Wirusolog: Jeśli zaniedbamy rygory sanitarne i opuścimy gardę, a pogoda nam nie pomoże, to czeka nas wariant hiszpański albo włoski

- Jeśli zaniedbamy rygory sanitarne i opuścimy gardę, a pogoda nam nie pomoże, to czeka nas właśnie wariant hiszpański albo włoski - mówi w rozmowie z Gazeta.pl wirusolog prof. Krzysztof Pyrć z Małopolskiego Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Pytany o sytuację epidemiczną na Śląsku, minister zdrowia powiedział w RMF FM: "Transmisji poziomej na Śląsku również nie ma". Jak to możliwe? Przecież górnicy chodzą po ulicach, sklepach i parkach, spotykają się z przyjaciółmi i rodziną.

PROF. KRZYSZTOF PYRĆ: Transmisja pozioma polega na tym, że ludzie zakażają się od siebie nawzajem, więc jeśli nowe przypadki zakażeń się pojawiają, to znaczy, że ta transmisja pozioma występuje. Przedmiotem dyskusji może być, kiedy i gdzie ta transmisja jest najbardziej efektywna. Pojawia się również wątpliwość, jaki jest zasięg transmisji - czy występuje tylko w ściśle określonym środowisku, czy nie widzimy jeszcze tej transmisji na poziomie społeczeństwa. Okres wylęgania tego wirusa jest długi i definitywne sądy będzie można wygłosić po wygaszeniu ogniska. Ważne jest jednak, że osoby, które przechodzą zakażenie bezobjawowo lub skąpo objawowo wydają się być mniej zakaźne - co może wpłynąć na zasięg wirusa.

O tym mówiła ostatnio Maria Van Kerkhove, szefowa działu ds. nowych chorób i chorób odzwierzęcych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Stwierdziła, że bezobjawowi pacjenci praktycznie nie zakażają, a ich udział w przenoszeniu się wirusa jest bardzo mały.

Tak, to prawda. Żeby jednak mieć 100 proc. pewność, musimy poczekać na pogłębione badania i analizy. Trzeba pamiętać, że nawet wśród pacjentów bezobjawowych zdarzali się tacy, którzy koronawirusa roznosili bardzo efektywnie.

Zobacz wideo

Wicepremier Sasin w połowie maja stwierdził, że większość górników przechodzi koronawirusa "całkowicie bezobjawowo albo z niewielkimi objawami". Dodał, że aż 97 proc. zakażonych górników nie wymagało interwencji medycznej. To zaskakująco wysoki wskaźnik. Wirusolog prof. Tomasz Wąsik ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego powiedział mi wówczas: "Z danych z całego świata wiemy, że około 85 proc. zakażeń przebiega bezobjawowo lub na tyle łagodnie, że nie wymaga hospitalizacji. Pozostałe 15 proc. wymaga opieki lekarskiej, więc coś mi się tu nie zgadza".

Musimy tutaj pamiętać o kilku rzeczach. Po pierwsze, poczekajmy do wygaśnięcia ogniska, żeby wyciągnąć takie wnioski. Po drugie, teraz na Śląsku testowane są osoby, które są kompletnie bezobjawowe. W związku z tym wychwytujemy więcej osób zakażonych. W standardowej sytuacji większość tych osób nie kwalifikowałaby się do testu - stąd może wynikać pozornie niski poziom hospitalizacji. Trzecia kwestia jest taka, że na Śląsku zakażone są głównie osoby w kwiecie wieku i mające silne organizmy, które znacznie lepiej znoszą chorobę niż pacjenci z grup ryzyka. Pojawia się pytanie, czy dojdzie do transmisji wirusa w społeczności, dzięki której wirus dotrze również do mniej odpornej części populacji (np. rodziców i dziadków). Staram się być tutaj ostrożny z oceną, bo mówimy o długotrwałym procesie, a wciąż jest wiele niewiadomych.

Łukasz Szumowski, pytany o wysoką liczbę zakażeń w ostatnich dniach, odpowiada, że to efekt większej liczby testów. "Gdybyśmy nie wymazywali wszystkich górników, to mielibyśmy ewidentnie spadki" - ocenił minister zdrowia w RMF FM. Czy to nie jest myślenie w kategoriach: zbijmy termometr, to nie będzie gorączki?

Jeżeli chodzi o liczbę testów, oczywistym jest, że im więcej będziemy testować, tym więcej przypadków wykryjemy. Tak zresztą powinno być. Druga prawda jest taka - możliwe, że przez fakt bardzo szerokiego testowania wykrywamy więcej niż zazwyczaj, więc skala epidemii na Śląsku wydaje nam się większa, niż jest w rzeczywistości.

