Koronawirus atakuje Śląsk. Wirusolog: Nikt tak naprawdę nie wie, jak zła jest sytuacja. Brakuje logicznego systemu testowania

- Na pewno trzeba zaprzestać normalnej pracy, czyli wydobycia. Obecne warunki na to po prostu nie pozwalają - o trudnej sytuacji epidemiologicznej w śląskich kopalniach mówi w rozmowie z Gazeta.pl wirusolog prof. Tomasz Wąsik, kierownik Katedry i Zakładu Mikrobiologii i Wirusologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Dlaczego jeszcze do tego nie doszło? - Tutaj na epidemiologię nakłada nam się polityka - wyjaśnia nasz rozmówca.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: 595 nowych zakażeń, z tego aż 492 na Śląsku. To dobowy bilans epidemii koronawirusa tylko z 12 maja. Śląsk jest obecnie głównym ogniskiem epidemii. Co wydarzyło się w tym regionie w ostatnich kilkunastu dniach?

PROF. TOMASZ WĄSIK: Któryś z górników musiał się zakazić, a później przechodząc chorobę bezobjawowo zaraził innych ludzi w kopalni.

Koronawirusa stwierdzono w kilku kopalniach, a nie w jednej.

Problem mamy obecnie w pięciu i to dość znacznie od siebie oddalonych kopalniach. Oznacza to, że gdzieś musiało być jeszcze inne ognisko epidemiczne, w którym górnicy się zarazili, a potem rozeszli do swoich kopalń i tam zarażali dalej. Cudów nie ma, żeby w tym samym czasie zaszło pięć równoległych, niezależnych zdarzeń. Szczegóły wyjaśnią dopiero dochodzenia epidemiczne, które będą prowadzone u zakażonych górników i ich rodzin.

Śląsk zyskał niechlubne miano "polskiej Lombardii". Sytuacja jest aż tak poważna?

Aż tak poważna nie, ale nikt tak naprawdę nie wie, jak bardzo jest zła. A to dlatego, że nie prowadzi się u nas logicznego systemu testowania. Wielokrotnie mówił o tym poseł Sośnierz. Jak w wielu sprawach się z nim nie zgadzam, tak tutaj miał rację.

"U nas", czyli w całym kraju czy na Śląsku?

W sumie bez różnicy, bo masowego testowania nie ma ani tu, ani tu.

Zobacz wideo Wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński wyjaśnia w

Władze kopalń zapewniały, że wszystkie środki i procedury ochronne zostały zachowane.

Kopalnie tak, ale pytanie, jak ci górnicy zachowywali się wcześniej. Ten wirus z nieba nie spadł, górnicy musieli jakoś się nim zakazić.

Dlaczego nagły i gwałtowny przyrost zakażeń nastąpił akurat teraz?

Takie coś może wydarzyć się w każdej chwili, bo w każdej chwili może powstać ognisko epidemiczne. A jeśli nie zostanie wychwycone dostatecznie szybko, to błyskawicznie się rozprzestrzenia. Jeżeli teraz np. otworzymy jakąś fabrykę, w której jest duża gęstość pracowników przy taśmie produkcyjnej, to w tej fabryce możemy mieć taką samą sytuację jak w kopalniach. Jakiś pracownik będzie zakażony, ale chorobę będzie przechodzić bezobjawowo, więc pójdzie do pracy, w której nie są przestrzegane zasady bezpieczeństwa (dwa metry dystansu, maseczki, rękawiczki, minimalizowanie kontaktu z innymi ludźmi) i zakażenie momentalnie rozprzestrzeni się na resztę zespołu.

Ślązacy stosują się do obowiązujących ograniczeń?

Tak. Historycznie Śląsk dłużej był częścią Niemiec i Czech niż Polski, więc podejście "Ordnung muß sein" (pol. Porządek musi być) wciąż u nas obowiązuje. Jak mówi się, że trzeba coś zrobić, to my to robimy. Natomiast tutaj generalnie nie rozróżniałbym mentalności śląskiej od mentalności reszty kraju.

Nie ma żadnej różnicy?

W naszym społeczeństwie generalnie przeważa podejście, że prawo jest dla wszystkich innych, ale nie dla mnie. Nie ważna jest litera prawa, ale duch prawa. Poza tym, jak ludzie widzą, że najważniejsze osoby w państwie w czasie epidemii same nie przestrzegają zasad bezpieczeństwa - maseczek, dystansu fizycznego, zakazu zgromadzeń - to zastanawiają się, dlaczego oni mają to robić. Obywatel myśli, i nie bezzasadnie, że jeśli politycy mogą łamać zasady, to on też. Idę przez Katowice i widzę faceta, który ma maseczkę pod brodą, bo pali papierosa, albo grupę młodych ludzi ze ściągniętymi maseczkami, bo akurat jedzą lody.

Tymczasem musimy bezwarunkowo przestrzegać trzech rzeczy - częstego mycia rąk i twarzy ciepłą wodą z mydłem, noszenia maseczek, jeśli wchodzimy w interakcję z innymi ludźmi oraz zachowywania dwóch metrów dystansu wobec innych osób. Wreszcie, jeśli źle się czuję i zauważam jakieś symptomy koronawirusa, to zgłaszam to odpowiednim instytucjom, a nie idę do pracy.

Górnicy myślą w podobny sposób? Mają opinię twardych, ale i upartych ludzi. Może zbagatelizowali zagrożenie?

Nie sądzę. Tu bym ten czynnik wykluczył. Poza tym dozór górniczy jest ostry. Wiadomo, że na kopalniach, jeśli nie przestrzega się przepisów, rygorów i norm, to traci się życie. Ale z racji pracy na dole, przebywania w ciasnych i małych pomieszczeniach, tłoczenia się wielu ludzi na małej powierzchni, sam charakter pracy sprawia, że rygorów, które stosujemy na powierzchni, tam nie można w 100 proc. zastosować.

Idealne warunki do rozprzestrzeniania się wirusa?

Tak jest. Mamy zamknięte w małych przestrzeniach duże grupy osób. Jak górnicy zjeżdżają w szoli (w gwarze śląskiej "szola" oznacza windę w kopalni - przyp. red.) na dół do kopalni, to są tam upychani jak sardynki, żeby jak najwięcej się ich zmieściło. Na dole nie jest lepiej. Wąskie korytarze i brak miejsca sprawiają, że górnicy pracują bardzo blisko siebie. Nie ma szans na zachowanie bezpiecznych odległości. Ale podobne ognisko epidemiczne, jak dzisiaj w śląskich kopalniach, może nam wyskoczyć wszędzie. Warunek jest jeden: duże skupisko osób, do którego ktoś wprowadza wirusa. A górnicy akurat nie byli skrupulatnie testowani, więc dopiero jak zaczęły się zachorowania, to się o tym dowiedzieliśmy.

Należałoby zamknąć śląskie kopalnie do czasu opanowania ogniska epidemii?

Oczywiście, że tak. Chociaż prawda jest taka, że technicznie rzecz biorąc zamknąć kopalni nie można. Trzeba zostawić szczątkowy zespół zabezpieczenia ruchu. Kopalnia to nie biuro, że wszyscy wychodzą, gasi się światło i zamyka drzwi. Tutaj tak nie można zrobić. Ale na pewno trzeba zaprzestać normalnej pracy, czyli wydobycia. Obecne warunki na to po prostu nie pozwalają.

Minister zdrowia zapewnił, że mimo gwałtownego wzrostu liczby zakażeń, nie wszystkie kopalnie zostaną tymczasowo zamknięte. "Badamy w tej chwili pięć głównych kopalń i właściwie dwie z nich są w stanie wstrzymania" - to słowa Łukasza Szumowskiego.

Polityka. W poniedziałek słyszałem wypowiedź wicepremiera Sasina, że wśród górników koronawirus przebiega tak łagodnie, że 97 proc. nosicieli jest bezobjawowych i ludzie są zdrowi mimo zakażenia. O czym my w ogóle mówimy? Górnicy to jakaś zupełnie inna grupa etniczna, że zupełnie inaczej przechodzą zakażenie? Normalnie zakażenie koronawirusem bezobjawowo przechodzi do 85 proc. populacji, a tutaj nagle 97 proc.? Skąd te absurdalne liczby, skąd wicepremier Sasin je miał?

Wicepremier Sasin powiedział: "Zakażenie stwierdzono u około 17 proc. przebadanych. Na szczęście zdecydowana większość górników przechodzi koronawirusa całkowicie bezobjawowo albo z niewielkimi objawami. Hospitalizowano jest tylko 26 pracowników kopalń. Pozostałe osoby pozostają w izolacji domowej bądź w izolatoriach. To aż 97 proc. zakażonych".

Z danych z całego świata wiemy, że około 85 proc. zakażeń przebiega bezobjawowo lub na tyle łagodnie, że nie wymaga hospitalizacji. Pozostałe 15 proc. wymaga opieki lekarskiej, więc coś mi się tu nie zgadza.

Ognisko zakażeń na Śląsku jest związane z poluzowaniem obowiązujących restrykcji przez władze?

Nie sądzę, chociaż Polacy teraz nie zachowują już nakazanych środków bezpieczeństwa. Wzrost zachorowań wśród górników został wychwycony bodajże 5 albo 6 maja, więc musimy cofnąć się o mniej więcej dziesięć dni i wtedy będziemy mieć datę pierwszych zakażeń. Taki jest szacunkowy okres inkubacji wirusa.

Jeśli nie zamykamy kopalni, to jak można kontynuować wydobycie i jednocześnie dbać o jak najdalej posunięte środki ochrony sanitarnej?

Nie możemy, to się wyklucza. Ale tutaj na epidemiologię nakłada nam się polityka.

Niezbyt dobre połączenie.

Bardzo niedobre. Proszę zwrócić uwagę, jak walka z epidemią jest prowadzona w Niemczech czy Szwecji, gdzie o koniecznych obostrzeniach i kolejnych etapach walki z koronawirusem wypowiadają się eksperci - epidemiolodzy, wirusolodzy, lekarze zakaźnicy. U nas gadają o tym politycy wszystkich szczebli.

W przestrzeni publicznej pojawiły się nawet plotki, spekulacje o tym, że być może należałoby tymczasowo odciąć Śląsk od reszty Polski tak, jak Włosi zrobili z Lombardią. To pomogłoby rozwiązać problem?

Zarówno minister Szumowski, jak i premier Morawiecki zaprzeczają takim planom. Ale jak politycy zbyt głośno mówią "w żadnym wypadku", to najczęściej oznacza coś zgoła przeciwnego. Z mojego punktu widzenia rejony będące ogniskami epidemii - powtarzam: rejony, a nie cały Śląsk - powinny być izolowane. Jeśli chcemy stłumić ognisko epidemiczne, jedynym logicznym rozwiązaniem jest jego odizolowanie i wygaszenie. Wówczas po dwóch, trzech tygodniach sprawa jest zamknięta. Niemniej nie ma sensu robić takiej operacji dla całego Śląska.

Co w razie braku izolacji?

Jeżeli się tego nie zrobi ze względów politycznych, społecznych albo gospodarczych, to takie ognisko "rozleje się" na kolejne tereny, a w końcu na cały kraj. Miejsca, w których mamy teraz wychwycone ogniska koronawirusa i miejsca, w których będziemy mieć takie ogniska wychwycone w przyszłości - a takie miejsca będą z całą pewnością - powinny być absolutnie i błyskawicznie izolowane.

Więcej o: