane z zupełnie innych powodów. Przy tych dzieciach były matki. Badaliśmy je wielokrotnie i nie stwierdziliśmy zakażenia, mimo że przebywały w tym samym pomieszczeniu, bez maseczek. Rozumiem, że kilka przypadków wiosny nie czyni, ale w Chinach też nie opisano przypadków zakażeń od małego dziecka. Inaczej jest z grypą, dzieci są jej głównym roznosicielem. 

Pytanie tylko, kogo ma pan na myśli, mówiąc “dzieci”.

To trudne pytanie, trzeba byłoby sztucznie wydzielić tę grupę. Można przyjąć, że dzieci w klasach I-III to osoby mniejszego ryzyka, a starsze - zdecydowanie większego. Nastolatków trzeba traktować już jako młodych dorosłych. Młodzież na pewno stanowi grupę dużego ryzyka transmisji zakażeń i to grupę podwyższonego ryzyka z racji zachowań socjalnych. Młodzież częściej niż dorośli lekceważy dystansowanie społeczne. 

To już gorsza wiadomość dla rodziców. 

Tylko trzeba spojrzeć na sprawę całościowo. Duże wrażenie zrobiła na mnie ostatnio włoska analiza, w której oceniano decyzję o zamknięciu szkół w tym kraju. Przypominam, że tam sytuacja związana z koronawirusem była znacznie gorsza niż w Polsce, zarówno pod względem liczby zachorowań, jak i zgonów. W Polsce współczynnik śmiertelności wynosi 3,4 proc., we Włoszech 14 proc.

Po ocenieniu tej decyzji na spokojnie uznano, że to był błąd. Pożytku z tego niewiele, uniknięto zaledwie ułamka procent zakażeń, a narażono innych. Małe dzieci wymagają opieki, nie mogą być same w domu. To oznacza, że np. młoda lekarka zajmuje się dzieckiem, a jej starsza koleżanka przez to musi pracować więcej. Ściąga się też do pracy emerytów. Albo opiekę nad dziećmi przejmują seniorzy i dziadkowie. Z punktu widzenia społecznego, całościowego, nieco zyskujemy, ale więcej tracimy. 

To, że małe dzieci rzadziej przenoszą koronawirusa, nie oznacza, że otwarcie szkół nawet tylko dla uczniów nauczania początkowego jest bezpieczne. Doświadczenia Szwecji i Finlandii, podobnych krajów, które w odmienny sposób podeszły do tego zagadnienia, są pouczające. W Szwecji szkoły podstawowe były otwarte - mimo to nauczyciele pracujący z tymi dziećmi nie byli bardziej narażeni niż ludzie innych zawodów. W Australii szkoły cały czas są czynne - wprowadzono za to wiele innych ograniczeń dotyczących podróżowania. 

Może warto byłoby pójść na taki kompromis: przedszkola i szkoły otwarte, ale tylko dla dzieci pracowników kluczowych sektorów, takich jak wojsko, policja, straż pożarna, ochrona zdrowia? Może to jest jakieś wyjście? W zajęciach zdalnych mogą uczestniczyć dzieci, które potrafią czytać. Może ograniczmy tradycyjne lekcje do najmłodszych dzieci uczących się czytać? To trzeba uzgodnić z nauczycielami - ja znam się na chorobach zakaźnych, nie na edukacji dzieci.

To znaczy, że decyzja rządu o otwarciu szkół dla wszystkich uczniów była zła?

Nazwałbym ją odważną. Pewnie brano pod uwagę głównie to, że trzeba tym dzieciom zapewnić opiekę, a to ma wpływ na gospodarkę i sytuację w różnych dziedzinach, m.in. służbie zdrowia. W Szwecji szkoły są otwarte. W USA, gdzie sytuacja epidemiczna jest trudna, do szkół pójdą dzieci do 12. roku życia, starsze będą miały zajęcia zdalne.

Jako kierownik zespołu lekarzy wiem, jakie to ważne. Kiedy zamknięto szkoły, trzy koleżanki natychmiast oświadczyły, że do pracy nie przyjdą, bo nie mają co zrobić z dzieckiem. Proszę zobaczyć, jakie to rodzi problemy, ktoś musiał je zastąpić. Nie jest tak, że mamy 30-40 proc. rezerwy i nic się nie stało. To oznacza zaburzenie grafiku dyżurów, dłuższą pracę dla innych.

W czasach pandemii zapotrzebowanie na usługi medyczne jest większe niż normalnie. Chociażby przez to, że spada wydajność lekarzy. Jeżeli trzeba się zabezpieczać środkami ochrony osobistej i stosować do wszystkich procedur, liczba pacjentów, którym można udzielić porady, jest znacznie mniejsza. 

Dyrektor szkoły po zasięgnięciu opinii sanepidu będzie mógł zdecydować o wprowadzeniu kształcenia mieszanego (część uczniów uczy się stacjonarnie, a część zdalnie) lub o przejściu na nauczanie zdalne dla wszystkich. 

Taka furtka jest dobrym pomysłem, zwłaszcza że są takie tereny, na których tych zachorowań jest więcej. Pytanie tylko, czym będzie się kierował miejscowy sanepid, muszą mieć przecież jasne instrukcje. 

Liczbą przypadków zakażeń wśród uczniów i pracowników szkoły oraz lokalną sytuacją. Według Ministerstwa Edukacji Narodowej “nie jest możliwe ustalenie scenariusza postępowania dla każdego oddzielnego przypadku” i “procedury postępowania muszą być dostosowane do charakteru placówki”. 

A ile powinno być zakażeń w powiecie w przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców, żeby odwołać lub ograniczyć organizację zajęć w szkołach? To mnie zastanawia. 

Wprowadzono pojęcia żółtego i czerwonego powiatu. Żółty to od sześciu do 12 zakażeń na 10 tys., a czerwony powyżej 12 zakażeń. Te dane ustalono jednak arbitralnie powołując się na europejskie ECDC. No bo niby dlaczego w przypadku żółtej sześcioro zakażonych, a nie siedmioro? Problem w tym, że nie prowadzi się badań przesiewowych, dlatego w razie wystąpienia ogniska zachorowań liczba wykrytych przypadków zostaje zawyżona w stosunku do innych powiatów.

To kiedy taką szkołę powinno się zamknąć?

To trudne pytanie, bo to nowa choroba, nie mamy wielu doświadczeń, dużo rzeczy odbywa się metodą prób i błędów. Obawiam się, że nikt panu na to pytanie jasno i kategorycznie nie odpowie. 

Moim zdaniem najistotniejszy jest trend dotyczący wzrostu lub spadku liczby zachorowań. Jeśli sytuacja byłaby w danym powiecie stabilna, to nie byłoby powodu do niepokoju, jeśli liczba zakażeń by się zwiększała, to trzeba by było działać. W takiej sytuacji będzie spora społeczna presja. Jeśli liczba będzie rosła, ludzie będą zaniepokojeni i obawa przed wysłaniem dziecka do szkoły przybierze na sile.

Jak często pańskim zdaniem będzie dochodziło do zamykania szkół lub przechodzenia na nauczanie mieszane?

To gdybanie. Nie wiem tego. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że bardzo często.  

Dlaczego?

Dlatego, że w niektórych szkołach będą do tego parli zaniepokojeni nauczyciele, poza tym na jesieni na pewno będzie duży skok zachorowań. Będzie to dotyczyło zarówno koronawirusa, jak i popularnych sezonowych zakażeń, z grypą włącznie.

W szczycie sezonu, który był jeszcze przed koronawirusem, odnotowaliśmy do 100 tys., przypadków podejrzeń grypy dziennie. Wystąpienie objawów grypowych: gorączki i kaszlu podczas pandemii koronawirusa będzie prowadziło do panicznych reakcji.

Przychodzi wrzesień. 13-letni Jaś wraca po wakacjach do szkoły. Na co rodzic przygotowujący dziecko powinien zwrócić szczególną uwagę?

Przede wszystkim nie powinien puszczać Jasia do szkoły, jeśli miałby on objawy zakażenia układu oddechowego. Chora osoba jest znacznie bardziej zaraźliwa niż osoba zakażona, która nie ma objawów. Chociażby dlatego, że kaszle i kicha, a przez to rozprzestrzeniają się wydzieliny dróg oddechowych zawierające wirusy

Do tej pory często było tak, że się chore dziecko do szkoły wysyłało. To się musi zmienić. Rodzic wychodził z założenia, że jak Jaś nie ma gorączki, a tylko kaszle, to nic mu nie będzie. Albo po prostu nie było co z Jasiem zrobić. Wielu rodziców uważa też, że jeśli dziecko nie pójdzie do szkoły, będzie mu trudno nadrobić zaległości, bo przecież nikt na niego z programem nie zaczeka. Trzeba ich więc zrozumieć, ale niestety dziecko z jakimikolwiek objawami będzie budziło niepokój. Ponadto ogólny zdrowy tryb życia - regularny sen, dobrze zbilansowana dieta z dużą ilością warzyw i owoców, odpowiednia ilość płynów poprawia odporność. 

Najważniejsza sprawa to małe grupy - im mniej osób tym lepiej. Optymalnie byłoby po 5 osób. Rozumiem, że to trudne, ale do tego trzeba dążyć np. na zajęciach WF-u.

Kolejna sprawa: mówienie. Mówienie wyzwala powstawanie aerozolu kropelek. Lepiej to ograniczyć, może niech dzieci w klasie nie odpowiadają nauczycielowi ustnie, a piszą? Albo w czasie odpowiedzi ustnej zakładają maseczki? No i śpiewanie. Podczas śpiewania produkowane jest znacznie więcej aerozolu, potencjalnie zawierającego wirusy. Można z niego zrezygnować. 

Można dużo zdziałać dzięki dobrej organizacji pracy nauczycieli - idealnie, gdyby jeden nauczyciel miał stałe zajęcia z tą samą grupą uczniów. Rozumiem, że są specjalizacje, ale sytuacja jest nadzwyczajna.

Zastanawiam się, jak w szkołach uczniowie będą zachowywali między sobą dwumetrowy odstęp.

Fakt, dzieci bardzo lubią towarzystwo rówieśników, socjalizują się. Na przerwach gromadzą w grupach, rozmawiają, dzielą się informacjami. Przestrzeganie odległości może być trudne. Najlepiej byłoby, gdyby do szkoły przychodziła za jednym razem tylko połowa klasy, druga część uczyłaby się zdalnie, a potem zmiana. Wówczas pewnie łatwiej byłoby im ten dystans zachowywać. 

Między nami mówiąc, powinno się ograniczyć liczbę godzin zajęć. Sytuacja jest w końcu nadzwyczajna. Wiadomo, że prawdopodobieństwo zakażenia jest związane z liczbą kontaktów i czasem przebywania w towarzystwie ludzi. Jeśli pan przejdzie obok chorego, to prawdopodobnie się pan nie zarazi, ale jeśli siedzi pan obok niego ileś lekcji, to ryzyko jest większe.

Klasy mają być wietrzone. Pięć-dziesięć minut wystarczy?

Myślę, że wystarczy, ale to nie jest kwestia tego, jak długo, tylko jak skutecznie. Klasy powinny być wyposażone w wentylację mechaniczną, ale nikt przecież nie zamontuje teraz w szkołach nagle wentylacji. Uważa się, że wymiana sześciu objętości na godzinę to dobry wynik. 

Czy Jaś powinien zostać wyposażony przez mamę w żel antybakteryjny, żeby dezynfekował sobie dłonie?

Tak, byle nie za często. To, że ktoś co pół godziny będzie przecierał sobie dłonie żelem, nie zwiększy bezpieczeństwa zdrowotnego. 

Powiedzmy sobie jasno: główną drogą zakażenia koronawirusem jest droga kropelkowa, czyli na przykład przebywamy w odległości poniżej metra przez kilkanaście minut z osobą zakażoną, ona gada, kicha, kaszle.

Drugą możliwą drogą są skażone ręce. Zakażona osoba wyciera sobie nos i brudną ręką dotyka klamki, a pan tę klamkę potem łapie i pociera sobie później dłonią okolice oka i nosa, przenosząc materiał zakaźny. Jeśli zdezynfekujemy klamkę bezpośrednio po dotknięciu przez tę osobę albo umyjemy ręce, albo przestaniemy sobie dłubać w oku i nosie, to przecież tego zakażenia nie przeniesiemy. Na pewno proponowałbym uczniom przecieranie blatu ławki przed zajęciami. Trudno, żeby to robiła pani sprzątaczka, przecież ona nie obleci wszystkich klas. 

Działania muszą być racjonalne, a nie nerwowe. Mam koleżankę, której mąż polewał wszystko wrzątkiem, nawet banany i sałatę. Zacznijmy od tego, że pokarm nie przenosi koronawirusa, a poza tym polewanie wrzątkiem sałaty nie wydaje się najlepszym pomysłem. Sałata do wyrzucenia. 

Mama powinna poradzić Jasiowi, żeby nie pożyczał od innych długopisu?

Tak, rzeczy osobiste, takie jak długopis, kredka, ołówek, to przedmioty, którymi się nie wymieniamy. Pamiętajmy, że dzieci często odruchowo wkładają długopisy do ust. 

A maseczki?

Jeśli w szkole uda się zachować między uczniami i pracownikami odległość co najmniej dwóch metrów, to maseczki nie będą potrzebne. Jeżeli byłoby to poniżej dwóch metrów, to maseczki skutecznie “zwiększyłyby” tę odległość. Przyjmuje się bowiem, że jeśli ktoś znajduje się metr od osoby chorej, ryzyko zakażenia spada pięciokrotnie, a jeśli dwa metry, kolejne dwa do pięciu razy. A dobra maseczka działa podobnie jak dwumetrowa odległość. Tam, gdzie nie możemy zachować dwumetrowej odległości, powinny być maseczki.

Zobacz wideo O czym musimy pamiętać, jeśli wybieramy się w podróż publicznym środkiem transportu?

Co z lekcjami WF-u? Tylko gimnastyka indywidualna, bez gier zespołowych?

To wszystko kwestia warunków. Gry zespołowe nie są związane z dużym ryzykiem, boiska są na tyle spore, że np. w piłce nożnej można zachować między sobą odległość. 

W piłce nożnej Jaś może podbiec do kolegi i próbować mu piłkę odebrać. 

Nie zarazi się, bo trzeba byłoby przebywać w odległości poniżej metra przez kilkanaście minut. Minut, a nie sekund. Gdyby tak łatwo było się zarazić, wszyscy bylibyśmy chorzy. 

Trzeba podejść do WF-u z rozsądkiem, skoro nie ma warunków, żeby były gry zespołowe, to niech będzie chociaż bieg przełajowy w odległości trzech, czterech metrów od ucznia lub inne ćwiczenia. To całkowicie bezpieczne.

Ministerstwo Edukacji Narodowej radzi, by książki ze szkolnej biblioteki przechodziły dwudniową kwarantannę. Słusznie?

Przesada. Jeszcze nikt nie opisał zakażenia przez książkę. To, że ktoś wykryje RNA koronawirusa na papierze, jeszcze nie oznacza, że ta powierzchnia jest zaraźliwa.  Koronawirus ma otoczkę lipidową, bardzo wrażliwą na alkohol, detergenty. Łatwo ulega dezaktywacji. I chociaż można wykryć jego RNA, to nie znaczy, że w tej postaci jest groźny. 

Jeżeli ma to jednak uspokoić ludzi, to nie ma w tym nic złego. Jasno powiedzmy, że niektóre procedury zostały wprowadzone z dużym marginesem błędu, na zapas.

Szef Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz mówił niedawno w TVN24, że wielu nauczycieli ma obawy w związku z powrotem do pracy stacjonarnej. 

Rozumiem, że niektórzy się boją, ale czy osoby pracujące np. w sklepach nie mają obaw? Zakładają przyłbice, maseczki i obsługują klientów. Kto może, niech pracuje zdalnie, jak najbardziej, ale społeczeństwo musi przecież jakoś funkcjonować. 

Moich dwóch koleżanek z pracy od początku pandemii nie widziałem na oddziale, bo się boją. A życie związane jest z pewnym ryzykiem.

Nie można dziwić się ludziom, że nie chcą narażać siebie i swoich bliskich.

Ale nikt przecież nie mówi, żeby narażać się na duże ryzyko, to byłaby głupota. Nie może być jednak tak, że niskie ryzyko nie jest akceptowalne w ogóle. Nawet jak ktoś siedzi w domu, to może dostać zawału albo poślizgnąć się, złamać nogę i uderzyć głową o kaloryfer. Nie dajmy się zwariować. 

Jeżeli nauczyciel będzie zachowywał od innych odstęp dwóch metrów i mył ręce, a dzieci nie będą śpiewać na zajęciach, to o jakim ryzyku mówimy? Malutkim. Większe ryzyko to pokój nauczycielski, bo tam gromadzą się dorosłe osoby. Pozamykajmy więc pokoje nauczycielskie. 

Ten sam nauczyciel, który się boi, na pewno chodzi też do fryzjera, do lekarza, do supermarketu.

Supermarket to duża przestrzeń, a klasy są małe, zimą będą zamknięte okna. 

To prawda, ale koronawirus nie przenosi się drogą aerozolu. Owszem, może być wykrywany w powietrzu, ale nie udowodniono w ten sposób ryzyka zakażenia. 

Proszę zwrócić uwagę, że jedna osoba zakażona koronawirusem zakaża średnio dwie-trzy osoby, tak, jak w przypadku grypy. Przy ospie wietrznej, odrze, krztuścu, chorobach, które przenoszą się drogą powietrzną, wskaźnik zakażeń wynosi aż kilkanaście.

Strach nas wszystkich, w tym nauczycieli, powinien być kontrolowany przez racjonalne myślenie. Ja też się różnych rzeczy boję. I co mam zrobić? Nie może być tak, że są przepisy, wytyczne sanitarne, a ktoś powie, że i tak się boi.

A jak pan wytłumaczy nauczycielom to, że szkoły zamykano kilka miesięcy temu przy mniejszej liczbie zakażeń?

Kilka miesięcy temu o koronawirusie nie wiedzieliśmy prawie nic. Był jeden przypadek w Zielonej Górze, a cała Polska panikowała. Teraz jesteśmy mądrzejsi o kilkumiesieczne doświadczenia.

Zakażeń jest więcej, ale proszę zwrócić uwagę, że jest dużo więcej wykonywanych testów, co też przekłada się na więcej pozytywnych wyników.

Ogniska koronawirusa pojawią się na jesieni w szkołach?

Jeśli tak, to prawdopodobnie wśród starszych uczniów i nauczycieli. 

Ryzyko zakażenia w kontakcie z drugim człowiekiem to obecnie orientacyjnie ok. 0,2 proc. W tej chwili mamy kilkaset przypadków dziennie, załóżmy 800. Człowiek zaraża przez maksymalnie 10 dni, daje to 8000. Załóżmy, że niedoszacowanie jest dziesięciokrotnie, więc 80 tys. To oznacza, że 80 tys. osób jest w Polsce zaraźliwych, z mamy 40 mln obywateli. Jakie jest więc ryzyko? 80 tys. na 40 mln to mniej więcej 0,2 proc. Jeżeli mamy do czynienia z 10 osobami, to wynosi ono dwa proc. 

Biorąc te liczby pod uwagę, można się spodziewać, że w którejś szkole zakażenie pewnie się trafi. I to najprawdopodobniej w pokoju nauczycielskim. 

A wśród 15-, 16-latków ogniska być nie może?

Jest to możliwe, ale mniej prawdopodobne, bo wciąż tak młode osoby chorują rzadziej niż dorośli. W literaturze medycznej w ogóle nie ma opisów ognisk wśród małych dzieci. 

Szczepionka cudownie uzdrowi niepewną sytuację w szkołach?

W Stanach Zjednoczonych pojawi się najprawdopodobniej w grudniu, pytanie, w jakich ilościach. Kiedy będzie w Polsce? Na pewno później, bo przecież nie jesteśmy pięćdziesiątym pierwszym stanem. Dostaniemy ją w jakiejś drugiej, trzeciej kolejności, ale nie wiem, co planuje rząd i ile tej szczepionki kupi. 

Pierwsze powinny zostać zaszczepione osoby z grupy ryzyka: pracownicy ochrony zdrowia, wszelkich służb, w tym oświaty. Są narażeni ze względu na zawód i to trzeba docenić. 

Podejrzewam, że nauczyciele w drugim semestrze już będą zaszczepieni.  Wtedy organizacja zajęć byłaby prostsza, bo dalej trzeba byłoby przestrzegać zasad dotyczących zachowania odstępu, ale przynajmniej nauczyciele nie byliby zagrożeni. 

Co z uczniami?

Dla wszystkich tak szybko szczepionki nie będzie.

A do września przyszłego roku?

Jest na to 90 proc. szansy. 

Zaszczepieni będą uczniowie, nauczyciele i kolejny rok szkolny już będzie całkowicie normalny?

Osoba zaszczepiona albo nie zachoruje, albo przechodzi łagodniej. Problem się rozwiązuje. Koronawirus stanie się prawie banalnym przeziębieniem. 

Spójrzmy wstecz na pandemię grypy hiszpanki, która rozpoczęła się w 1918 roku. Nie było wówczas szczepionki, leków. Pandemia trwała 500 dni i sama się skończyła. Dwa sezony i po ptakach. Prędzej czy później to się skończy. Jeszcze trochę, panie redaktorze.

* dr hab. n. med. Ernest Kuchar - lekarz specjalista pediatrii, medycyny sportowej i chorób zakaźnych; wykładowca akademicki; ukończył wrocławską Akademię Medyczną oraz podyplomowe Studia Zarządzania i Oceny Technologii Medycznej; od 2015 roku kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego; pracuje w Luxmed jako lekarz zakaźnik oraz lekarz sportowy; członek polskich i międzynarodowych towarzystw naukowych: Polskiego Towarzystwa lekarzy Epidemiologów i Chorób Zakaźnych, Polskiego Towarzystwa Medycyny Sportowej, Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego, European Society for Paediatric Infectious Diseases (ESPID) i International Organisation of Sports Medicine (FIMS); autor kilku książek i ponad 200 publikacji naukowych.

Czekamy na maile i komentarze nauczycieli dotyczące powrotu do szkół. Jak funkcjonują Wasze placówki? Czy kadra i uczniowie stosują się wytycznych? Piszcie na adres: listydoredakcji@gazeta.pl.