Jak to?

Możliwe, że w innych miejscach w kraju tych przypadków było równie wiele, tylko ich nie znaleźliśmy. Ale zgadzam się w 100 proc., że takie ogniska epidemiczne należy testować bardzo intensywnie i jeżeli to tylko możliwe - wygaszać. Bardziej od tego, co w tej chwili widzimy w województwach mazowieckim, łódzkim czy śląskim, boję się jednak tych ognisk, o których nie wiemy. Kiedy już na coś trafimy, to już jest połowa sukcesu.

Ile takich ognisk nasze służby sanitarne mogły przeoczyć?

Tego nie wie nikt. Są miejsca, gdzie możemy to przeoczyć, bo liczba pacjentów bezobjawowych będzie spora, a wirus na początku dotyka osób mobilnych i tych, którzy się z nimi kontaktują. Dopiero później dociera do bardziej wrażliwej części populacji i zaczyna pojawiać się problem.

Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej prof. Andrzej Matyja oraz doradca Głównego Inspektora Sanitarnego prof. Włodzimierz Gut ostrzegają, że zniesienie obostrzeń przy jednoczesnym wzroście zakażeń może doprowadzić w Polsce do wariantu włoskiego albo hiszpańskiego, w którym liczba zakażonych szła w setki, a zmarłych w dziesiątki tysięcy.

Jeśli zaniedbamy rygory sanitarne i opuścimy gardę, a pogoda nam nie pomoże - niestety nic nie wskazuje na to, że pogoda miałaby nam pomóc, bo w krajach Ameryki Południowej czy Azji Południowo-Zachodniej transmisja zakażeń jest bardzo wydajna - to czeka nas właśnie wariant hiszpański albo włoski. Oni na początku też bardzo mocno zlekceważyli tę epidemię i potem zapłacili za to wysoką cenę. U nas może być tak samo. Nie liczmy na cud. To nie jest zgadywanka - widzieliśmy w wielu krajach, co się dzieje, kiedy zlekceważymy tego wirusa albo za wcześnie uwierzymy, że możemy pozwolić sobie na powrót do normalności.

Rząd pospieszył się z "rozmrażanem" gospodarki i życia społecznego?

W tym momencie nie potrafię tego ocenić. Mam nadzieję, że ten proces został przeprowadzony w konsultacji z epidemiologami, którzy oszacowali wszelkie ryzyka. To, że trzeba "odmrażać" jest oczywiste, bo jeśli byśmy tego nie zrobili, to po epidemii nie mielibyśmy do czego wracać. Natomiast obawiam się tempa luzowania obostrzeń, dlatego mam nadzieję, że te decyzje były oparte o solidne dane i solidne podstawy merytoryczne.

Zdjęcie którego z obostrzeń wydaje się panu błędem?

To pokaże historia. Na pewno bardzo boję się pomysłów z uruchamianiem imprez masowych i zgromadzeń.

Minister Szumowski powiedział, że "do obostrzeń zawsze można wrócić, ale nie da się zrobić lockdownu ponownie". Ponowny lockdown byłby rozwiązaniem problemu?

Oczywiście, że tak. To nie jest żadne odkrycie, że jeżeli wirus przenosi się przez kontakty międzyludzkie, to jeśli zbliżymy się do siebie, to będzie się skuteczniej przenosił. Jeżeli się oddalimy, to transmisja spadnie. Może zajść taka sytuacja, że regionalnie konieczne będzie wprowadzenie ograniczeń. Miejmy nadzieję, że na tym się skończy i ogniska epidemiczne uda się opanować na poziomie regionalnym. Musimy jednak zaakceptować, że ten wirus będzie nam towarzyszyć przez dłuższy czas.

Dr Paweł Grzesiowski, ekspert profilaktyki zakażeń, przekonywał w Porannej Rozmowie Gazeta.pl, że obecnie najefektywniejszą metodą walki z epidemią byłyby lokalne lockdowny wymierzone konkretnie w dane ognisko koronawirusa.

To sposób, który stosowano od kilkuset lat. Najświeższy przykład w Polsce to epidemia "czarnej ospy" we Wrocławiu prawie 60 lat temu. Izolacja ognisk wydaje się być skuteczna i powinna obejmować taki teren, na jakim ognisko występuje. Epidemia nie zna granic administracyjnych, więc taka izolacja może ograniczać się do mieszkania, bloku, dzielnicy, miasta albo nawet regionu.

Więcej o: